New Balance 1080v12
 
12 lutego 2012 Redakcja Bieganie.pl Sport

Antoni Niemczak – Rozmowa po latach


antoni niemczak540

Antoni Niemczak, do niedawna drugi, teraz trzeci zawodnik na polskiej maratońskiej liście ALL-TIME.  Rekordzista Polski w maratonie w latach 1990 – 2003. Stawał na podiom wielu międzynarodowych maratonów. Dwukrotnie zdyskwalifikowany (1986 Nowy Jork, 1995 Tokio) ponieważ wykryto w jego organizmie środki niedozwolone.

Muszę napisać dlaczego wywiad z Antonim Niemczakiem ukazuje się dopiero w 4,5 roku po starcie bieganie.pl. Otóż ja ten wywiad przeprowadzałem niestety kilka lat. Po raz pierwszy spotkałem Antoniego Niemczaka w 2003 roku, kiedy jeszcze jako Rekordzista Polski przyjechał do Warszawy z okazji promocji Maratonu Warszawskiego (kilka miesięcy potem rekord Polski odebrał mu Grzegorz Gajdus). Byłem jednym z wielu amatorów biegania, zafascynowanym po prostu sylwetką słynnego zawodnika, nie zajmowałem się jeszcze bieganie.pl więc nie miałem powodu robić wywiadu. Wywiad postanowiłem zrobić w 2008 roku przez telefon, czyli pięć lat po tamtym spotkaniu.

– Dzień dobry, czy mogę mówić z Panem Niemczakiem?
– Słucham
– Bardzo mi miło, chciałbym z Panem przeprowadzić wywiad nazywam się Adam Klein…
– Aaa, to myśmy kiedyś razem biegali

Naprawdę zatkało mnie. W 2003 roku byłem po prostu jedną z wielu osób, która z nim się spotkała, przebiegliśmy się rzeczywiście razem (i z Markiem Troniną) kilkadziesiąt minut po Warszawie, potem namówiłem go na pojawienie się na spotkaniu grupy biegowej SBBP, ale nie zajmowałem się wtedy bieganiem i nie słyszeliśmy się od tamtej chwili więc to, że mnie zapamiętał dowodzi jakiejś niezwykłej pamięci.

Niestety, złośliwość przedmiotów martwych sprawiła, że to nagranie nie zachowało się. Miałem z tego powodu przez lata wyrzuty sumienia (mam jeszcze wobec Jana Huruka, niestety kilka lat temu dyktafony cyfrowe były znacznie słabsze i często zaskakiwały swoimi zachowaniami).

Jesienią 2011 roku spotkałem w Warszawie trenera Romualda Krupanka, który wręczał mi przepustkę związaną z Biegnij Warszawo:

– Muszę lecieć bo tam czeka na mnie Tony – powiedział wręczając mi przepustkę
– Jaki Tony? – spytałem się
– No Tony, Antoni Niemczak
Dosłownie zastygłem.
– Pójdę się przywitać – powiedziałem trochę niepewnie, nie wiedząc co powiedzieć, czy tłumaczyć szczegóły feralnego nagrania czy nie.
Weszliśmy do poczekalni Hotelu Agrykola, siedział tam Antoni Niemczak z jeszcze jednym panem, Romuald Krupanek zaczął nas przedstawiać:
– Tony Niemczak, a to Pan Adam Klein z bie..
– Eee, no my to się znamy – powiedział Tony

🙂

No i tak, w końcu po latach prób jest w końcu wywiad z Antonim Niemczakiem. Postacią kontrowersyjną, żyjącym wiele lat poza granicami Polski, byłym rekordzistą naszego kraju w maratonie.

***


Adam Klein:
Mówiłeś mi kiedyś, że zacząłeś późno biegać, w wojsku?

niemczak1Antoni Niemczak: To wszystko zaczęło się 1979 roku, faktycznie w wojsku, gdzie był bieg o mistrzostwo jednostki. Właściwie to nikt mi nie kazał, zgłosiłem się na ochotnika. Szukano ludzi do reprezentacji tejże jednostki na mistrzostwa izby okręgowej, ponieważ zawsze w skupiskach wojskowych ktoś biegał. Ja akurat w szkole grałem w koszykówkę i nożną, nigdy nie biegałem. Tak się złożyło, że miałem talent do kosza, bardzo dobrze grałem.

