NB 1080v12
 
3 sierpnia 2016 Redakcja Bieganie.pl Sport

164,5 godziny wysiłku – relacja z Niebieskiego Wyzwania


Paweł Pabian postawił sobie wyzwanie, które polegało na pokonaniu 450 km w 150 godzin. Dokładniej chodziło o pierwszą w historii oficjalną próbę najszybszego pokonania drugiego co do długości szlaku turystycznego w Polsce oznaczonego kolorem niebieskim z Grybowa do Białej (Rzeszów) w formie pieszej bez pomocy z zewnątrz oraz w pojedynkę. Jak mu poszło? Przedstawiamy relacja Pawła.

Skąd pomysł na takie przedsięwzięcie? Żyję od wyzwania do wyzwania. Zdarza się, że niektórzy pukają się w głowę, jak to? Nie cieszysz się tu i teraz, że idziesz po górach? Że upajasz się widokami? Odpowiem tak, cieszę jak najbardziej jednak potrzebuję czegoś jeszcze. Doznałem gór praktycznie z każdej strony. Od tzw. turystyki barowej z piwkiem w ręku przy małym kojarzeniu otoczenia, poprzez upajanie się widokami, kontemplację, szukanie odpowiedzi na różne pytania (oooo rozwój osobisty a jak!), dalej idąc przez oprowadzanie grup w najbardziej komercyjne miejsca, na robieniu długich kilometrów w beskidzkich ostępach kończąc. By się właśnie skończyć i kondycyjnie zarżnąć, ujrzeć kres swoich możliwości. Do tego dokładam, iż musi to być dla mnie wyzwanie, a więc wyjście ponad siebie i przepis na Niebieską Strawę prawie gotowy. Po głowie chodził mi jeszcze wyjazd z moimi kumplami na 2 siedmiotysięczniki, ale z dwojga „złego” moja Basia wybrała: „To już idź się przeciuraj po tych Beskidach…”.

Jak mi przyzwoliła, tak maszyneria ruszyła. Jednak, co zrobić tak by nie tylko było to wyzwaniem dla mnie, ale także zapisało się w kartach historii? Zainspirowałem się Głównym Szlakiem Beskidzkim. Już sporo ludzi podjęło do tej pory próbę pokonania go w najszybszym czasie. Jednak zawsze był ktoś pierwszy, taki pionier, który to zainicjował. W tym przypadku przypadło do Piotrowi Kłosowiczowi. Po tym najdłuższym szlaku mamy drugi co do długości, niewiele krótszy bo tylko o około 50 km: Niebieski Szlak Karpacki. Szybko sprawdziłem, czy aby ktoś już nie próbował z nim coś kombinować. Jedyną oficjalną relację jaką znalazłem było przejście w wymiarze około 15 dni, na ciężko z plecakiem, a więc typowo turystycznie. Tak więc znalazłem tutaj moją szansę. Niech szlak się obnaży i stanie przede mną w pełnej krasie. Kilka założeń za tym poszło. Wytyczyłem sobie bowiem za cele:

  • przemierzyć szlak na czas jako pierwszy,
  • ustanowić rekord i pokonać go najszybciej w historii,
  • pokonać dystans bez pomocy z zewnątrz (masaży, gotowych punktów żywieniowych i noclegowych, ekipy, która pomagałaby mi w trakcie),
  • w pojedynkę (bez partnera/partnerki, no ale w trakcie zawsze mógł ktoś się na chwilę przyłączyć i pobiec – nikt jednak taki się nie znalazł…)
Kolejne cele mogę podzielić na dwie grupy: egoistyczne i dla społeczeństwa. Nie będę ukrywał tego, że chciałem się zmierzyć sam ze sobą i wzbudzić podziw ludzi, kiedy mi się uda. To jest tak oczywiste i proste, że nie wierzę aby istniał taki człowiek, który w głębi serca nie miałby takich pobudek. Wtedy, kiedy podejmuje coś niezwykłego i inni robią WOOOOOW, Jesteś Wielki! Ja się z tym nie kryję – mówię jak jest, niczym Mariusz Max Kolonko! 
Cele dla społeczeństwa to zwrócenie uwagi na szlak, na którym można doświadczyć zupełnie innych emocji niż na głównym beskidzkim. Jest to szlak dziki, często nieoznakowany, nie ma tam ludzi i próżno czasem spotkać turystę nawet przez 2 dni, a o sklepie trzeba strategicznie pomyśleć bo bywa, że nawet 1,5 dnia się go nie uraczy. Więc skoro ultrasi biegają GSB (Głównym Szlakiem Beskidzkim) to niech zaczną bić rekordy na tym Niebieskim. Jednak ktoś musi być pierwszy, no i mnie się to udało :). A jak to wyglądało (zapraszam do lektury)? 
Ja ultramaratończyk? Śmiesznyś!

Zanim przejdę do opowieści o przygodzie po tym przydługim wstępie pragnę nadmienić jeszcze jedną rzecz. Mianowicie fakt, iż za ultramaratończyka siebie bynajmniej nie uważam. Biorąc udział jedynie w 5 imprezach ultra do tej pory i patrząc na to jak ćwiczą i jakie wyniki osiągają ci, którzy naprawdę uprawiają dłuuuuugie bieganie po górach – to ja jestem leszczem. Człowieczkiem, który się zgubił i pomylił miejsca. Jednak już trochę mniej pewnie… Lubię wyzwania to spróbuję… Przez cały czas aż do ostatniego dnia nie miałem ani jednej destruktywnej myśli. Jak na złość naszły mnie one w ostatni dzień. Zacząłem się zastanawiać co ja tutaj robię? Nie mam spektakularnych wyczynów, dobrej kondycji (takiej jak na ultra przystało), a porywam się na coś co jest TOTALNIE poza moimi  możliwościami. Za późno… Machina poszła, wszyscy się dowiedzieli, wywiady w radiach, artykuły w gazetach. Przecież nie mogę teraz sobie uciec, zresztą jak z tym żyć? Tak więc do boju!
Plan od początku był następujący: na spokojnie zacząć i spokojnie do przodu. Spokojnie będę urabiał kilometry bez szarpania i podpalania się od początku. Przyjechałem dzień wcześniej do Grybowa. Dwoma autobusami. Pierwej do Gorlic z Rzeszowa, następnie busikiem  do miejsca docelowego. Zabukowałem się na agroturystyce. Tutaj warto przytoczyć jedną z wielu anegdotek. Ta uratowała mi życie i spowodowała, że wygrałem! 
Buty mocy i zaufanie

2 dni przed wyjazdem dostałem propozycję od Magdy Ostrowskiej-Dołęgowskiej, (która prowadzi portal napieraj.pl), czy nie chciałbym pobiec w obuwiu, które mi podeśle? Notabene dalej sobie myślałem: co ja tutaj robię? Kobieta związana z biegami ultra, która ma takie osiągnięcia w tej dziedzinie, że mogę jej buty wycierać. Tymczasem ścięło mnie z nóg, czułem się wręcz winny, że ta, doświadczona w świecie biegów dziewczyna mi ufa, a tymczasem ja to zwykły człowieczek bez jakiejkolwiek wielkiej historii biegowej. Taki nikt… Poczułem niemoc, iż faktycznie nie jestem w tym miejscu, które jest dla mnie… Musiałem się zebrać w sobie. Zgodziłem się na ten gest. Dostałem buty Inov-8 trailtalon 275. Jaki ze mnie ultras? Do tej pory „biegałem” w moich jakiś tam starych butach biegowych, a jak popatrzyłem na te buty i cenę – to mercedesy w zestawieniu z klasą dla pozostałych butów? (tak sobie strzeliłem). Wszystko było w porządku, jednak buty nie mierzone, nie rozchodzone. Kiedy dotarłem do agroturystyki w Grybowie niebiesko-limonkowe lacze już czekały w pokoju. Otworzyłem je, ubrałem i postanowiłem, chociaż pochodzić w nich po mieście. Wieczorem miałem się ostatecznie określić sam przed sobą, którą parę biorę. Na całe szczęście wziąłem 2 pary i to uratowało mnie w piekielnych deszczach… poszedłem, więc do sklepu i na rekonesans szlaku. Odnalazłem dworzec PKP i słup z oznaczeniem początku szlaku. Tu już sprawa załatwiona, by nie bujać się rano. 
Zaproszenie od Burmistrza

Godzina 17, a tutaj jeszcze spotkanie z Panem Pawłem Fydą – burmistrzem Grybowa. Tak, dostałem zaproszenie. Poszedłem, pogadałem, dostałem obfity obiad od Urzędu i umówiłem się z burmistrzem oraz reporterem na 4:00 dnia następnego – na starcie szlaku. Spotkanie przebiegło bardzo miło, Pan Burmistrz okazał się w porządku człowiekiem. Objął urząd po 20 latach prowadzenia własnego biznesu. Właśnie takich powinniśmy mieć rządzących. Dlatego jestem pewien, że to najlepszy człowiek na tym stanowisku, gdyż będzie wiedział co robić z miastem! Wyszedłem od burmistrza, najadłem się obficie i udałem na nocleg. Godzina 21, założyłem pobudkę przed 3 rano by się spokojnie spakować. Nie wierzyłem, że od tej pory przez 6 dni będę w stanie spać po 3 godziny na dobę i ciągle napierać po górach. Chyba naprawdę przerosłem samego siebie po kilkakroć. Gdzie cholera są te granice? Czy rzeczywiście tylko w naszej głowie? O szlachetna głowo, dlaczego blokujesz tyle możliwości… 

001

Od początku medialnie!

