New Balance 1080v12
 
28 czerwca 2011 Redakcja Bieganie.pl Sport

” – Brałem” – spowiedź Eddyego Hellebuycka


Eddy Hellebuyck – amerykański maratończyk belgijskiego pochodzenia, z życiówką w maratonie 2:11:50 z 1994 roku. Na koncie ma ponad dwadzieścia zwycięstw w biegach maratońskich, reprezentował Belgię na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie oraz swą nową ojczyznę, USA, na mistrzostwach świata w maratonie w 2001 roku. Na kartach historii i w pamięci kibiców zapisze się jednak przez fakt, iż był pierwszym maratończykiem ze światowej elity złapanym na dopingu. W 2004 roku test wykazał obecność erytropoetyny (EPO) w jego organizmie. Hellebuyck dostał dwuletnią dyskwalifikację, która de facto zakończyła jego karierę zawodnika. W zeszłym roku Hellebuyck zaczął pisać nową kartę swojego życia – przyznał się do stosowania dopingu i zaczął otwarcie mówić o tym jak w jego życiu i karierze pojawiły się niedozwolone substancje dopingowe. Już sam ten fakt zasługuje na to, by bliżej przyjrzeć się tej ciekawej postaci amerykańskiego biegania.

H540

Doping jest, niestety, nieodłącznym elementem sportu, szczególnie we współczesnym świecie. W nim wszystko jest towarem a prawa rynku odsuwają na dalszy plan wartości kiedyś stanowiące istotę sportu: szacunek dla rywali, uczciwość zawodów, prymat uczestnictwa nad zwycięstwem.

Środowiskiem międzynarodowego sportu co jakiś czas wstrząsają afery dopingowe z udziałem największych gwiazd, żeby wspomnieć chociaż takie lekkoatletyczne sławy jak Ben Johnson czy, niedawno, Marion Jones i Tim Montgomery. W Polsce pamiętamy niedawny skandal z udziałem narciarki Kornelii Marek, który położył się cieniem na występie naszej reprezentacji na zimowych IO w Vancouver. W polskim światku biegowym nie tak dawno szeroko dyskutowano o wątpliwej czystości zawodników z Ukrainy, którzy bardzo często wygrywali biegi dzień po dniu i o których krąży wiele historii mówiących o dziwnych zachowaniach, wstrzykiwaniu tajemniczych substancji, unikaniu zawodów z kontrolą antydopingową… Już na tym przykładzie widać, jak wiele jest niedomówień i domniemywań jeżeli chodzi o obecność dopingu, szczególnie zważywszy na fakt, iż prawie nigdy nie zdarza się, by sportowcy przyznawali się do stosowania zabronionych substancji.

Tym ciekawsza jest opowieść Hellebuycka.

W latach 80tych i 90tych był jednym z najbardziej konsekwentnych i wziętych biegaczy na świecie. Większość ze swoich maratonów ukończył poniżej 2:30, zapisał na swoim koncie ponad 20 zwycięstw oraz życiówkę 2:11:50. „Eddy był niesamowicie wytrwałym zawodnikiem”, mówi Mark Plaatjes, mistrz świata w maratonie z 1993 roku, który często ścigał się z Hellebuyckiem. „Świetnie sobie radził w trudnych biegach i nikt nie był w stanie tak często uzyskiwać dobrych rezultatów. Miał niesamowitą zdolność regeneracji.”

W 1996 roku Hellebuyck spełnił marzenie swojego życia, reprezentując ojczystą Belgię w maratonie rozgrywanym podczas Igrzysk Olimpijskich. Do wyścigu przygotowywał się w Albuquerque, trenując z grupą zawodników wśród których byli Peter Whitehead z Wielkiej Brytanii, Gert Thys i Josiah Thugwane z RPA, Khalid Skah z Maroko i Leonid Shvetsow z Rosji. Cała grupa ładowała biegi ciągłe u podnóża Sandia Crest wznoszącego swój szczyt ponad 3 tysięcy metrów n.p.m. i ćwiczyła szybkość na bieżni pobliskiej szkoły. Po treningach wszyscy odpoczywali w przestronnym, zdobionym stiukami domu Hellebuycków na Seligman Avenue. Pewnego wieczoru siedzieli dookoła kuchennego stołu – Thys, Thugwane, Skah, Shvetsov, Hellebuyck – i uradzili, że mistrz olimpijski siedzi między nimi. „Głosowaliśmy i nikt nie mógł głosować na siebie”, opowiada Hellebuyck. „Zdobyłem drugie miejsce.” Jednakże na Igrzyskach Eddy zgasł po obiecującym starcie. „Dobiegłem na 67 miejscu”, mówi ze smutkiem. „Thugwane oczywiście zdobył złoto.”