A potwierdzasz to, że swój pierwszy bieg na 5 km przebiegłeś w około 15 minut?

Ale kto to wie ile tam było zmierzone? To był bieg na twardej nawierzchni, nie na stadionie. Mogło być tam równie dobrze 4500 m. Nie sądzę, że pobiegłem tam jakiś dobry wynik. Zebrało się kilkunastu chłopaków i każdy przechwalał się, że on biega i na pewno wygra. Nastraszyli mnie trochę i biegłem z tyłu. No, ale biegnę, biegnę i w końcu czuję, że jest mi luźno i jednocześnie widzę, że chłopaki odpadają. Włączyłem, więc „kierunkowskaz” i wygrałem.

Potem, chcąc nie chcąc wszedłem w ten kierat wojskowego biegania. Nie miałem nawet odwrotu. Jak wygrałem zawody, to chłopaki mówili mi, że już nie mogę skończyć biegać, że muszę reprezentować wojsko.

Mam w bazie twój wynik na przeszkodach z 1980 roku, 8:59

Analizowałem wraz z trenerami swój poziom wysiłkowy. Skala, nazwijmy to talentu biegowego, predyspozycji do biegania, była przeogromna. Generalnie ja się nie męczyłem za bardzo. Zawsze byłem w formie, miałem w sobie nadmiar siły. Widać było to nawet po umięśnieniu, jak stawałem przy innych biegaczach, to wszyscy byli przy mnie chudzi. Potem z biegiem czasu zrzuciłem 7-8 kg.

Potem były mistrzostwa dywizji, które wygrałem, następnie w 1979 r na Krakowskich Błoniach Mistrzostwa Wojska Polskiego na 6 km, wtedy przyjeżdżali ścigać się wszyscy i z Bydgoszczy i Warszawy. To był jedyny bieg w historii, gdzie na mecie zupełnie odpłynąłem ze zmęczenia. Już na czwartym kilometrze czułem, że jest ciężko. Chłopaki biegli bardzo szybko. Na mecie film mi się urwał, znieśli mnie sanitariusze. Ale co ważne, wygrałem! To była duża niespodzianka dla rywali, bo pojawił się człowiek znikąd.

Przed tymi mistrzostwami miałem za sobą trzymiesięczny dorobek biegowy, trenowałem lekko. Opiekował się mną wtedy trener Jeżakowski, który widział mój potencjał i raz powiedział mi: „Chłopie, co ja ci mogę poradzić, masz tu przepustkę i biegaj!”. No i biegałem, 15 minut, 20, pół godziny…

Po biegu podszedł do mnie pułkownik i powiedział: „Ja się za bardzo na bieganiu nie znam, ale jakby ktokolwiek świetnie wytrenowany, dawał z siebie tyle serca i wszystko, co się ma w sobie, to wiesz, mielibyśmy wielu mistrzów olimpijskich.” Takie miłe słowa od niego usłyszałem i zapamiętałem je. Nieraz przydają mi się w trenowaniu innych.

Pojawiłeś się bardzo późno, bo jak miałeś 25 lat zostają notowane twoje pierwsze wyniki. Dziś jest to nie do pomyślenia tak późno zaczynać karierę. Mówi się nawet, że taki wiek, to już za późny na to, aby osiągać wyniki. Twój przykład mówi, co innego.

an1Nie zgodzę się z tym do końca. Wydaje mi się, że to zależy od jednostki. Wiadomo, że w konkurencjach sprinterskich w tym wieku nie ma praktycznie szans na rozwój talentu. Trzeba zaznaczyć, że moje dobre wyniki pojawiły się szybko, po krótkim okresie treningu. Wielu innych biegaczy dochodziło do nich co najmniej pięć lat. W 1982 roku wygrałem już mistrzostwa Polski w półmaratonie i miałem brąz na MP w przełajach. To było po dwóch latach treningu, co według mnie jest niebywałe, mówimy przecież o mistrzostwach Polski, gdzie padają dobre wyniki.