Jak sobie założyłem, tak też się stało. 2:30 pobudka. Zwlokłem się trochę przytępiony i zastanawiałem się jak będę wstawał przez kolejne dni, skoro tutaj na świeżości tak mi ciężko? 
Dygresja… (pomidor)

Okazało się, że organizm można naprawdę zaadaptować do danych warunków. Kiedy nie dajemy mózgowi innej możliwości i kiedy nie ma wyjścia – musi zaakceptować to co jest. Myślę, że jest tak ze wszystkim. Dzisiaj łapiemy się za głowę, jak ludzie mogli żyć w czasach np. II Wojny Światowej, okupacja, ciągłe walki, Powstanie Warszawskie… Otóż Ci ludzie po prostu znaleźli się w tych czasach i w takich warunkach przyszło im żyć. Dostosować się do tego co mają wokół i szukali rozwiązania, czyli walczyli o wolną Polskę – to było ich codziennością. Gdyby te czasy nadeszły znowu – myślę, że zachowalibyśmy się podobnie. Przekładając tę wielką sprawę na mój mały Niebieski Szlak – nie dałem mózgowi innego wyjścia, cel musiał zostać spełniony, a cały organizm zaadaptował się do warunków wokół panujących. Dlatego zniosłem to co przeżyłem. Tak więc spakowałem stare buty biegowe do plecaka, upchałem skrzętnie w worki cały sprzęt skrupulatnie podzielony na paczki. Ściągnąłem paski oraz przywiązałem dodatkowe troki by nic nie latało w plecaku, szczególnie w kominie. Zapiąłem mocno pas biodrowy  by maksymalnie odciążyć barki, skombinowałem patent na umieszczenie bidonu przy pasie biodrowym. W takim miejscu by nie był centralnie z przodu, a także nie z boku – bo uwadzałoby o ręce i kijki. Do tego wszystkiego Dodatkowy pas przeciągnięty przez plecak specjalnie tylko na komórkę by mieć łatwy do niej dostęp. Tak uzbrojony udałem się spacerkiem pod stację PKP. Tam nakręciliśmy materiał, zrobiliśmy zdjęcia, pogadałem z Panem Burmistrzem. 
Dzień I – 8 lipca, 4:30 – START!

Ruszam powolnym truchcikiem mijając po lewej stronie Biedronkę. Początkowo na dystansie 200 metrów szlak spada w dół. Rozgrzany porannym chłodem wbijam sobie mocno do głowy, by rozpocząć wolno. Bowiem aż pod Chełm – pierwszą górę na Niebieskim Wyzwaniu trasa wiedzie asfaltem. Pod górę. Spacerem podziwiałem widoki dokoła, powoli oddalający się Grybów, wzniesienia Beskidu Sądeckiego i Wyspowego oraz uroki Niskiego. Póki co euforia, a przygoda się dopiero zaczyna… Kijki przy boku, zdjęcia tylko selfie. Niestety byłem na nie skazany prawie przez cały dystans… Podchodzę na raz na górę Chełm (780 m.n.p.m.). Tutaj dopadają mnie pierwsze poty, ściągam cały majdan, robię fotki i czas ruszać dalej. Zbiegam truchtem do Wawrzki, chwilowo wśród zabudowań i znowu w las, początkowo wzdłuż pola ornego. W delikatnych chaszczach, na szczęście sucho podbijam do góry. Potem typowa droga stokowa w lesie, dobrze oznaczona. Wdrapałem się na grań Suchej Homoli i Flaszy. Tutaj szlak okazał się prosty. Wiedziałem, że gdyby nie drzewa, po lewej stronie ujrzałbym taflę zalewu Klimkowieckiego. Niestety dorodne buki przysłaniały cały obraz. Bardzo dobrze mi się hasa, pod górę idę, z górki zbiegam bez zbędnego pośpiechu. Tak czas mi upływa. Gdzieś bodajże na Suchej Homoli zatrzymuję się z myślą o rzeczy najprostszej. Tak sobie bowiem założyłem: kiedy chce mi się jeść – jem, kiedy chce mi się wypróżnić – czynię to. Więc ściągam wór z pleców, wyjmuję rano przygotowane kanapki z szynką, serem i ketchupem. Zdążyły się już mocno poturbować w plecaku i straciły kształty bułki :). 
Pierwszy duży problemat – nie mogę jeść

Tutaj zaczęła się pierwsza z prób na całym wyzwaniu: problemy żywieniowe. Od tej pory, mniej więcej przez kolejne 24 godziny mój organizm przestał normalnie przyswajać jedzenie. Ledwo zmęczyłem kanapkę, dochodząc do wniosku, że nie potrzebuję jeszcze jedzenia i wszystko jest w najlepszym porządku. Tak zbiegłem z Suchej Homoli, przemierzyłem Bardiów Groń (niepozorny a dość długi masyw, przez który przebijałem się około 2 godzin). Tak znalazłem się w Hańczowej, gdzie szlak aż do Ropek na chwilę połączył się z czerwonym – Głównym Beskidzkim. Jeszcze przetnę ten szlak w swoim czasie 🙂 W Ropkach dalej szutrową drogą dotarłem na Wysowej Zdrój. Około 35 kilometr wyzwania. O godzinie 10 sądziłem, że należycie zjem ciepłą strawę w karczmie, gdyż w Wysowej nie raz bywałem i jadło dobre tam podają 🙂 Ku mojej rozpaczy obydwie karczmy naprzeciw siebie swój start zaczynają dopiero o 12. Toż do tej godziny czekał nie będę. Bliżej cerkwi serwują fastfoody, ale wiedziałem, że tego nie chcę… Tym sposobem dokonałem rzeczy najgłupszej, która ostatecznie mnie zniszczyła na najbliższą dobę. Wpadłem do delikatesów, obłowiłem się w zimne trunki, skonsumowałem banana i naszła mnie ochota na pączki… kupiłem 2 sztuki, zjadłem łapczywie i zatkało mnie to. Sądziłem, że będzie OK. Ruszyłem dalej w kierunku Jaworzyny Konieczniańskiej. Szło się żwawo, odcinek niezbyt atrakcyjny bowiem przez dłuższą część wiedzie szutrową drogą leśną. W końcu znalazłem się na ścieżce, wyprzedziłem 2 grupy rodzinne niedzielnych turystów doznających uroków uzdrowiska. Dołączyłem do granicy ze Słowacją. Tutaj szlak niebieski łączy się z granicznym czerwonym szlakiem słowackim oraz klasycznymi słupkami granicznymi. Tak nie sposób się tutaj zgubić. Mamy bowiem a trzy punkty odniesienia: oznaczenia szlaku czerwonego, niebieskiego i słupki oraz wyraźna ścieżka. Należy tylko pamiętać że miejscami szlak niebieski zbiega do miejscowości i opuszcza granicę, gdyż taki jego urok 🙂 Wdrapałem się na Jaworzynę i tutaj było już niezbyt dobrze… 
Panie, bo zaraz Ci tu puszczę…

Akurat na szczycie odpoczywało dwóch jegomości, poprosiłem jednego o fotki dla sponsorów, zagadał mnie też czy nie znam jeszcze jakichś dobrych widokowych miejsc w tej części Beskidu Niskiego. Otworzyłem mapę, pokazałem mu to i owo, rozmowa zeszła na cmentarze więc też wskazałem na kilka moim zdaniem godnych zobaczenia. Kiedy tak zadawał mi pytania czułem jak coraz bardziej mi doskwiera żołądek. Z każdym pytaniem czułem się coraz gorzej. Nie dlatego, że nie znałem odpowiedzi, a dlatego że kompletnie źle odżywiłem się w Wysowej… Opowiedziałem koledze o moim wyzwaniu, puścił mnie dalej, ubrałem szybko plecak i cisnę do przodu z nadzieją, że problem żywieniowy mi odpuści. Nic bardziej mylnego, wszystko się nasilało. Przemierzyłem Beskidek i zbiegam do Koniecznej. Wiedziałem, że będzie cienko ze sklepem, a wody już prawie zabrakło. Zapukałem do lokalnego mieszkańca z zapytaniem o wodę, ochoczo nalał mi źródlanej, gdyż jak twierdził tylko taką tutaj mają – najlepszą! Z tym małym optymizmem opuściłem miejscowość i z powrotem udałem się w kierunku Dębiego Wierchu na granicę polsko-słowacką. Na łąkach musiałem odpocząć. Zrzuciłem plecak, zajrzałem do środka w nadziei że na coś będę miał ochotę. Tymczasem na wszystko co patrzyłem wzbudzało we mnie wymioty. Położyłem się więc na mapie, zamknąłem oczy i prosiłem niebiosa by zabrały to brzemię. Wiecznie leżeć nie mogłem, dlatego szybko się pozbierałem i dalej wiosłuję kijkami pod górę. Docieram granicą na Przełęcz Beskid nad Ożenną i asfaltem pomykam do miejscowości znowu opuszczając granicę. 