W 1999 roku Hellebuyck biegł na mistrzostwach świata w lekkiej atletyce w barwach Stanów Zjednoczonych (zajął 26 miejsce z czasem 2:20:18), ale w 2000 roku podczas swoich pierwszych kwalifikacji olimpijskich przybiegł piąty i nie dostał się do kadry. Wydawało się, że jego kariera olimpijska się zakończyła, tak przynajmniej mówił swojej żonie Shawn w rozmowie pewnej letniej nocy w 2001. „Nie mam motywacji”, mówił do ukochanej. „Miałem 40 lat a biegałem od 14 roku życia.”

H540 1

To ćwierć wieku biegania obfitowało w przygody. Nocne libacje przed i po biegach, przypadkowe kobiety, bankiety i przede wszystkim pieniądze. „Ustatkował” się nieco dzięki małżeństwu z Shawn, która była też jego agentem. W Albuquerque, gdzie zamieszkali, kupili kilka nieruchomości i zaczęli je wynajmować przyjezdnym zawodnikom. Dzięki sławie Eddy’ego jako zawodnika Albuquerque zyskało wielką popularność i na przełomie wieków mnóstwo biegaczy przyjeżdżało tam trenować. Część z nich, jak wieść głosi, stosowała niedozwolone środki.

Najczęstszą substancją było EPO. Hormon produkowany przez wątrobę, który stymuluje produkcję czerwonych krwinek transportujących hemoglobinę, występuje naturalnie we ludzkim ciele. Postać farmaceutyczna powstała w późnych latach 80tych by podnieść poziom czerwonych krwinek u pacjentów chorych na anemię wiązaną z chorobą wątroby. Zwiększony poziom EPO w organizmie może poprawić zdolność krwi do transportowania tlenu i w ten sposób wytrzymałość biegacza. Korzyści mnożą się podczas treningu; naszprycowany zawodnik może znieść powtarzające się ciężkie sesje treningowe i zebrać owoce tej pracy podczas zawodów. Krótko po wprowadzeniu, EPO było nielegalnie stosowane przez sportowców w Europie, szczególnie kolarzy; było przyczyną skandalu podczas wyścigu Tour de France w 1998 roku. W światku biegania długodystansowego jednakże nikt z szanowanych biegaczy amerykańskich lub tych spoza USA nie był wplątany w użycie EPO przez pierwsze dziesięć lat jego stosowania. A jednak, jak twierdzą źródła, EPO było łatwo dostępne w Albuquerque.

Wydawało się, że Hellebuyck również był czysty – do czasu, to znaczy do lata 2001, kiedy to odbył serię rozmów z Shawn. Po ostatniej z tych rozmów doszedł do wniosku, że jego bieganie natrafiło na „ścianę”, i to pomimo, że 40-letni Eddy, przynależący już wówczas do kategorii wiekowej mastersów, nadal kolekcjonował zwycięstwa i rekordy. Shawn zwracała uwagę na jego świeże zwycięstwa, w tym okraszone rekordami Ameryki biegi na 10 km Azalea Trail Run oraz na 15 km Gate River Run i zapewniała, że przed nim jeszcze wiele sukcesów.

Eddy uznał, że Shawn ma rację. Nie chciał rezygnować z podróży do egzotycznych krajów i tamtejszych zawodów i zdał sobie sprawę, że mógłby zgarniać niezłe sumki w kategorii mastersów, szczególnie w maratonie. Stwierdził jednak również, iż jego 47-kilogramowe ciało nie poradzi sobie samo z dalszą karierą.

Nadszedł czas na nowe podejście do ścigania.