Oprócz biegania ważne było dla mnie moje życie. Niektórzy mają różne wahania: „Nie wiem czy chcę, a może tak, a może nie, nie wiem czy to ma sens, są lepsi, a czy dam radę… „. Ciągłe dylematy, które pozostają już do końca. Takie pytania pojawiają się także przy maratonie. Wynika to właśnie z filozofii do życia. Nie mogą takie myśli do głowy przychodzić!

No tak, ale może w pewnym sensie miałeś lepiej niż inni, bo miałeś stałe zatrudnienie w wojsku i nie musiałeś się martwić o prozę życia?

No tak, niczym się nie przejmowałem. Tym bardziej, że byłem kawalerem. Jedzenie miałem, jakieś tam pieniądze, małe, ale były. Podejście do życia takie, żeby dobrze wykonać trening i modlić się o zdrowie, żeby nie było kontuzji. Był moment, chyba w 1984 roku, kiedy powiedziałem sobie: Oni mogą, a ja nie? Co to znaczy? Wyłożyłem sobie bardzo prostą filozofię, nieskomplikowaną. Narzekanie nic nie daje, ani nie przynosi pieniędzy, ani komfortu życiowego, ani niczego dobrego.

Kiedy zaczął się twój poważny trening?

W 1985 roku zaczął trenować mnie Jan Fus. On rekrutował żołnierzy z jednostek wojskowych, tych, którzy wygrali mistrzostwa dywizji, np. w śląskim okręgu wojskowym,  żeby stworzyć reprezentację do Mistrzostw Polski. Gdy wygrałem Mistrzostwa Wojska Polskiego, już byłem wcielony do jego grupy. Trenowałem od podstaw. Na pierwszy obóz kadry pojechałem chyba w 1980 roku, choć nie miałem jeszcze wyników, które by mnie do niej kwalifikowały, ale trener stwierdził, że nie ma na co czekać.

Trenowali ze mną Rysiek Podlas, Krzysiek Wesołowski, Piotrek Plawgo – to byli zawodnicy najlepsi w Śląsku Wrocław. Rysiek był olimpijczykiem z Moskwy. Miałem wtedy jeszcze tuszę i chłopaki żartobliwie powiedzieli do trenera: „Trenerze, ale my przecież przyjechaliśmy do Szklarskiej Poręby na obóz dla biegaczy, a nie ciężarowców „(śmiech). Tak więc w Śląsku zaczęło się mocne trenowanie, miałem stworzone dobre warunki, wyjazdy na obozy, ośrodek sportowy.

Co Cię skłoniło, żeby myśleć o maratonie, bo na początku była trójka, piątka, dycha… Może to były większe pieniądze?

an2Nie przede wszystkim, ale w jakimś sensie też. Generalnie nie podjąłem takiej decyzji, tylko trener. Naprawdę nigdy nie dyskutowałem z trenerem odnośnie treningu, nawet jak byłem zawodnikiem z czołówki światowej. Mnie to po prostu nie interesowało. Notowałem tylko wszystko w zeszycie. Mam tego książki, przez piętnaście lat się uzbierało. To jest encyklopedia. Na ten temat można naprawdę napisać ciekawą pracę. Wszystko jest zapisane, bez żadnej ściemy. Po co miałem dyskutować z trenerem, czy coś trzeba robić lub nie. No po co?

Ale wracając do pytania. Trudno było sobie wyobrazić, że jako 25 latek trenuję do 800 m czy 1500 m. Choć przy odpowiednim treningu wydaje mi się, ze te 3:39 na półtoraka byłbym w stanie pobiec. To kwestia siły i wydolności.