13769607 1055419661180315 6416307819330785346 n
Bigos i zniszczenie żołądka

Docieram do miejscowości i widzę obok przekaźnika lokalny sklepik. Wpadam do środka i błądzę oczyma na co mam ochotę. Taka zasada na takich wyrypach. Jesz to na co masz ochotę i na czym wzrok się zatrzyma. Tutaj ta zasada mnie zawiodła. Mój wzrok spoczął na bigosie, nieprzeparta chęć mnie naszła. Kupiłem kociołek, miły Pan podgrzał go w mikrofalówce, owinął brudną szmatą (bo gorący) i zacząłem delikatnie wsuwać. Zjadłem może 1/3 zawartości i to był kres moich możliwości. Oddałem resztą poczciwemu psu. Sam zapakowałem się, podziękowałem i dalej do przodu w kierunku Flipowskiego Wierchu i przełęczy Mazgalica. Pomysł dotarcia tego dnia do Barwinka odsunął się i jedyne o czym marzyłem to dotrzeć do Huty Polańskiej. Wdrapałem się z powrotem na granicę, podszedłem na Wierch, zszedłem na przełęcz Kuchotwską, oddałem dwa niewyraźne widoki w kierunku Ciechani i dalej zasuwam w kierunku przełęczy Mazgalica. Oj droga się dłużyła… Dotarłem tam wieczorkiem. Nie mogłem wytrzymać z żołądkiem już całkowicie, sprowokowałem wymioty i oddałem cały bigos na zewnątrz. Nie polubił mnie… Tutaj musiałem odbić 2,5 kilometra od szlaku do Huty Polańskiej. Zacząłem się toczyć w dół. Minąłem 2 obozy harcerzy po drodze, kościół i w końcu znalazłem się w schronisku Hajstra. Całe szczęście, że Basia wcześniej zarezerwowała nocleg. Myślałem, że zastanie mnie gleba ze względu na obłożenie w schronisku, jednak ostało się miejsce awaryjne, na poddaszu, na miękkim podłożu. Tam też rozbiłem swój majdanik, pogadałem z bardzo miłym Panem o Niebieskim Szlaku (ewidentnie znał się na rzeczy i kochał góry). 
Jedz na siłę!

Następnie zamówiłem pierogi. Bardzo nie miałem ochoty na jedzenie, ale wiedziałem że muszę coś w siebie wmusić. Po 20 minutach dostaję michę pierogów z mięsem. Schodzę mozolnie z poddasza, siadam przy stole i normalnie powinienem mieć uśmiech od ucha do ucha. Tymczasem rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Wzdycham i grymaszę, biorę pierog za pierogiem do ust i ciężko przegryzam. W końcu udało się!!! Zjadłem cały talerz ale myślałem że zwrócę. Teraz kolejna część adaptacji. Prysznic. Schodzę na dół na bosaka, piorę skarpetki i majty ze względu na ograniczoną ich zasobność, następnie myję siebie. Czuję się mega osłabiony ze względu na ten żywieniowy zawrót i wymioty na Mazgalicy. Wyzuło to ze mnie wszystkie siły. Szybko wyciskam ciuchy i wracam na górę – kładę się spać, wybiła północ. 
Dzień II. 9 lipca – Hej graniczny Niski

Nastawiam budzik na 2 w nocy, jednak przedłuża mi się do 3. Dobra – 3 godziny wystarczy, będzie więcej siły. Schodzę do kuchni, oczywiście cały schron śpi i tylko donośne pochrapywanie słychać tu i ówdzie zza drzwi. A o północy jeszcze taki gwar. Piwko, muzyka, śmiechy 🙂 kto by się budził o 3 w nocy!? Jem powoli co mogę w kuchni, wypijam chyba ze 6 szklanek herbaty, wmuszam w siebie bułkę z pasztetem i ketchupem. Wychodzę na zewnątrz, świeże powietrze chłosta mi twarz, czuję, że wisi w powietrzu burza. OOOOO jakby taka pogoda była tylko bez deszczu – idealnie na biegi i szturmy! Zmierzam z powrotem 2,5 kilometra na przełęcz Mazgalica. Po drodze mijam 2 harcerskie obozy, przy których stali wartownicy słaniający się pod masztami z flagą. Ewidentnie walczyli ze snem 🙂 Dobijam szybko do granicy i nie zatrzymując się cisnę na Baranie. Graniczny, wybitny szczyt z wieżą widokową. Dokoła słyszę zbliżające się grzmoty. Podchodząc coraz wyżej doganiają mnie co raz bardziej. W końcu zaczęły spadać kropelki. 
Koniec świata na Baranim

Nagle ni stąd ni zowąd GRZMOT i PIORUN – kilkadziesiąt metrów ode mnie. Aż włosy mi dęba stanęły. Za kilka sekund – drugi!!! Czuję, że szczyt coraz bliżej. Przyspieszam kroku, dosłownie 30 sekund później zaczęło lać. I to nie deszczyk ni mżawka a soczysta burza ze ścianą deszczu. Postanowiłem nie kryć się pod liściastym bukiem a gnać co sił do przodu, gdyż wiedziałem że szczyt tuż tuż. Biegnę! Z cały sił. Dobrze być przewodnikiem i wiedzieć co się ma przed sobą. Przecież na Baranim jest wiata zamykana – muszę tam dobiec. Jest! Udało się, szczyt był blisko, polało na mnie raptem 5 minut chociaż zdążyło mnie porządnie zmoczyć. Dobiegam do wiaty. Leje jak z cebra i nie zanosi się na poprawę. Wpadłem w samo centrum potężnej burzy i to na szczycie! Rozkładam mapy, ubieram długie termo ciuszki i kładę się. Przeczekam tę nawałnicę. Zasnąłem. Zbudziłem się godzinę później – dalej leje, ale tak jakby przestaje. Poczekałem 15 minut i rzeczywiście. Deszcz paszoł won. Wyszedłem, jeszcze kropiło. No ale napieram dalej. Niestety mimo iż przestało padać – ten odcinek przemoczył mi buty doszczętnie. Tak bardzo, że zaczęło w nic chlupać. Słońce zaczęło świecić. Jednak odcinek z Baraniego do Barwinka ma to do siebie, że na ścieżkę wystają przeróżne trawy. One – zmoczone świeżo po deszczu miały bardzo dużą kumulację. Wszystko to zbierały moje buty, gdyż niemożnością było tak wysoko podnosić nogi. Bardzo to męczyło i zabierało masę czasu. Po 5 minutach dałem sobie spokój i zacząłem szurać do przodu. W butach woda – można wylewać. Przy zejściu do miejscowości musiałem się zatrzymać. Zjadłem coś słodkiego, żywieniówka dalej mnie mordowała i nie dawała żyć… doczłapałem jakoś do barwinka. Czas – bardzo zły! Oj zdemotywowało mnie to strasznie… Doszedłem do baru, kupiłem prowiant w sklepie-samochodzie. W barze zamówiłem barszcz po ukraińsku i do tego jajecznica. Rozłożyłem wszystko by się trochę wysuszyło, przebrałem nowe buty, ubrałem krótkie termo gdyż pogoda się poprawiła. Teraz dalej w kierunku granicy na Kiczerę Jałową. Wychodzę i czuję się lepiej. Barszcz zdecydowanie pomógł! Wbijam szybko na granicę nieopodal przełęczy Dukielskiej – 500 m.n.p.m (najniższa przełęcz w głównym wododziale karpackim). Przechodzę obok słowackiej wiedzy, na którą można wyjechać i posłuchać o np. Operacji Dukielskiej podczas II Wojny Światowej. Tak szybko doszedłem do oznaczeń czerwonego szlaku granicznego słowackiego i słupków granicznych. Pomykam granicą na Czeremchę. 
W drodze na Kamień

Dochodzę do nieistniejącej już miejscowości i pięknej doliny. Tutaj też oczywiście szlak niebieski odbiega od granicznego przebiegu. Kilka krzyży, pozostałości cmentarza i czas powoli podchodzić ku kolejnemu wybijającemu się szczytowi – Kamień nad Jaśliskami (jeden z trzech w Beskidzie Niskim). Droga przez kilka kilometrów prowadzi leśną drogą szutrową o dobrych warunkach, to też człowieka trochę psychicznie męczy. Docieram wreszcie do granicy. Znowu pasuje coś zjeść. Boję się, że zwrócę. Zjadłem kawałeczek mini-pizzy kupionej w sklepie-samochodzie. Do tego dokładam kawałek kanapki z Orlena (takiej gotowej). O dziwo weszło. Hmm zobaczymy co dalej. Napieram ostro pod Górę. W końcu osiągam szczyt, chociaż do tego usypanego masą kamieni musiałbym odbić ze szlaku. Teraz odcinek w dół. Zbiegam wśród wielu cmentarzy wojskowych z okresu I Wojny Światowej. Przemierzam bezkres granicznego szlaku po drodze spotykając bardzo ciekawe miejsce, jednak w opiece należące do Słowaków – rezerwat przyrody Haburskie Raselinisko. Czyli ogromne bagnisko na granicy. Kiedyś tu był pewnie staw, potem zrobiło się torfowisko. Wszystko zalega na nieprzepuszczalnych skałach. Bardzo fajnie się przez to szło – po takiej balowanej ścieżce. 