H540 4Nowe podejście oznaczało oczywiście doping. Hellebuyck otwarcie przyznaje, że brał EPO, i wskazuje z imienia i nazwiska osobę, która wprowadziła go w świat niedozwolonych środków – gwiazdę rosyjskiego maratonu, Leonida Shvetsova. Shvetsov jest dwukrotnym zwycięzcą Comrades Marathon (2007 i 2008) – najstarszego ultramaratonu na świecie – i rekordzistą trasy w obu jej wariantach. Dwukrotnie reprezentował Rosję w Igrzyskach Olimpijskich, jest również byłym rekordzistą Rosji w maratonie. Od 1996 roku Shvetsov mieszkał w Albuquerque i trenował w grupie razem z Hellebuyckiem, zaprzyjaźniając się z nim i Shawn. Nie tylko Hellebuyck wskazał Shvetsova jako dystrybutora EPO. Kilku znanych zawodników potwierdziło, że sprzedawał on środki dopingujące. Mark Plaatjes stwierdził: „Wszyscy zorientowani w sporcie wiedzieli o Leonidzie. Zawsze miał reputację kogoś, kto bierze doping. On to rzeczywiście robił.” Brytyjczyk Peter Whitehead (życiówka w maratonie 2:12 z 1995 roku) dodaje: „Leonid nie był czysty, według mnie nigdy nie był. Jego czasy na treningach w ogóle nie odpowiadały wynikom uzyskiwanym w zawodach.” Kanadyjski maratończyk Bruce Raymer, który w tych latach również trenował w Albuquerque, także wskazuje Shvetsova jako dostawcę EPO. Raymera spotkały przykre konsekwencje ujawnienia swojej wiedzy – otrzymał kilka telefonów z pogróżkami, co sprawiło, że wycofał się z maratonu nowojorskiego, podczas którego miał pobić rekord Kanady mastersów. Wróćmy jednak do Eddy’ego.

Eddy z technicznymi szczegółami opowiada w jaki sposób wyglądały jego iniekcje z EPO. Pierwsze zastrzyki robił mu sam Shvetsov. Zamykali się w łazience i Rosjanin, który ma wykształcenie medyczne (EPO stosowane jest w medycynie) wstrzykiwał mu specyfik w ramię i instruował jak należy go podawać, że jego ilość musi być dobrana do masy ciała zawodnika, że należy wstrzykiwać dosłownie pod samą skórę, bardzo, bardzo powoli choć i tak zrobi się bąbel, który jednak dosyć szybko się rozpuści. Shvetsov chciał mu dać pewność, że wszystko będzie ok bo Eddy strasznie się bał. Nie tylko tego, że zaczyna oszukiwać ale także samego nakłuwania i igieł, wobec których czuł paniczny strach. Eddy musiał nauczyć się pokonywać ten strach, ale to miało się opłacić, bo jak przekonywał go Shvetsov,  jeśli EPO stosowane jest w przemyślany sposób jest nie do wykrycia. 

Jego celem stał się Twin Cities Marathon we wrześniu 2001, miał wtedy 41 lat. W planach było zejść poniżej 2:20 i zdobyć minimum A na kwalifikacje do IO w 2004 roku. Hellebuyck biegł bez problemów cały wyścig, ale na milę przed metą zdał sobie sprawę, że raczej nie osiągnie celu. Eksperyment, w który tak wiele zainwestował i dla którego bardzo ryzykował miał się okazać niewypałem. I wtedy, nagle, jak mówi, wszystkie lata treningu i wszystkie „strzały” EPO zaowocowały. Hellebuyck czuł się jakby latał. „Nie wiem skąd się to wzięło. Dostałem ekstra przyspieszenie i finiszowałem niewiarygodnie szybko. Jak można tak szybko kończyć maraton? Powiem tak: wiesz co? Wtedy pierwszy raz uwierzyłem w EPO. To nie było normalne. Naprawdę, sposób w jaki finiszowałem na ostatnich 400 metrach (uzyskując na mecie 2:19:59) był nienaturalny.”