Gdy 1982 roku na MP w przełajach w Pile byłem trzeci, a potem wygrałem z dużą przewagą nad świetnymi zawodnikami półmaraton, to nie ulegało wątpliwości, że wszystko zmierza do maratonu. Był taki trener, zresztą świetny zawodnik, który twierdził, że od razu nadaję się do biegania maratonu, a to było w 1983 roku. Mój trener chciał jeszcze poczekać, bo liczył, że pobiegam na bieżni. No i miał rację, bo tego roku wygrałem wszystko co mogłem na bieżni – 5000 m, 10000 m. Potem, gdy miałem już w nogach dwa maratony, w Wiedniu pobiegłem 2:12, to bieżnia nie stała na przeszkodzie.

No, ale myślałeś już wcześniej o maratonie, jako dyscyplinie na Igrzyska?

Tak, zdecydowanie, liczył się tylko maraton. Realnie patrząc, na 10000 m to trzeba było bardzo szybko biegać… Choć być może gdybym miał w 1984 roku dobry bieg, to te 27:40 pobiegłbym na pewno. Jestem może zbyt pewny, ale to było tak, że trzeba było dostać zaproszenie na dobry bieg. Miałem wtedy życiówkę chyba 28:20.

Pierwszy maraton pobiegłem w 1979 roku w Warszawie. To jest ciekawa sprawa. Byłem akurat po MP w przełajach. Dostałem wtedy awans o dwa stopnie. Spodobałem się pułkownikowi, więc z szeregowca mianował mnie na starszego kaprala i dostałem dwa tygodnie urlopu. Pojechałem wtedy do domu, do Pruchnika w woj. Podkarpackim. W telewizji usłyszałem reklamę Maratonu Warszawskiego i zarażony bieganiem, pomyślałem, że spróbuję, w końcu do cholery jestem mistrzem Wojska Polskiego! Nie pomyślałem natomiast o odpowiednim przygotowaniu do maratonu. Zadzwoniłem do trenera i spytałem go. On powiedział, że nie jestem wystarczająco obiegany. Ja uparcie swoje, że będą tam 60-latki biegać, to ja nie dam rady? W końcu zgodził się. Pamiętam, że byłem tam chyba 20-sty i złamałem nawet 2:40. Trenerzy dziwili się jak bez przygotowania można tyle pobiec i wróżyli mi trenowanie do maratonu w przyszłości.

Sprawa zbojkotowanych Igrzysk w 1984 roku w Los Angeles. Ty, Bogdan Mamiński mieliście przed nimi niezłą formę. Kiedy dowiedzieliście się o tym, że nie pojedziecie?

an3Dowiedziałem się z telewizji. Byłem wtedy we Wrocławiu i usłyszałem suchy komunikat, że Polski Związek Olimpijski podjął decyzję o przyłączeniu się do zbojkotowania imperialistycznych Igrzysk. Rozczarowanie? Myślałem, że wyrzucę telewizor przez okno! To było coś nieprawdopodobnego. Wyobrażałem sobie przecież ten american dream, marzyło się żeby tam pojechać. Do USA, kraju okraszonego wolnością i przepychem. Zawsze byłem zafascynowany Ameryką. Dużo na jej temat czytałem, znałem historię. Dlatego teraz tam mieszkam.

Tamten sezon miałem życiowy, wygrywałem wszystko. Podczas maratonu mogło więc się zdarzyć wszystko. Kto wie, może gdyby wszystko dobrze poszło, byłby medal? Z tego co pamiętam to maraton w Los Angeles nie był taki mocny (trzech pierwszych zawodników pomiędzy 2:09- 2:10 – przyp.redakcji). Trzeci był chyba Anglik, drugi Treacy, a wygrał Lopez. Ale co miał dopiero powiedzieć Boguś Mamiński, który miał pierwszy wynik na świecie na przeszkodach? Ja to nie byłem wtedy zbyt znany, bo miałem jedynie 2:12, ale on? To jest dramat, bo Bogdan miałby medal na pewno. Ale tak było.