002

Jasiel

Potem łąkami i w końcu jest! Tabliczka z informacją o zejściu do Jasiela. Oczywiście muszę iść, gdyż tak mówi szlak niebieski. Zbiegam do kolejnej pięknej doliny, gdzie kiedyś tętniło życie, a dzisiaj tylko dzikie jabłonie i krzyże w szczerym polu. Mijam pomnik kurierów beskidzkich, docieram do pola namiotowego na czele z pomnikiem poświęconym żołnierzom poległym WOP. Tutaj rozmawiam z miłym Panem – bazowym, który właśnie opiekował się paleniskiem. Jem strawę plecakową pod wiatą i przychodzi deszcz. Jak przyszedł tak poszedł. Zbieram się i napieram na granicą z powrotem. Podchodzę szybko pod Kanasiówkę, potem Wielki Bukowiec i wieża na którą wyjść ciężko – tylko na własną odpowiedzialność a nagrodą jest to że nic nie widać, bo wieża nie wystaje ponad granicę drzew. Cóż… Pomykam dalej granicą w kierunku przełęczy Radoszyckiej, mijając Danawę i Średni Garb. Z jedzeniem po drodze. Super! Gasrto się włączyło, męka żołądkowa odpuściła i nie chwyciła więcej! W końcu docieram do przełęczy. Tutaj tabliczka z napisem 2 godziny do Siwakowskiej Doliny (notabene to nazwa szczytu). Wbijam sobie do głowy, że przemknę to szybko. Jest to zdradliwa polityka, gdyż minuta za minutą ciągnie się niemiłosiernie. Myślałem, ze dam rade w 30 minut tymczasem las, las, las bukowy… Docieram wreszcie do szczytu. Postanowione! Idę na nocleg do Nowego Łupkowa. Jeszcze godzinka i jestem w miejscowości. Akurat dotrę na 21. Ha! Nic bardziej mylnego. Trafiłem na pierwszy z najgorzej oznaczonych odcinków Niebieskiego Szlaku. 
Wstyd

PTTK Sanok – proszę się wstydzić! Oznaczenie szlaku na tym odcinku (Siwakowska Dolina – Łupków) woła o pomstę do nieba!!! Szlak wiedzie haszczami, bagniskami i moczarami, trzeba przedzierać się przez młodniki. Jedna, wielka masakra. Mam nadzieję, że ta relacja poruszy odpowiednie służby by zaopiekowały się tym odcinkiem. Być znakarzem to znaczy dzierżyć pewne brzemię, są odpowiednie fundusze, zniżki oraz ogromny zapał, hobby znakarzy. Czyż nie tacy ludzie są znakarzami? To znaczy dbać o szlaki, albo je w pieron usunąć!  To co się tam aktualnie dzieje to katorga i obniża szacunek do kolegów i koleżanek znakarzy. Albo ekipy to poprawią, albo niech zlikwidują ten szlak i wymarzą go z map bo nikt tamtędy chodził nie będzie i z tego co wiem od mieszkańców – nikt tamtędy nie chodzi bo się po prostu nie opłaca ze względu na stan szlaku. Albo w jedną stronę, albo w drugą. Tak być nie może. Koniec końców ściąłem szlak i poszedłem na azymut lądując przy starej stacji w Łupkowie. Nawet nie wkurzony, a wkurwiony oznakowaniem poszedłem podług własnej logiki bo tak uznałem za stosowniejsze. 
Nowy Łupków – nocleg tylko u Pani Bożeny Gosztyła!

Następnie niedaleko Chaty na krańcu Świata odbiłem do Nowego Łupkowa i miałem już zaklepany nocleg u Pani Bożeny Gosztyła. Dzwonię – każe mi gdzieś skręcić i iść prosto pod jakiś nowy dom. Skręcam z drogi głównej, idę, ciemno, głucho nic się nie świeci, nic nie widać. Myślę sobie – kicha. Miałem być o 21 a już jest 22. Chciałem iść o 22 spać, a tymczasem dopiero szukam miejscówki. Siadam zrezygnowany i podwójnie wkurzony pod jakimś domem. W końcu przyjeżdża samochód, każą mi wsiadać. Kurcze czyżby koniec żywota? Może zaciukają zmarnowanego i zmęczonego turystę? 50 metrów dalej właściwy domek. Zapalają całą chałupę. 2 panie ogarniają jedzenie. Akurat leci muzyka w miejscowości, jakaś duża impreza. A tutaj wyrywają się by mnie pomóc. Dostałem kaszankę, do tego pyszne pierogi. Herbatę i prowiant na dzień następny. Micha zaczęła mi się cieszyć. Do tego miły Pan zabawia rozmową. No wszyscy do rany przyłóż. Woda zdążyła się zagrzać w centralnym. Zostawiają mnie samego. Jem, ogarniam się powoli, myję cały oraz skarpety. Drugi dzień noclegowy w pełnej klasie. Kładę się spać znowu koło północy. Nie miałem pojęcia, że to ostatni mój normalny, cywilizowany nocleg…
Dzień III. 10 lipca – Bieszczadzkie sztychy

Budzę się klasycznie o 3:00. Wstaje się dobrze. Organizm przyzwyczaiłem i dosyć dobrze sobie radzi z całodziennym napieraniem i spaniem 3 godziny. Jem resztę pierogów, pakuję plecak i przyrządzam sobie rarytas! W lodówce bowiem znalazłem pyszny sok z aroni. Chlipałem go sobie  wieczorem, w nocy i rano. Postanowiłem, że zrobię sobie butelkę soku na cały dzień. To było zbawienie podczas tego dnia i żaru lejącego się z nieba. Ściągam troki, plecak znowu naładowany, tym razem do masy wody dodałem pasztet w słoiku (!!!) i 2 konserwy w puszcze. Jak za dawnych lat hehehe. No takie realia Niebieskiego Szlaku. Wiedziałem, że oprócz Balnicy, dzisiaj nie mam żadnego sklepu i cywilizacji. No zaczynamy Bieszczady. Na mapie trasa wygląda spoko. Górki obok siebie na mapie. Jedna 983, druga 1001 m.n.p.m. Myślę sobie – płasko! Będzie łatwizna. Tymczasem tak tylko wyglądało na mapie. 
Góra, dół, góra, dół…

Rzeczywistość okazał się brutalna. Wyjście – zejście. Dobre podejścia i konkretne zejścia. Kondycyjna wyrypka dzisiaj. O tyle o ile noga darła do góry to  z góry już napotykała problemy. Tak po kolei wspinałem się na Głęboki Wierch, Wysoki Groń, Wierch nad łazem, Gmyszów Wierch, Rydoszową i dłuuuugi zbieg do Balnicy. W końcu dotarłem do stacji kolejki leśnej wąskotorowej z Majdanu po Cisną. Wpadam i widzę, że miejsce nabrało komercji. Przy postoju kolejki – stragany z pierdołami i pamiątkami. Ja uderzam prosto do schroniska z myślą o ciepłej strawie. Tylko to mnie interesuje. Są dwie rzeczy do wybory. Kapuśniak albo jajecznica z kabanosami. Wybieram to drugie z czterema jajkami. Wszamam wszystko z wylizaniem talerza patrząc się tempo na torowisko kolejki. Kupuję czekoladę studencką i podróbkę coca-coli. Decyduję się na jeszcze jedną jajecznicę z kabanosami. W sumie po 8 jajkach urabiam dwójkę w ubikacji, zwijam się powoli i po godzince resta dalej znajduję się na szlaku. Akurat minąłem się chyba 5 minut z kolejką, bo właśnie zajeżdżała głośno dając znak, z masą turystów. A to może i dobrze że poszedłem :). Cisnę dalej przez kolejne pokaźne bieszczadzkie szczyty: Czerenin (przed szczytem jakieś 15 minut leży powalony słup – dawny trójstyk granic, Niemcy – Słowacja – Węgry) dalej Stryb, Sinkowa, Rypi Wierch. Każdy szczyt oczywiście ma swoje podejście i swój zbieg. Między drzewami już majaczą perełki Bieszczadów – połoniny ze Smerekiem na przedzie. 
Głupi…