Na konferencjach prasowych Eddy opowiadał dziennikarzom, że trenował z zawodnikami z liceum, robił przebieżki i różne ćwiczenia, pracował nad prędkością. Przyznaje jednak, że prawdziwym powodem jego świetnych wyników było działanie EPO. W tamtym czasie brnął jednak w kłamstwa. Po maratonie bostońskim w 2003 roku, w którym (w wieku 43 lat) zajął dziesiąte miejsce i był pierwszym z Amerykanów, w wywiadach mówił: „Jestem mały, sprawny i zmotywowany”… Nie tylko w rozmowach udawało mu się zwieść opinię publiczną. Amerykańska organizacja antydopingowa wielokrotnie badała Eddy’ego pod kątem obecności niedozwolonych środków w jego organizmie. Testy niczego nie wykrywały: „Robiło się cykl sześciotygodniowy, wstrzykując dawki co trzeci dzień, a potem w 48 godzin organizm oczyszczał się. Jeżeli zawody przypadały w niedzielę, ostatnią dawkę brało się w czwartek rano. W piątek podróż i w momencie kontroli EPO już nie było w organizmie. Ten plan zawsze działał. Badali mnie w Twin Cities. Badali mnie w Bostonie. Badali mnie praktycznie za każdym razem, kiedy biłem rekord USA mastersów.”

„Kuracje” EPO przynosiły świetne efekty – w październiku 2003 roku w Twin Cities Marathon Eddy uzyskał czas 2:12:47, wygrywając cały bieg, w rezultacie czego został zaproszony do Centrum Szkolenia Olimpijskiego w Chula Vista w Kalifornii, gdzie przygotowywał się do kwalifikacji olimpijskich.

„Wydawało mi się, że nigdy mnie nie złapią, że EPO jest niewykrywalne, że nikt nigdy nie odgadnie mojej tajemnicy”, opowiada. „Ładowałem więc EPO nawet w Centrum Szkolenia Olimpijskiego. Sądziłem, ze to idealne miejsce by się ukryć; nikt by nie pomyślał, że ktoś mógłby być do tego stopnia szalony żeby to tam robić. Jak mówiłem, to było częścią mojego życia, i czułem się wtedy jakbym był Supermanem.”

„Miałem taki wielki plastikowy dzbanek kawy Folgers. Brałem saszetki z EPO, strzykawki i cały ten majdan chowałem głęboko pod kryształki lodu. Potem całość wstawiałem do lodówki w jadalni, nikt nie zwracał na to uwagi bo kawę tak się przechowuje. Mój sublokator szedł na trening a ja do mojego dzbanka – brałem go do łazienki i tam robiłem swoje. Normalna sprawa, jak co trzeci dzień.”

„A tu pewnego ranka, ni z tego ni z owego, tuż przed śniadaniem, do drzwi puka gość z USADA (amerykańska komisja antydopingowa). Powiedział, ze minęliśmy się tydzień wcześniej. Trenowałem wtedy w Balboa Park, więc chciał mnie przebadać teraz. Miał papiery i wszystko. Był z laboratorium UCLA, tak myślę. Wziął próbkę moczu. Wydaje mi się, że odstawiłem EPO dwa dni wcześniej. Właśnie upływało 48 godzin. Tak naprawdę nie zastanawiałem się nad tym. Od 2001 przeszedłem chyba z 10 testów albo i więcej. Nie byłem zbyt zdenerwowany. Skupiałem się na treningu zaplanowanym na ten dzień. Kiedy jesteś na prochach, wydaje się Tobie, że wszystko idzie po Twojej myśli.”

W marcu 2004 roku Hellebuyck otrzymał zawiadomienie, iż wynik jego badania był pozytywny. Od samego początku biegacz kwestionował wyniki badań, zaskarżając je do kolejnych instancji, aż wreszcie Sportowy Sąd Arbitrażowy w Lozannie ostatecznie utrzymał wyrok, na mocy którego Hellebuycka na dwa lata pozbawiono możliwości startów w zawodach. Oczywiście wyrok miał szersze reperkusje: Eddy został faktycznie wykluczony z biegowej braci, spadła na niego olbrzymia fala krytyki, poniekąd słusznej – wszak biorąc doping pozbawiał zarobków wielu biegaczy, zgarniając nagrody pieniężne na które nie zasłużył. Do tego odsunięto go od trenowania drużyny szkolnej w Albuquerque. Musiał od nowa budować swoje życie, i przyznanie się do winy jest tego elementem, szczególnie, że jego syn Jordan również biega. „Jordan zasługuje na prawdę i powinien ją usłyszeć ode mnie. Ale jak mogę powiedzieć prawdę Jordanowi skoro trwam w kłamstwie publicznie? Czego w ten sposób uczę mojego syna?”