To był jeszcze głęboki czas komunizmu. Jak to było z maratonem, wojsko decydowało, gdzie macie pobiec? Udało Ci się wystartować wtedy w Wiedniu?

Nie, nie było pod tym względem zniewolenia. W PZLA był wtedy fantastyczny szef szkolenia, wybitny bym powiedział – Marek Łuczyński, już niestety świętej pamięci. To był facet, który potrafił przełamać te gorsze decyzje. Mówił: „Chłopaki nie martwcie się, nie ma problemu, wystartujecie gdzie chcecie”. Tak było z Wiedniem. Inna sprawa to nagrody pieniężne. Ci najlepsi: Mamiński, Wszoła, Kozakiewicz, Ślusarski, jeździli na te prestiżowe mityngi co kilka dni. Według przepisów, paszporty służbowe należało zawsze po przyjeździe zdawać i pisać prośby o nowe pozwolenia na wyjazd. Marek Łuczyński wtedy mówił, żeby zostawić to jemu, a my mamy się zająć startami, robieniem dobrych wyników i zarabianiem pieniędzy. Bo, po co dawać zarobić jakiemuś Austriakowi czy Niemcowi, lepiej żeby pieniądze przywieźć do Polski… Marek miał z tego tytułu trochę kłopotów, musiał się tłumaczyć przed władzami, ale jako wybitny dyplomata, racjonalnie umiał wszystko wyłożyć. Coś tam ubarwił, że sportowcy procenty od wygranych dają do kasy PZLA, że przy okazji uczą młodych, bo zawsze z tym dobrym zawodnikiem jechał młody. Teraz to inne czasy. Bez porównania. Dostałem, więc zaproszenie do Wiednia, paszport służbowy i mogłem jechać. Z tym, że czasem przychodził ktoś ze służb i mówił żeby w razie czego notować…. W ogóle byli sportowcy, którzy pracowali jako tajne służby.

W 1984 biegłeś jednak w USA, w Nowym Jorku?

Tak. Byłem siódmy. Jednak ten start nie był dobrze zorganizowany. Przyjechałem dzień przed maratonem, bo wcześniej nie było zgody. Gdybym miał lepsza aklimatyzację, to pewnie byłbym na podium, bo 1984 to był chyba mój najlepszy rok.

Pamiętasz jaką robiłeś objętość w okresach przygotowawczych?

an4Raczej dużą, powyżej 200 km tygodniowo. Lubiłem dużo biegać. Czasem miałem jednostkę treningową 30 km. Wybiegania robiłem najszybciej 4:00 – 4:30, szybciej nie potrzeba, wychodziłem na rozbiegania ze słabszymi chłopakami. Mój trening był selekcyjny, czyli w okresie przygotowawczym biegałem w miarę dużo, a potem to radykalnie spadało. Po maratonie to miałem odpoczynek i starty na bieżni. Pod maraton biegałem wszystko: przełaje, bieżnię. Trener w ten sposób podnosił wydolność. W moim przypadku było tak, że nie musiałem bazować na treningu wysoko objętościowym, ale często mocnym. Biegałem np. rano mocne biegi ciągłe 14 km po 3:30-3:20, a po południu tysiące. Mi to odpowiadało, byłem silny, miałem moc. Jedynym moim problemem było utrzymanie wagi, aby była najniższa, jednocześnie zachowywała odpowiedni balans. Bo waga to nie wszystko, można się wyrzeźbić, ale co z tego jeśli nie ma siły. Całą karierę musiałem uważać z jedzeniem i mieć intensywny trening. Dlatego uważam, że trening musi być zawsze dobrany do zawodnika, jednostkowo.

W rozmowie z Tobą nie sposób nie zapytać Cię o sprawy dopingowe, choć dla Ciebie może być to już nudne. Może, żeby było mnie nudnie, zacznijmy od historii Eddyego Hulleybucka i opisanej przez niego współpracy z Leonidem Shvetsowem. Ty chyba musiałeś znać wszystkich tych, którzy z Europy do Albuquerque przyjeżdżali?