Zbiegam na przełęcz nad Roztokami. Tutaj żywię się. Wiem, że blisko jest źródełko, ale dziwnym przypadkiem spakowałem się i poszedłem jak idiota do przodu w kierunku Okrąglika. Nie wiem dlaczego nie nabrałem wody i poszedłem w góry z litrą wody??!! na szczęście wiem, że po drodze mam jeszcze co najmniej 2 źródełka na szlaku na przełęczach. Osiągam Okrąglik i tutaj wreszcie widzę trochę więcej grup turystów. Na granicznym do Balnicy widziałem 2 ekipy, tutaj może około 4 grupy. Napieram do przodu znowuż zaliczając kolejne górki, czyli Kurników Beskid, Płaszą i Dziurkowiec do Rabiej Skały. W okolicach Płaszy jest źródełko, więc nabieram obficie wody zastanawiąjąc się czy ta woda mi zaszkodzi, czy nie. Moje wątpliwości rodziło wijące się w wodzie coś na kształt pijawki. Wyjścia już nie miałem – byłem na zero z wodą i musiałem dopełnić się na max. Do dzisiaj czuję się dobrze, pewnie pijawka okazała się wskaźnikiem czystości tego źródełka :). Daję do przodu! Teraz klasyka od Rabiej Skały. Mijam Czoło, Borsuk i docieram do Przełęczy pod Czerteżem. Tutaj się grubo zastanawiam czy iść dalej do Ustrzyk  czy zostać… Jeszcze kilka grubych podejść przede mną. Zmarnowany całym dniem i tymi konkretnymi podejściami, mając w nogach 55 km postanawiam iść spać do wiaty. Jem, bukuję się na górze we wiatce, zamykam i z poczuciem bezpieczeństwa kładę się spać ubrany we wszystko co mam, a wiele rzecz jasna nie miałem. Zrobiłem jedną wielką głupotę. Zapomniałem o foli NRC. Owijając się w nią miałbym ciepło jak w domu, tymczasem w nocy dygotałem się niemiłosiernie. Wręcz rzucało mną z zimną we wiacie. Wszak to przełęcz i grań wododziałowa. 

003

Dzień IV. 11 lipca – Bieszczadzkie sztychy ciąg dalszy

Budzę się o 1 w nocy, zjadam kawałek konserwy, pakuję i napieram dalej. Podchodzę w latarce na Czerteż, dalej mijam Kamienną i już w półmroku docieram na Kremenaros. Tutaj kolejny pasztetowy posiłek. Uświadamiam sobie że po 150 około kilometrach dotykania szlaku granicznego – odchodzę od niego i już go nie zastanę. Teraz już tylko Polska. Bowiem tutaj jest kolejny, aktualny trójstyk. Gdzie łączy się granica Polski, Ukrainy i Słowacji. Kieruję się Wielką Rawkę. Jedyny legalny odcinek, gdzie można iść wzdłuż granicy z Ukrainą. W końcu i od niej odbijam i podchodzę szybko na Wielką Rawkę. Zastaje mnie wschód słońca, pięknie wylewające się słońce na gniazdo Tarnicy i Bukowe Berdo a w cieniu jeszcze powite połoniny Caryńska z Wetlińską no i zamglone Ustrzyki przede mną. Teraz dłuuuugie zejście do punktu kasowego. Ciągnie się sporo, ponad 2 godziny złażenia. W końcu dotarłem do obwodnicy bieszczadzkiej i teraz jeszcze 30 minut asfaltem do miejscowości. 
Zagłębie turystyczne?

Tutaj kolejny mały problemat. Gdzie zjeść ciepłą strawę w Ustrzykach Górnych o 7 rano? Wszystkie bary z Kremenarosem ruszają od co najmniej 8. Pukam i głucho, wszystko zamknięte. Dzwonię do hotelu górskiego PTTk i pytam czy da się coś zjeść. Pani mówi że spróbuje załatwić. No to pięknie! Dzwonię 3 minuty później, mówi żeby wpadać. Przychodzę, stają pod restauracją na Pan mówi, że nie ma szans. Odchodzę wkurwiony na gościa, który z dupy w góry przyjechał i nie wie co tutaj robi. To góry! Cholerka a nie jakieś miasto. W górach są ludzie gór, a ten pan ewidentnie kompletnie pomylił miejsca. Odchodzę i miła Pani z recepcji woła mnie z powrotem. Pan kelner otwiera i robi mi 2 jajecznice na boczku. Jem śmiało i łapczywie. Do całości dorzucam mu 2 zł napiwku. Niech ma i proszę! Niech się Pan ogarnie. Kurna to są góry i trzeba tak funkcjonować, jak ludzie gór! 
Hej ku najwyższym szczytom!

Opuszczam hotel górski z poczuciem wdzięczności i najedzony znowu ośmioma jajami, umyłem się delikatnie w umywalce i cisnę do sklepu. Kilka minut po 7, ten w centrum już na pewno otwarty. Robię zakupy z myślą że aż do Dwernika, czyli przez najbliższe około 40 kilometrów sklepu nie spotkam – nie myliłem się. Pakuję całość z zapasem płynów i cisnę drogą 7 kilometrów do Wołosatego. Poboczem, bo drogą nie chciałem ryzykować. Dochodzę do stadniny hucułów, piasek wsypał mi się do butów i zaczął pocierać o pięty. Na szczęście na początku tego stanu dotarłem do małego sklepiku – wypiłem zimnego Tymbarka z jabłkiem i miętą, wytrzepałem buty, wysypałem cały piach i cisnę pod budkę kasową Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Dobrze jest mieć licencję. Wchodzę za darmo, kilka fotek Tarnicy i Szerokiego Wierchu i dawaj do przodu. Do przełęczy wbiłem się na raz. Podejścia mi problemów nie sprawiały, gorzej z zejściem. Po drodze mijam pełno turystów, wręcz nawał. Co krok turysta i cała wiata też zapchana o przełęczy nie mówiąc. Na najwyższy szczyt Bieszczadów nie wbiłem, zresztą po co skoro już w tym roku byłem około 7 razy (wycieczki przewodnickie). Do przełęczy Goprowców sprawa się trochę skomplikowała – przy zejściu kolana i mięśnie już trochę puszczały. Słońce świeci bez chmurek, jednakże dość mocny wiatr powiewa. Wchodzę pod Krzemień i tam dopadło mnie – porywisty zwiewający z grani wiatr. Wbijam na grań Bukowego Berda i idę wśród porywistego wiatru. Mijam kilkanaście grupek kolejnych turystów. To jest dopiero Przeżycie. Na Bukowym Berdzie i na podejściu pod Tarnicę – masa ludzi, że aż się „cześć” nie mówi bo nie odpowiadają – nie znają górskiej zasady. Tymczasem kolejne pasmo – Magury Stuposiańskiej – pustki! Ani jednego człowieka na szlaku i już praktycznie do Rzeszowa bez! Poruszając się przez Bukowe zrobiłem przerwę na bułkę i smalczyk z mięsem, jakoś dziwnie to wchodziło. Potem schodzę z grani, do lasu. Wiem że czeka mnie wiatka i krótki łyk pepsi. 
Chcesz przewinąć małego?

Zbliżam się do wiaty i słyszę dźwięki w moim kierunku: „Hej, masz jakiś worek?” Myślę sobie o co chodzi. Zaglądam do wiaty, a tam mama z tatą przewijają 9-cio miesięczną dziewczynkę. Zagaduję, że chodzę do szkoły rodzenia, moja Basia za miesiąc rodzi i do tej pory tylko takiego manekina przewijałem. Na to oni „chcesz spróbować?” 🙂 Wymigałem się, bo jeszcze na żywym materiale nie ćwiczyłem, a nie chciałem by oni byli pierwsi. Tak więc pogadałem miło na temat życia tejże dziewczynki, nabrałem kolejnego skilla do bycia przyszłym tatusiem i czas w drogę. Długi zbieg lasem do Pszczelin-Widełek. Niedaleko jednej z zagród żubra jakie tu w 1963 roku sprowadzili. Pogadałem z Panem z punktu kasowego. Zjadłem kolejną porcję rozpoczętej konserwy z bułką i czas ruszać na Magurę Stuposiańską. Ciężko się wystarstowałao. Szlak wiedzie moczarami, bagniskiem i pokrzywami po kark w początkowej fazie, ale po 10 minutach błądzenia znalazłem zbawienny strumyczek i ścieżkę. Dalej oznakowanie było już w porządku. Góra zalesiona aczkolwiek konkretna. 400 m ponad podejścia w pionie, lasem, wśród buków. Dochodzę do rozwidlenia szlaków na Kolibę i szlak na Caryńską, po lewej stronie cały masyw staje przede mną otworem. Ja jednak konsekwentnie niebieskim szlakiem na Magurę. Docieram do szczytu. Niby 1016 m.n.p.m. ale dało mi dziwnie popalić. Siadam, piję łyk coca-coli i patrzę na pasmo Otrytu. Wiem, że tam będzie walka psychiki – długi odcinek granią i długie zejście z grani. Zobaczymy jak będzie. Schodzę z góry. Szlak dobrze oznakowany aczkolwiek miejscami pociągnięty moczarami i bagniskami oraz haszczami po pachy. Po prostu rzadko ktoś tamtędy chodzi. Dobrze że oznakowanie w porządku. 
Barszczyk!