Hellebuyck w obrazowych słowach podsumowuje sprawę: „Widzisz, popełniłem straszny błąd. Uległem pokusie. Z EPO jest tak jakbyś leżał na plaży i podeszła do Ciebie piękna dziewczyna. Zdajesz sobie sprawę, że jeżeli z nią pójdziesz, przeżyjesz wspaniałą noc, ale będziesz tego żałować do końca swojego życia.”

Doping pozostaje tajemnicą poliszynela. Z jednej strony poniewczasie okazuje się, że „wszyscy wiedzieli”, z drugiej w wielu sytuacjach nikt nie reaguje… Zawodnicy przyłapani na dopingu z zasady idą w zaparte, nie tylko dyskredytują swoje osiągnięcia sportowe ale również jawią się jako osoby niemoralne, bez zasad. Część świata sportowego, zniechęcona faktem, iż testy na doping łatwo oszukać (jak widać na przykładzie Hellebuycka), że farmakologia wciąż jest o krok przed organizacjami zwalczającymi doping, że „czyści” sportowcy stawiani są na gorszej pozycji niż ci „nakoksowani”, mówi coraz głośniej o potrzebie zalegalizowania dopingu, totalnego zniesienia granic tego co jest dopuszczalne w sportowej walce…

Historia dopingu Hellebuycka najprawdopodobniej nie zostanie nigdy wyjaśniona do końca. Z jednej strony zarzuty złapanego na dopingu sportowca, wzmocnione słowami kilku innych biegaczy, z drugiej kategoryczne zaprzeczenia Shvetsova oraz brak reakcji ze strony WADA.
Pozostaje chyba skupić się na tym co w bieganiu najważniejsze dla wielu: pokonywaniu siebie, przekraczaniu własnych ograniczeń. Wtedy każdy w głębi duszy wie, czy kładzie się do łóżka jako przegrany czy zwycięzca.

Opracowane w większości na podstawie: The Confessions of Eddy Hellebuyck

Komentarz
Adam Klein: Kiedy kilka tygodni temu poprosiłem kolegę o przygotowanie tekstu o Eddym Hallebbuycku nie zdawałem sobie sprawy, że tak szybko pojawią się związki z Polską. Historia którą po raz pierwszy czytałem chyba w lutym 2011 roku była bardzo ciekawa, ale wydawało się, że nas, Polaków, w ogóle nie dotyczy, odnosi się do jakichś mniej znanych w świecie biegowym nazwisk, z punktu widzenia Polski mało kto słyszał o Hellebuycku czy Shvetsovie. Tymczasem okazało się, że związki są lub będą – Leonid Shvetsov będzie trenerem Henryka Szosta. Kiedy na początku usłyszałem kto ma być jego trenerem nie mogłem w pierwszej chwili skojarzyć gdzie już wcześniej słyszałem jego nazwisko ale po chwili przypomniałem sobie spowiedź Eddyego i zrozumiałem, że jak najszybciej musimy ją przedstawić. Naprawdę bardzo lubię i cenię Henryka i chciałbym, żeby wiedział, że jako biegowe media musimy po prostu  informować. Jeśli nie my tak czy inaczej historię przypomniałby ktoś inny. Polecam wszystkim oryginalny tekst (link powyżej) – nasz jest tylko skrótem historii. Bardzo ciekawe są wszystkie małe szczegóły, jak choćby logiczne tłumaczenia żony Eddyego (jeszcze zanim się przyznał), na temat tego "jaki byłby sens, żeby stosował doping pod koniec kariery? Żeby zaryzykować swój wieloletni pozytywny wizerunek?". To czego żona Eddyego najbardziej w tej historii żałuje, to to, że Eddy wymienił nazwisko Shvetsova, który zawsze był ich dobrym przyjacielem.

FORUM DYSKUSYJNE