Tak, oczywiście, w Stanach to znana sprawa. Poznałem Schwetsowa, mieszkał nawet w Albuqurqe, jest lekarzem, miał świetny dostęp do fizjologów i wykorzystał swoją wiedzę i możliwości, do tego, żeby podnieść wydolność organizmu na wyższy poziom. Nie ma w tym nic złego. Ale gdy robi się pewne rzeczy, które są ryzykowne dla zdrowia, przyjmowanie w prowizorycznych warunkach EPO czy hormonów to jest bardzo ryzykowna sprawa. Mówię tylko na bazie tego co przeczytałem, bo przecież w tym przypadku niewiele wiem, ja nikogo na tym nie złapałem.

Znam fizjologów, którzy uważają, że stosowanie EPO powinno być dozwolone.

To może najpierw odniosę się do mojego przypadku. Doświadczyłem osobiście naprawdę bardzo przykrych i bolesnych przeżyć, niesprawiedliwych. Jeszcze raz powtórzę, niesprawiedliwych! Nie ulega wątpliwości, że powinienem jako profesjonalny zawodnik mieć większą wiedzę i instynkt, aby na wszystkie sprawy, drobiazgi zwracać uwagę. To się nie tyczy tylko sportu, ale i biznesu. Czasem drobiazgi mogą w konsekwencji powodować większe sprawy. Ale zmierzając do sedna sprawy. Nie produkuje się specyfików specjalnie dla sportowców. Korzysta się z leków, które zostały wyprodukowane przez specjalistów dla ludzi, którzy ich potrzebują, dla ludzi chorych. Jak przychodzi zdrowy silny facet faszeruje się tymi lekami dodatkowo. Z drugiej strony też jest nie fair, że ktoś używa dozwolonych, tak skomponowanych środków, które mu pomagają, ale inaczej się nazywają. Gdzie jest, więc ta granica, kto ją ustalał, co wolno, a co nie wolno?

Gdy jechałem na maraton nowojorski, przez myśl nie przeszło mi, że miałem coś niedozwolonego w organizmie. Miałem, ale nie byłem tego świadomy. Tu jest właśnie ta kara. Niewiedza nie zwalnia od odpowiedzialności. Można to porównać do sytuacji, gdy idzie sobie ktoś ze schowaną bronią, nagle słychać strzały z niewiadomego kierunku, policja łapie tego kogoś, bo ma przy sobie broń.

an5Temat dopingu w sporcie jest tak rozległy, że można by stworzyć program na jego temat. Podstawowa sprawa, sportowiec chory czy kontuzjowany nie może skorzystać z najnowszych zdobyczy medycyny w powrocie do zdrowia, tylko dlatego, że jest sportowcem. Piosenkarz czy aktor nie ma z tym problemu. Mamy tu więc dyskryminację. Problem EPO polega na tym, że jest środkiem, który może sprowadzić człowieka na tamten świat, jeśli jest nieodpowiednio podany. Gdy maratończyk, kolarz, utalentowany zawodnik ma poważną anemię to lekarz powinien mu zapisać EPO. Niektórzy się oburzą, zalecą jedzenie schabowych i kapusty, ale dla kogo jest w takim razie ten lek, jak nie dla sportowca, który ciężko trenuje i dodatkowo jest chory? Oczywiście spór jest potrzebny gdy EPO biorą ludzie zdrowi, którym jest to niepotrzebne. Ale nawet profilaktycznie to może być potrzebne. Jeśli maratończyk biega po 40 km dziennie to jest narażony na wysokie ryzyko. Znam mistrza olimpijskiego, nie podam nazwiska, który miał poważną kontuzję kolana. Wiele miesięcy różnych kuracji, różnych leków. I nic mu nie pomagało. W końcu w Stanach zbadał go lekarz i zalecił mu kurację sterydową. I pomogło. I po to wynaleziono steryd, a nie po to żeby miotacz rzucał 25 metrów.