Docieram do drogi i idę w kierunku Otrytu, do Dwernika. Po drodze pytam się jak tutaj jest ze sklepami i karczmami. Otóż karczma jest i to jak piernik! „Caryńska” na wypasie i o dużym standardzie. Oczywiście zachodzę tam jak brudas, myję się w umywalce i wyraźnie odstaję od ludzi tam przebywających. Wszyscy pięknie ubrani, pachnący, czyści, odpoczywający, a tutaj przyszedł człowiek z lasu, już 2 pełne dni nie myty i zarośnięty jak szczur. No kurna przecież jesteśmy w sercu Bieszczadów! Ludzie! Takie widoki powinny być normalne! Zamawiam w barze oczywiście barszcz z uszkami – bardzo dobry i posmakował mi. Była to koronna zupa wyjazdu. Następnie domawiam placki po węgiersku i wszystko ładnie czyszczę z talerza. Godnie mi się odbiło, zawijam manatki i dalej. Po drodze zachodzę do mini sklepiki i obławiam się zakupowo. Wszystko dostaję oprócz pieczywa. Na skrzyżowaniu jeszcze bar jest otwarty. Zachodzę i proszę o chleb. Panie nie chciały mi dać, gdyż miały ostatki do tostów. Mówię im o projekcie, historycznym wydarzeniu i że to jest bardzo ważne, bo jutro też bieda ze sklepem. Daję chyba potrójną cenę za kromki chleba i panie obdarowują mnie kilkoma kromkami chleba. Idę na Otryt, dochodzę w mroku do chaty Socjologa. Myślę sobie: idę nocą, dojdę do Polan i tam zobaczę co dalej. Jednak jakoś z drugiej strony doszedłem do wnioski. Zostaję tutaj, ostatnią noc spędziłem na dechach we wiacie dygocząc niemiłosiernie, to tutaj się trochę prześpię na miękkim. Tak też czynię. Rozwalam się ze sprzętem. Myję najważniejsze części ciała w litrze wody, gdyż bieżącej na schronisku nie było. Wszak to schronisko! Brudną wodę wylewam i połowicznie oblepiony potem idę spać. 

13880315 1057382600984021 7508773433658527133 n

Dzień V. 12 lipca – Czas na Pogórza

Zasypiam szybko i standardowo po 3 godzinach budzę się. Sam! Bez budzika! Mój organizm zatrybił i nie potrzebował już nawet wspomagacza. Sam stawiał się do pionu zaprogramowany na odpowiedni program. Zwlekam się, wszyscy oczywiście śpią. 2 w nocy. Jem na siłę kawałek konserwy, pakuję wór i na plecy. Ide trochę ospały granią Otrytu. Płasko i czasami delikatnie do góry. Dochodzę do szutrowej drogi która zbiega do Polan. Tutaj znowu 2 godzinki w dół, niezbyt ciekawie. Po drodze mijam pięknie dymiące retorty – do wypału węgla drzewnego. Zawsze tutaj działały i nadal działają prężnie. Dochodzę do Polan, sklepu nie spotkałem, ale chętnie gdzie szukam miejsca na popas i jedzenie. Wchodzę w Dolinę Paniszczewa. Łąki piękne, pomyślałem, że znajdę kawałek miejsca pod drzewem i tutaj zjem obficiej. Niestety bąki kąsają mnie niemiłosiernie. Tak więc napieram do przodu. Wychodzę ponad nieistniejący Paniszczew widząc po lewej Chrewt i zatokę potoku Czarny, tworzący jedną z odnóg zalewu Solińskiego. Idę do góry, bąki odpuszczają, znajduję kawałek drzew i rozsiadam się między nimi zajadając się znowu smalczykiem i bułką. Pakuję plecak i idę w stronę Łabisk i Teleśnicy Oszwarowej. Szedłem tutaj jakie 3 lata temu i skojarzyło mi się, że szlak jest kiepsko oznaczony. Jednak zaskoczyłem się bardzo miło. Nie było problemów z orientacją, a i dało się zauważyć ślady butów turystów oraz opony rowerów, a także jakiegoś motocykla, pewnie crossa. Tak dobrze prowadzony śladami i znakami docieram do Teleśnicy, zachodzę do sklepu. Piję zimną colę oraz zajadam się znowu konserwą. Tak umocniony podchodzę na Bucznik w paśmie Żukowa. Szybko, jednak ostatni odcinek pod grań w łące prawie do głowy bez wyraźnie zaznaczonej ścieżki – ogólnie ciężko przez to. Docieram do grani, a tam autostrada, idę chwile granią i jest odbicie na północ do Równi. Zbiegam lasem, a raczej schodzę, bo kolana i mięśnie nie pozwalają zbiegać. 

Standard Menelaosów sklepowych: „Gdzie masz narty?”

Docieram do miejscowości, wpadam pod sklep, ale uposażony jestem dobrze, nic nie kupuję. Tylko żul do mnie zagaduję z tekstem: „A narty gdzie?”. Myślę sobie o co mu chodzi. Dopiero po kilku sekundach skojarzyłem że mam kijki, a on chciał być śmieszny. Potem bełkotem mówił, że mieszka w górach, ale po górach nie chodzi bo to głupota. Jednak był rok w wojsku i taki wycisk tam dostał i taki z niego twardziel, że takie góry to nic. No i wiecie 🙂 takie standardowe bełkoty i wychwalanie w małomiasteczkowym, zakompleksionym wydaniu. Posłuchałem, pokiwałem głową z uznaniem i poszedłem dalej. Wbijam się szybko na Gromadzyń i znowu ciężko schodzę do Ustrzyk Dolnych. Docieram do jednej z największych miejscowości Niebieskiego Szlaku. Uradowany że jestem na granicy turystycznych Bieszczadów, a tak naprawdę już w Górach Sanocko-Tuczańskich udaję się na pizzę rzeźnicką. Myślę sobie – teraz będzie już górki. Nic mi nie grozi. Zaczynam ciachać kilometry i byle do mety! O jakże bardzo się myliłem….
Naiwny…

Zjadłem, zakupy w sklepie i obładowany w jedzenie i wodę zmierzam ku Kamiennej Laworcie. Znowu podejście naraz i w dobrym tempie. Mogę ująć: wyśmienitym tempie! Tam na szczycie spotykam dwójke odpoczywających turystów i aż do samego Rzeszowa byli to ostatni turyście, których spotkałem na szlaku! Teraz 200 km totalnej, szlakowej samotności… Na Lawortę szlak jest elegancki, oznaczony, piękny! Zaczynam więc z uśmiechem na twarzy wkraczać w góry Sanocko-Turczańskie. Jak mogłem być aż tak naiwny! Zbiegam w podskokach. Początkowo szlak wporządku jednak do Dźwiniacza już w krzakach i szukaniu szlaku. Aha, no nic – na początek to jeszcze nic nie wróży! Udaję się dalej na pasmo Wysokiego Działu, potocznie Mostów. Tutaj szlak woła po raz kolejny o pomstę do nieba! Oznaczenie co 50 drzew, gdzie się znakarzowi zamarzyło, a do ręki mapa, kompas i napieram do góry. Szlak wiedzie jakąś krętą drogą, oczywiście przez moczary – o ile faktycznie tam ten szlak jest. Wreszcie wychodzę na odsłoniętą kopułę szczytową i już po betonowych płytach (zarośniętych trawą) dobiegam do drogi z Leszczowatego. Tam wbijam szybko przy lepszym oznaczeniu na pasmo Brańcowej. 
Uwaga rysie!

Idę stokową drogą do góry. Wtem na drogę wychodzi jakiś zwierz. Początkowo przerażenie mnie wbija do ziemi i nie ruszam się. W oddali rozpoznaję duużego, dorodnego rysia! Wychodzi na drogę. Patrzy za siebie, przed siebie, w prawo po cztery razy. Cudem nie patrzy w lewo – tam stoję ja. Siada zwierz na drodze i leży. Oglądając się w wszystkie kierunki oprócz mojego. Wyciągam powoli aparat, włączam max zoom (mały jest) i trzaskam fotkę. Usłyszał dźwięk, popatrzył w lewo. Pomachałem mu ręką, popatrzył na mnie ogłupiały, po czym zerwał się w sekundę i zniknął w krzakach. Tak ten teren zaczął obnażać swoją dzicz.
Oblicze Brańcowej

Potoczyłem się dalej, doszedłem do grani, pamiętam ten „szlak” sprzed 3 lat. Była w miarę zarośnięta ścieżka i wyblakłe, ale widoczne znaki szlaku niebieskiego plus żółto-czarne szwejskowskie. Tym razem będąc tutaj tak jakby przez 3 lata nikt tędy nie przeszedł i człowieka nie było, a tym bardziej znakarza! Wszystko zarosło, znikło jeszcze bardziej i stało się o wiele bardziej niedostępne. Ludzie ratujmy Brańcową!
Przeszedłem grań i znalazłem piękne rozwidlenie szlaków. W niebieskie zejście musiałem sobie trafić, gdyż znaczek szlaku pojawia się po około 2 minutach drogi jeżeli trafimy w odpowiednią ścieżkę :). tak więc uff trafiłem. Szybko udaję się pod Truszówkę. Wiem, że tam czeka na mnie wiatka, w której kiedyś spałem. Pewnie tutaj zjem. Tak też czynię, zaczyna się zmierzchać. Przede mną lasy Arłamowskie, a tam…
Zbiegam do Jureczkowej. Pukam do domu i uzupełniam wodę. Już zaczyna zmierzchać, biję drogą w kierunku Arłamowa pod górę już w mroku. 
Służba!

