new balance morev4
 
16 kwietnia 2012 Redakcja Bieganie.pl Sport

2012 – Najlepszy rok w historii polskiego męskiego maratonu


ich troje 1

W niedzielę 15 kwietnia, trójka polskich maratończyków uzyskała bardzo dobre rezultaty w trakcie maratonów w Wiedniu i Rotterdamie. Pomimo nie uzyskania przez nich wyśrubowanego minimum PZLA są to bardzo wartościowe wyniki i już dziś możemy powiedzieć, że rok 2012 jest najlepszym w historii polskiego maratonu w ogóle.

Do Wiednia pojechali Artur Kozłowski, Arkadiusz Gardzielewski i Olga Kalenderova Ochal.
Panowie od początku biegli razem, dopiero po 35 kilometrze ich drogi się rozdzieliły. Pierwszy z Polaków przybiegł na metę Artur Kozłowski z czasem 2:10:58, poprawiając życiówkę z zeszłego roku o ponad 3 minuty. Pół minuty później przybiegł Arek Gardzielewski również poprawiając życiówkę (o półtorej minuty).

Do minimum kwalifikacyjnego PZLA zabrakło niewiele. Gdyby PZLA utrzymało minimum jakie dawało kwalifikację olimpijska w 2008 roku do Pekinu (czyli 2:12) obydwaj by ją wypełnili (choć pewnie Arek by nie pojechał, bo tego samego dnia Mariusz Giżyński uzyskał wynik nieco lepszy ale także nie dający mu kwalifikacji).

Także Olga Kalenderova – Ochal pobiegła bardzo dobrze (wynik: 2:31:33), poprawiając życiówkę o minutę i czternaście sekund.

Mimo, że nie są to wyniki dające kwalifikację olimpijską, to są to naprawdę dobre rezultaty, okupione miesiącami przygotowań. Co ciekawe, jeśli spojrzeć na maraton mężczyzn, na cztery najlepsze wyniki w roku w ujęciu historycznym, to okaże się, że rok 2012 jest już teraz najlepszym rokiem w historii polskiego maratonu. A nie wiadomo jeszcze co pokaże Marcin Chabowski startujący za dwa tygodnie w Dusseldorfie. Oto jak przedstawia się ta historyczna tabela:

Zawodnik Wynik Data Miejsce
Rok 2012
1 Szost Henryk 02:07:39 4.03.2012 Lake Biwa
2 Kozłowski Artur 02:10:58 15.04.2012 Wiedeń
3 Giżyński Mariusz 02:11:20 15.04.2012 Rotterdam
4 Gardzielewski Arkadiusz 02:11:34 15.04.2012 Wiedeń
Średnia 02:10:23
Rok 1993
1 Bebło Leszek 02:10:24 17.10.1993 Reims
2 Gurny Sławomir 02:10:38 17.10.1993 Reims
3 Gajdus Grzegorz 02:11:07 18.04.1993 Londyn
4 Perszke Wiesław 02:11:15 14.03.1993 Otsu
Średnia 02:10:51
Rok 1986
1 Niemczak Antoni 02:10:34 6.04.1986 Dębno
2 Psujek Bogusław 02:11:03 28.09.1986 Berlin
3 Sawicki Wiktor 02:11:18 6.04.1986 Dębno
4 Wilczewski Czesław 02:11:34 2.02.1986 Beppu
Średnia 02:11:07
Rok 1994
1 Gajdus Grzegorz 02:09:49 17.04.1994 Londyn
2 Perszke Wiesław 02:11:52 3.06.1994 Hiroszima
3 Kasprzyk Jacek 02:11:52 30.10.1994 Pekin
4 Nadolski Zbigniew 02:11:57 27.11.1994 Lizbona
Średnia 02:11:23
źródło: BAZA PRO

Tylko w roku 1993 i 1986 zdarzyło się, że większa liczba zawodników pobiegła wyniki poniżej 2:12:00.

Zawsze jednak kiedy chwalimy naszych zawodników można się zastanowić, czy wszystko to co zrobili, czy sposób w jaki to robili sprawiał, że dawali sobie największe szanse na osiągnięcie celu. Celem była bez wątpienia kwalifikacja olimpijska. Oczywiście co innego biec 42 kilometry po 3:05,57 (tyle trzeba było by biec aby wynik na mecie równał się 2:10:30) a co innego siedzieć przy komputerze i to analizować. Nie mniej jeśli bieganie.pl może do czegoś być przydatne to właśnie do tego typu analiz.

Każdy zawodnik powie, że dał z siebie maksimum możliwości. Ale czy było to zrobione z maksymalną dbałością o szczegóły? Spróbujmy przeanalizować tempo biegu z odczytów elektronicznych co 5 km. Pokażemy to na wykresie, dodajmy jeszcze bieg Mariusza Giżyńskiego, Henryka Szosta i teoretyczny bieg zawodnika biegnącego dokładnie na olimpijskie minimum. Otrzymamy coś takiego:

biegminimum

I tabelarycznie:

Km Kozłowski Gardzielewski Giżyński Szost Minimum
5 03:04 03:04 03:04 03:02 03:05,57
10 03:07 03:07 03:03 03:01 03:05,57
15 03:04 03:04 03:03 03:00 03:05,57
20 03:05 03:05 03:04 03:02 03:05,57
25 03:00 03:00 03:09 03:00 03:05,57
30 03:10 03:10 03:08 02:58 03:05,57
35 03:10 03:10 03:06 03:02 03:05,57
40 03:10 03:12 03:15 03:05 03:05,57
42,2 03:04 03:15 03:10 03:05 03:05,57

Załóżmy przede wszystkim, że nasi zawodnicy byli przygotowani do osiągnięcia minimum. Wydaje się, że to jest zupełnie zasadne założenie, choć nie byli prawdopodobnie gotowi pobiec znacznie mocniej (nie tyle ile Henryk Szost)

Wszystkie poniższe dywagacje bazują na zdrowym rozsądku ale przyznaje, że w przypadku wartości skrajnych być może następuje jakieś „zakrzywienie” którego nie jesteśmy w stanie oszacować (tak jak zakrzywienie czasoprzestrzeni w rejonach prędkości światła). Może 3:05 to nie jest jeszcze maratońska prędkość światła ale to już jest sporo, więc jest jakieś ryzyko, że w tych strefach coś działa inaczej.

Po pierwsze – rozgrzanie. Nie wierzę, żeby jakikolwiek maratończyk był w stanie rozgrzać się odpowiednio dobrze przed maratonem. Nie dlatego, że nie potrafi ale dlatego, że chce minimalizować zużycie energii. Jeśli zatem zakładamy tempo 3:05 to musimy zdawać sobie sprawę z tego, że koszt energetyczny utrzymania tempa 3:05 na początku wyścigu jest większy niż po około 10-15 km. Dlatego strategia równego tempa jest raczej nieuzasadniona i zwiększająca ryzyko końcowej porażki (pisaliśmy o tym przypadku: Zacznij wolniej…, Runners High). To, że organizm naszych maratończyków też rozgrzewał się stopniowo, widać wg mnie na wykresach. Wprawdzie około 21 kilometra jest mniej więcej kilometr lekko z górki co na pewno mogło wpłynąć na podniesienie średniego tempa, ale zbieg jest na stosunkowo krótkim odcinku (1km), nie mniej połączony z dobrym rozgrzaniem mógł wpłynąć na złudne wrażenie świetnej formy (na wykresie biegu Henryka Szosta widać również wzrost tempa pomiędzy 20-30km a w tamtym maratonie nad Lake Biwa nie było tam żadnego zbiegu). Odcinek pomiędzy 20-25 km Artur i Arek pokonali w tempie poniżej 3 min/km podczas kiedy kolejne 5 km już po 10 sek/km wolniej. To jest raczej dowód na zbyt mocne tempo tamtego odcinka, poprzedzone prawdopodobnie niewspółmiernie dużymi stratami energii na pierwszych kilometrach, kiedy nierozgrzani zawodnicy próbowali trzymać tempo w okolicach 3:05-3:06. Notabene – ostatnie kilometry Artura Kozłowskiego były znakomite – szybsze niż końcówka Henryka Szosta.

To są niuanse. Ale wg mnie na tym poziomie to właśnie takie niuanse grają olbrzymią rolę. Sekunda czy dwie na kilometrze już ma znaczenie. Znana jest oczywiście zasada, żeby maraton biec równo – ale fizjologicznie to naprawdę nie ma sensu.

Oczywiście dochodząc do szczegółów – pojawia się więcej problemów, bo przecież pacemakerzy mają przykazane, żeby biec równo. Nie mniej – namawiam wszystkich do rozwagi w przyszłości i prób zorganizowania sobie odpowiedniego tempa. Czyli nie zaczynać od razu w średnim tempem docelowym i nie dać się ponieść w momencie, kiedy wydaje się nam, że biegnie się nam świetnie.

Poniżej podobny wykres dla Olgi Kalenderovej-Ochal.

olga wykres

Wiem, że trenerzy sugerują raczej równe tempo, i jeśli tak znakomity i doświadczony zawodnik i trener, jak były rekordzista Polski Grzegorz Gajdus (którego tutaj pozdrawiamy 🙂 ) mówi, żeby biec równo to świetnie rozumiem zawodników, że nie próbują nawet się zastanawiać, czy coś można w strategii biegu poprawić – ale może w przyszłości ? W końcu kropla drąży skałę ….:)

Przypadek Mariusza Giżyńskiego wygląda nieco inaczej. Mariusz ewidentnie zaczął za szybko, próbując utrzymać tempo grupy biegnącej na 2:10 i zaczął sukcesywnie zwalniać. (gratulacje oczywiście za utrzymanie dobrego tempa i życiówkę). Czy mógł był biec od początku wolniej ryzykując bieg samotnie? Tutaj właśnie pojawia się kwestie zakrzywienia czasoprzestrzeni, która dla zwykłych śmiertelników jest trudna do doświadczenia. To znaczy jak to jest biec samotnie z prędkością 20 km/h bez żadnej ochrony przed wiatrem. Prowadzenie jest pewnie  ważne ale z drugiej strony jesteśmy wtedy skazani często na bieg z grupą zakładającą inne tempo, w dodatku szczególnie trudne do utrzymania na początkowych kilometrach kiedy nie jesteśmy rozgrzani.

Bez względu na wszystko – wielkie gratulacje dla Olgi, Artura, Arka i Mariusza – naprawdę dobra robota.