Podobnie było ze mną, steryd otrzymałem od lekarza, dentysty, który nawet nie był świadomy, że nie powinien mi tego podawać bo dla niego priorytetem było wtedy po prostu moje zdrowie. Ja przecież teraz po latach mógłbym powiedzieć, „Tak, brałem,”. Przyznać się tak jak Eddy,  który miał dość tego wszystkiego? Po co? Żeby zrobić wokół siebie szum? No ale jeśli to nieprawda to dlaczego niby miałbym się przyznawać? Nic celowo nie brałem. Na dwa tygodnie przed maratonem byłem w klinice stomatologicznej, gdzie dentysta ułamał mi zęba, bo kość była tak zrośnięta, że nie mógł go wyrwać. To był skomplikowany zabieg. Pod narkozą, normalnie było cięcie. Do dzisiaj mam wyciąg ze szpitala, gdzie to było. Była zagraniczna komisja, wzięli dziennik, w którym byłem wpisany.

Przytknęła do Ciebie łatka dopingowicza

To jakoś minęło, karencja się skończyła i później fatum zdarzyło się w Tokio. Dwa tygodnie wcześniej zanim przyjechałem do Tokio, wziąłem udział w biegu na 10000 m. Byłem drugi i po biegu przyszedł do mnie jakiś reprezentant firmy z odżywkami i proponuje mi pakiet. Nazywał to rozpuszczalną herbatą, sypaną, ma huang. Na drugi dzień wypiłem tę herbatę, zresztą niezbyt smaczną. Okazało się, że to była naturalna efedryna. Jak ktoś mi powie, że efedryna pomaga przy maratonie? Absurd. To jest jak kawa.

Natomiast będąc w USA, jest o wiele trudniej, wręcz jest to niemożliwe, aby dostać jakiekolwiek środki czy zwykły zastrzyk. W Europie można bez problemu mieć do nich dostęp.

To było przykre. Po tym 1986 roku powiedziałem sobie, że jakąkolwiek odżywkę będę przyjmować, to zawsze ją sprawdzę. No, ale nie przyszło mi w 1995 roku do głowy sprawdzić tej herbaty. Efedrynę to mogą nawet zażywać dzieci na zapalenie oczu czy kaszel.

Po tej pierwszej aferze na szczęście w klubie spotkałem się z życzliwością. Nawet jak były w 1987 roku organizowane w Polsce Mistrzostwa Świata oficjalnie dyrektor maratonu nowojorskiego Fred Lebow powiedział, że przyjechał tutaj, aby mnie wesprzeć. Mało tego, on napisał list do IAAF, ale wiadomo, klamka już wtedy zapadła. Ogólnie w Polsce spotkałem się z pełną życzliwością.

an6W 1990 roku zacząłem mieszkać w USA. Traktowałem to jako etap w życiu, chciałem coś zmienić. Mówiłem sobie, ze nic nie tracę, jak nie wyjdzie, to najwyżej wrócę. Pojechałem w wysokie góry, miałem dobrych kompanów do biegania. Wszystko szło. Byli ludzie, zawodnicy czy trenerzy, którzy dokuczali mi, że teraz wiadomo, dlaczego Niemczak dobrze biega.

Na początku wynajmowałem dom, miałem trochę odłożonych pieniędzy po tych czterech maratonach. Potem kupiłem skromny dom. Najpierw mieszkałem w Colorado, w 1994 wróciłem do Polski, mieszkałem trochę w Międzyzdrojach, u rodziców, zależało mi, by dzieci poszły do szkoły i znały dobrze język. Zawsze byłem jedną nogą w Polsce, czy to chodzi o wydarzenia polityczne, czy inne sprawy. Potem wróciliśmy do USA, do nowego Meksyku. Tam mi najlepiej pasowało. Biegałem jako masters i udało mi się nieco zarobić. Kupiłem dwa domy, porobiłem inwestycję i od 1999 roku mam pensjonat sportowo-turystyczny.

Masz ogląd na polskie biegi?