Idę i nagle samochód zajeżdża mi drogę. Okazuje się patrol graniczny, a Pan ubrany po cywilu, legitymuje mnie, wypytuję co robię. Opowiadając mu o projekcie szybko puszcza mnie dalej i informuje inne służby. Wszak w pobliżu Paportna będę około 100 metrów od granicy z Ukrainą. Po milej rozmowie napieram dalej, w końcu jest skręt z drogi głównej na drogę leśną na Braniów. Droga dobrej jakości, idealna do rowerowych wojaży, dla butów – męka i nuda. 

13882556 1057382604317354 8492401626907014182 n

Przeklęty las…

idę 20 minut. Jest już zupełnie ciemno. Około 24. Miałem zamiar iść całą noc i nad ranem zastanowić się co dalej. Nagle słyszę krzyk… najbardziej przerażający krzyk jaki kiedykolwiek słyszałem w życiu, jakby ktoś zrozpaczonej kobiecie piłował nogę… Ni to zwierzęcy głos, ni to ludzki. Co 30 sekund ten krzyk się powtarzał i był nie do zniesienia. Przyszywał mnie całego strachem i paraliżował. Nie mogłem się ruszyć z miejsca. Znalazłem ambonę przy drodze, wdrapałem się na nią i z wybałuszonymi oczyma wpatrywałem się czarną jak smoła ciemność z kijkami trekingowymi przed sobą. To było najdłuższe 30 minut życia… Potem gdy dźwięk ustał, zebrałem się w sobie i zszedłem z ambony. Uszedłem 20 kroków i słyszę łamanie gałęzi w pobliżu. Biję kijkami jeden o drugi. Ruch powolny, mozolny, głośne łamanie co raz bliżej. Krzyknąłem. Usłyszałem basowy pomruk. Krzyczę na głos: „Kurwa mać, tylko nie niedźwiedź!” uciekam z powrotem na ambonę. Typ przeszedł obok, pomrukując donośnie – widocznie nie zadowolony. Myślałem, że ze strachu wyskoczy mi serce. Opuściła mnie całkowicie motywacja, chęci i siła do dalszego napierania. Koczując na ambonie doszedłem do wniosku, że nie wyśpię w przedziale terenu 1×1 metr. Zaryzykowałem wyspanie się i zszedłem na haszcze przed amboną. Udeptałem teren, rozłożyłem 3 laminowane własnoręcznie mapy, owinąłem się folią NRC i tak zasnąłem na 3 godziny. 
Piękna kobieta?

Obudził mnie zegarek jeszcze w totalnej ciemności. Zrobiłem zdjęcie mojego miejsca noclegowego. Jednak ta fotka dopiero niedawno wywołała u mnie ponowny strach… Czy to naprawdę przeklęty las? Czy widzicie tam kobietę, która patrzy swoją skrytą w ciemności twarzą? Czy ja tam tej nocy byłem sam wśród zwierząt? Czy coś się tam kiedyś wydarzyło?
Dzień VI. 13 lipca – Wpiernicz psychiczny

Nieświadomy tego, co jestem teraz świadom (to dobrze!) wskoczyłem na ambonę, zjadłem, zapakowałem wór i daję do przodu. Zaczęło się delikatnie przejaśniać i las pokazywał swoje dzienne oblicze. Minąłem Arłamów i wszedłem w dolinę paportniańską. Cały czas szutrem dobrej jakości – idealnym dla rowerów. Doszedłem do Paportna (nieistniejącej wsi), wchodzę na Żytne i ładuję na Kalwarię Pacławską. 
Codzienność kalwarii: Chcesz się umyć? Zapłać.

Dochodzę na górę. Pielgrzymi budzą się do życia, a ja prosto do miejsca, gdzie można się sprysznicować. Starsza Pani nie odpuści. Tak jest. Mniej chlubna strona. Kalwaria = biznes. Niby przy okazji, ale z czegoś trzeba żyć. Strudzonemu piechurowi też nie odpuszczą. Płacę 5 zł i korzystam z prysznica. Przekuwam bąble, uwijam się pod wejściem. A tam już młodzi zaglądają, wyspani w namiotach, dumni, że zdobyli się na taki survival aby pod namiotami spać. Może by tak zaprosić ich na Niebieskie Wyzwanie? Mieliby swoją drogę świętości w przeklętym lesie 🙂 Po myciu zasuwam na Huwniki. Przekraczam Cedron ściągając niestety buty, gdyż minąłem most i poszedłem na około drogą. 
Karczma, w której nie ma jadła…

Dochodzę do sklepu z karczmą obok. Zaglądam do karczmy, gdzie jak sama nazwa wskazuje można zjeść ciepłą strawę. Pytam panią czy mogę coś zamówić, a ona na to że nie ma ciepłego jedzenia. No to dziękuję i odchodzę. Robię zakupy w sklepie, jem konserwę. Znowu słyszę od sklepowego menelaosa, gdzie mam narty do kijków. Robię klasyczne haha i odchodzę w kierunku góry Huwnickiej i Koniuszy. Szlak jest tu dobrze oznakowany aż do Wapienicy, gdyż chodzą tędy pielgrzymi z Przemyśla. Napieram więc przed siebie, dochodzę do Szybenicy uzupełniając wodę po drodze w prywatnym domu. Dalej szlak jest nudny. Wiedzie lasem gdzie jakiś ratrak rozrył ogromnie szeroką ścieżkę. Tak jakby tam była jakaś trasa do narciarstwa biegowego, potem leśną, szeroką szutrową drogą. Dochodzę w końcu do Wapienicy mijając fort Helicha. Następnie idę na Prałkowską górę i fort Prałkowce. Zbiegam do drogi. Tutaj łapie mnie ulewa. Pukam do prywatnego domku. Przyjmuje mnie Pani policjant. Przekuwam bąble mimo iż Pani zabrania, deszcz ustaje – idę dalej wzdłuż kilku rozwalonych bunkrów do Krasiczyna. Tutaj znowu leja jak z cedra. 1,5 godziny soczystego deszczu. Jem obiad, robię zakupy w sklepie, znowu siedzę w karczmie. Najedzony i gotowy do drogi czekam na koniec deszczu. Ustaje. Więc zabieram się drogą i idę wzdłuż Sanu. Oczywiście po deszczu mokro – przesiąkają mi szybko buty i witajcie bąble już na całego! Dochodzą znowu do drogi. Na Popielową Górę nie idę. Nie ma ścieżki, haszcze i wszystko mokre – szkoda się silić. Wyskakuję więc na drogę i idę do Krzeczkowej. Z Krzeczkowej długi odcinek asfaltowo-szutrowy. Mijam miejscowości napieram w kierunku lasu. 

Crossowiec

Dogania mnie miły chłopak na crossie – suzuki. Pyta się dokąd idę tak przez całą wieś i w las? Mówię mu, że do Sufczyny. On na to że to jeszcze bardzo daleko i bym wskakiwał na jego motor – podrzuci. Uwierzcie mi, miałem ochotę – nikt bowiem nigdy by się o tym nie dowiedział. Powiedziałem mu na szybko o projekcie. Pogadaliśmy chwilę. Pytał się czy nie boję się tak w nocy, w lesie. Pytam się go: „Są niedźwiedzie?” On: „Nie”. Wilki? Też nie. No to wszystko gra. Pożegnałem się z jegomościem i daję do przodu. Mijam opustoszałe stanowisko retortów. Jem obok nich, ściemnia się, a owo stanowisko co raz bardziej zaczyna mnie przerażać. Pakuję się więc szybko i odchodzę dalej. Dochodzę w mroku do Huty Brzuskiej. Tam pękają mi stopy po tym długim asfaltowym odcinku. Kładę się na drodze pod kościołem i umieram. Myślę sobie zasnę, ale jakoś przychodzi mi siła. Wstaję i napieram do góry. Dochodzę lasem do grani i zaczynam schodzić do Sufczyny. Szlak biegnie łąka po pachy, do tego mgła z widoczności na 2 metry. Przemakają mi doszczętnie buty, spodnie i koszulka. 

Piekielny koncert

Dochodzę w mroku i mgle totalnie mokry do miejscowości. Lokuję się na przystanku i jem. Jednak wokół zaczyna się koncert błyskawic. Przychodzą coraz bliżej i nagle zaczyna do tego niemiłosiernie lać. Myślę sobie znowu – przeczekam. Kładę się na ławce przystankowej, gdzie trzy belki położone wzdłuż wbijały mi się w plecy tyłek. Zasnąłem na 3 godziny. 

Dzień VII. 14 lipca – Totalna załamka

Połamało mnie doszczętnie. Budzę się a tu dalej leje jak z cebra. Czekam godzinę i nerwy zaczynają mi puszczać. Deszcz nie przestaje. Dzwonię po raz kolejny do kolegi Rafała Bielawy i pytam się mistrzu co robić? Stawia mnie chłop na nogi. Ubieram świeże skarpety, zakładam worki z Auchan na nogi i wpycham w mokrego buta stopę. Ubieram się siebie folię NRC tworząc niby pałatkę i tak w totalnym deszczu napieram przed siebie. Zaczynam podejście lasem na Piaskową. Droga stała się błotnista, zapadam się powyżej kostek w błocie i mielę w miejscu. Do tego nie ma oznakowania szlaku. Wszystko zebrało się w jednym czasie. Rozbiło mnie to totalnie. Rozpłakałem się jak dziecko i nie widziałem nigdzie sensu. Nie nie miało sensu. Ale napieram sam nie wiem jaką siłą do przodu chlupiąc w bagnach, klucząc i szukając szlaku, mają przemoczone wszystko i tylko zawartości worków w plecaku mam nadzieję były suche… Całkowicie upadłem na duchu. Tak się toczę mając w dupie czas, honor i wszystko. Tak idę dłuuuugo lasem i wychodzi słońce. Pierwsza mała dawka optymizmu. 
Znam to!

Wtem dochodzę do miejsca kiedy robiłem sobie mały wybieg wokół Dynowa. Droga na Piątkową Ruską – poznaję! Kurna Dynów niedaleko! Dam radę. Nie pokona mnie pogórzański skurwysyn! Wbijam się na Kruszelnicę – tutaj szlak dobrze oznakowany. Docieram do zabudowań Dylągowej i droga staję się szutrowa. Tutaj znowu ni stąd ni zowąd przychodzi kolejna leja! Przemacza mnie znowu doszczętnie, drze nawet moją pałatkę folię NRC. Mam po raz kolejny dosyć. Do tego wyrąbałem się konkretnie ze wszystkim na błocie wpadając w głęboką kałużę. Przed Dynowem deszcz ustaje,  ale zejście do Sanu jest strasznie błotniste i moje buty zaczynają warzyć 4 razy więcej i zostają w miejscu, schodzą z nóg. Tak, mając wszystko przeciwko sobie docieram do zabudowań totalnie zmarnowany. 30 minut i jestem na rynku. Znajduję karczmę i tam się lokuję rozbijając się jak na biwak. Zamawiam gulasz z mięsem i schaboszczaka. Najadam się obficie wszystkim. Kłuję bąble ostatecznie i podejmuję ostateczne wyzwanie! 42 kilometry do Białej. Co to jest podług 400 już przemierzonych? Ubieram świeże, to znaczy suche, śmierdzące skarpety, wkładam po 2 siatki na stopy zaciskam ból, ubieram cuchnące koszulki i w słońcu napieram asfaltem w kierunku Jaworonika Polskiego.
Szlak prawie trafił iPhone…

Na wysokości Bachórza szlak przechodzi przez małą rzeczkę – ściek o nazwie Szklarka. Nie ma kładki, nie ma kamieni, trzeba przeskoczyć około ponad  metr. Z całym balastem to ciężka kwestia. Schodzę jarem do koryta rzeki, przeskakuję koryto i jestem po drugie stronie. Macam sobie pas biodrowy… Kurwa! Nie ma komórki! Wpadła pewnie w to gówno! Ściągam szybko plecak i wskakuję do ściekowiska. Woda po kolana. Macam w mule ręką po dnie. Biegnę z prądem rzeki w dół 10 minut. Potem penetruję rzekę w górę przez 40 minut. Dokładnie wymacując po drodze butelki po piwie, puszki po konserwie. Wszystko śmierdzi. Tak zrezygnowany docieram do miejsca skoku. Przeczesuję jeszcze teren z którego schodziłem. Nie ma nigdzie sprzętu. Zdjęcia, numeru, sama komórka… Wszystko szlak trafił! Przeskakuję cały mokry ściekowiskiem na drugą stronę patrzę na trawę, a tutaj komórka leży pokornie na trawie. Klękam, modlę się i dziękuję, że pomimo tego całego gówna Bóg jest ze mną cały czas! Ściągam całość, wycieram się ręcznikiem. Uznaję to za kolejny po Kalwarii Pacławskiej prysznic. Czując się odprężony i odświeżony ubieram ostatnie suche, ale nie czyste ubrania i napieram do przodu w drugiej parze butów, bez worków. 
Dynów – Jawornik Polski. Najlepiej oznakowany odcinek na Pogórzach

Tak, wśród zabudowań, szlakiem wzorowo oznakowanym docieram do miejscowości. Wbijam się drogą powyżej w las uprzednio dostając telefon od telewizji

13680397 1058576927531255 3542355013409333119 o

Przygoda z TVP

Przemierzam las – gorzej oznakowany, umawiając się z ekipą TVP gdzieś na wysokości Grzegorzówki. Wychodzę z lasu i napieram jeszcze skrajem przez około godzinę. Zaczynają się zabudowania i widzę w oddali biały samochód. Dwie osoby zaczynają się krzątać. Tak! To ekipa TVP! Miły kolega i koleżanka Kamila Korab – świetna reporterka. Nakręcają mnie, jem w ich samochodzie konserwę rybną z bułką, pożyczam coca-colę i wyruszam do przodu. Tam ekipa znajduje przystanek i zatrzymują mnie przy głównej drodze. Tam dokonuję wywiadu, pokazuję jak się śpi na przystanku i ruszam do przodu. 
Królewski odcinek

20 km do mety. Szlak już prosty. Wiedzie drogą w 90%. tak udaję się najpierw do Borówek, następnie wbijam na kawałek odcinka, który jest totalnie beznadziejnie oznakowany. W ciemnościach już plądruję młodnik przedzierając się przez gałęzie. Jest! Znalazłem wyblakłe oznaczenie szlaku  i w końcu widzę zabudowania. Od teraz wiem, że już nic mnie nie zatrzyma. Przemierzam Łany Tyczyńskie. Nieopodal przekaźnika widzę Rzeszów! Nocą świeci się całe miasto. Robię zdjęcie ale wiadomo, że flesz nie złapie całego miasta. Następnie spotykam tabliczkę z napisem Rzeszów i też trzaskam fotkę. Zaczynam zbiegać do Białej.
Najlepsze powitanie na świecie!

Przekraczam drogę główną na Tyczyn i wbijam się w głąb miejscowości. Pierwsza w nocy. Ostatnia dłuuga prosta pod szkołę i OSP. Droga wiedzie łukiem, gdzieś tam widzę 3 ludzi. Okazuje się, że to mama i super ekipa z Urzędu Gminy Krasne! Coś wspaniałego. Dobiegam pod OSP a tam na dwóch drzewach oznaczenie Niebieskiego Szlaku, niczym taka brama. Wita mnie mama, Basia i cały prawie Urząd. Jest strażacki wóz pożarniczy, Ogromna plandeka z moim imieniem i nazwiskiem oraz informacjami o trasie, baner „Witamy” i jeszcze wstążka, jakbym był jakimś zwycięzcą. Wszyscy gratulują, biją brawo, robimy zdjęcie, dostaje wodę, snickersy i nawet szampan strzelił. Coś wspaniałego, aż łezka w oku się kręci. Nabrałem w tym całym bólu tyle siły, że mógłbym tak stać i opowiadać godzinami. Stoimy chwilę w kółku, ja wspominam z sentymentem cały szlak. W końcu szybko się rozjeżdżamy bo już mnie trzęsie z zimna. Największe ultra w moim życiu zakończone! 
Wyruszyłem 8 lipca o 4:30
Skończyłem bieg 14 lipca o 1:00
Czas: 164 godziny 30 minut
Przemyślenia…

Oj będzie ich dużo, zapewne na prelekcjach jeżeli zostanę  na jakieś zaproszone 🙂 Mając doświadczenia z Głównego Szlaku Beskidzkiego, gdyż przeszedłem turystycznie naraz w ciągu 14 dni mam wniosek. Szlak Niebieski to zupełnie inne doznania, to zupełnie inny szlak… Przygoda, dzicz, brak oznaczeń, brak ścieżek, brak turystów, obcowanie z naturą. Spotkamy tu wszystko, czego na GSB nie ma. Czerwony główny szlak to autostrada, nawet w Beskidzie Niskim. Porównując to z czym mamy do czynienia na Niebieskim Wyzwaniu 🙂
Redakcja Bieganie.pl