Talenty są były i będą, mamy przecież 40 mln naród. Kwestia ich wyłonienia. Sytuacja jest teraz inna, nie ma parasola ochronnego jak był kiedyś, choć są teraz etaty w wojsku.Zarabiają nawet prościej pieniądze niż ja kiedyś. Główny problem to jest ogromna chciwość trenerów, najlepiej zdobycie marzeń w krótkim czasie. Wiadomo, że potrzeba rozsądku do wszystkiego. Trzeba wiele wyrzeczeń, być cierpliwym, chęć zdobycia pieniędzy przez zawodnika rozprasza go, jest mu trudniej psychicznie.

Amerykanie mają marzenia, ale pracują na nie z radością, bez częstego myślenia o zyskach. U nas często jest tak, że średni zawodnik ma warunki, wymaga więcej. To może się brać z kompleksów, z działań rodziców, trenerów, działaczy. Sportowiec nie może być nakręcony na ciągłe dawanie i opiekuńczość. Trzeba samemu pracować. Jak wyjechałem do Ameryki, to nie miałem nikogo. Nikogo, ale potrzebowałem spróbować i to mi pomogło.

Czasem, ktoś się rodzi z cechami słabszymi. Wiem, że gdy biegłem, to byłem o wiele bardziej zmęczony niż inni, to nie było tak, że ja czułem się lekko, a inni gorzej, gdy wygrywałem. Nigdy nie myślałem, gdy czułem się słabiej, żeby dać sobie spokój. Kwestia jest jedna, nie można odpuszczać.

Można zażywać nie wiadomo jakie środki pobudzająca, ale jak się nie ma siły przebicia, odporności na ból, to trzeba zmienić dyscyplinę. Jest taniec towarzyski, jest muzyka, nie ma bólu.

Mało jest w Polsce zawodników na tak wysokim poziomie jak kiedyś. Co się dzieje?

To prawda, nie ma teraz takiej mody. Zmienił się komfort  życiowy. an7Myślę, że świat oferuje bardziej atrakcyjne rzeczy niż sport. W Ameryce podejście rodziców do sportu jest zupełnie inne. Dzieci chcą uprawiać sport, imponują w ten sposób rodzicom, wzajemnie się nakręcają. Ja posłałem swoją Zosię na basen, gdy miała trzy lata.

W Stanach nie ma takiego rozgraniczenia majątkowego, nikt nie pyta jakim autem przyjechałeś, ile pali itp. U nas jest czasem niezdrowa rywalizacja.

Z bieganiem sprawa jest prosta. Nie ma w szkołach odpowiedniego programu. W Stanach wszyscy biegają przełaje i z nich trafiają też do innych dyscyplin. Tam jest obowiązek w każdej szkole średniej, żeby biegać przełaje. Ministerstwo Sportu powinno oprzeć program o wzorce zachodnie. Takie przełaje to super zabawa. Gorzej jak rodzice nie pozwalają biegać dzieciom, przychodzi mamusia i się martwi o synka.

Szkoła jakoś się różni w USA?

Na pewno w jakiś szczegółach się różni. Konkurencja ogromna. Wystarczy zobaczyć przełaje. Każdy ma marzenia. Tam nie ma przebacz, narzekania, wszyscy zasuwają. Poznałem Alberto (Salazara – przyp.redakcji), rozmawiałem z nim, skończył szybko biegać. W USA jest koniunktura na bieganie. W Polsce jest za mało szczerości, trenerzy się nie lubią, nie ma za dużo sympozjów. Trenerzy w USA rywalizują, ale nie mają tajemnic przed sobą.

Tomek Kozłowski ma dobrze poukładany trening, ale brak mu ludzi, potrzeba mu grupy. Świetnie radzą sobie 800-metrowcy, jeszcze do Kszczota i Lewandowskiego dojdzie Ostrowski i to będzie super rywalizacja. Może być nawet tak, że mistrz Europy nie wygra mistrzostw Polski.

Dziękuję za rozmowę

an8
Antoni Niemczak i Yared Shegumo – Biegnij Warszawo 2011, foto bieganie.pl