NB 1080v12
 
18 września 2014 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Trzeba się bić


Za zgodą wydawnictwa „Czerwne i Czarne” prezentujemy fragment Opowieści biograficznej Leszka Balcerowicza: „TRZEBA SIĘ BIĆ”. Jak pewnie wiecie Leszek Balcerowicz był niegdyś zawodnikiem trenującym bieganie.

Co zatem w młodości było dla pana najważniejsze?

Sport, nauka języków obcych i czytanie książek. W liceum pochłaniałem literaturę piękną. Jak sobie powiedziałem, że teraz pora na literaturę francuską, to nie było tak, że coś tam tylko przewertuję. Czytałem systematycznie Maupassanta, Flauberta, Camusa. No, przez Prousta nie przebrnąłem. Jeśli książki historyczne, to szeroki wachlarz. I tak dalej. Historia zresztą była i jest moją pasją. W podstawówce miałem nauczycielkę historii, która wchodziła do klasy i mówiła: – Balcerowicz, przedstaw tę lekcję. Ja ją przedstawiałem, a ona robiła na drutach.

Od pewnego momentu dużą rolę zaczął odgrywać sport. Zaczęło się od walki z nadwagą. Wtedy, w czasach dość powszechnej biedy, rodzice dążyli do tego, żeby dzieci „dobrze” wyglądały. Wówczas znaczyło to po prostu, że dziecko ma być pulchne. No i rzeczywiście, dzięki staraniom mamy i ojca dobrze wyglądałem. Miałem nadwagę gdzieś od trzeciego do jedenastego, dwunastego roku życia. Nawet dzisiaj, gdy mi ktoś powie, że dobrze wyglądam, to się niepokoję, przypominając sobie tamto znaczenie tego komplementu…

Ale wracając do mego dzieciństwa w Toruniu: wówczas w szkołach podstawowych dzieci w ramach zajęć z wf. miały czwórbój lekkoatletyczny. Zresztą powszechny sport był jedyną, według mnie, oprócz nauczania matematyki i przedmiotów ścisłych, dobrą inicjatywą socjalizmu. Czwórbój obejmował bieg na 60 metrów, skok w dal, skok wzwyż i rzut piłeczką palantową. No i okazało się chyba w piątej klasie, że mam słabe wyniki, bo byłem za gruby. A bracia Kociołkowie przodowali. No to się zawziąłem.

Ambicja, żeby być najlepszym?

Byłem zafascynowany sukcesami polskich lekkoatletów, to czasy słynnego Wunderteamu – końcówka lat 50. Nie wciągnęła mnie piłka nożna, jak wielu moich kolegów, natomiast lekkoatletyka tak. W pewnym momencie postanowiłem specjalizować się w biegach średnich. To spowodowało, że w liceum zacząłem uprawiać biegi bardziej profesjonalnie, w klubie sportowym Pomorzanin w Toruniu. Moi rodzice przyjęli to z ulgą, bo mieli obawę, że przedwcześnie się ożenię i zrujnuję sobie karierę, że zrobię dziecko – takie typowe obawy rodziców dorastającego chłopca.

A pan sam co takiego odnalazł w uprawianiu sportu?

Poprawiać wyniki, żeby wygrywać. Trening biegacza polega na tym, że trzeba codziennie biegać, również zimą. Biega się kilometrami po śniegu, najlepiej, jak się trzeba przedzierać przez śnieg głęboki aż po pas. Pierwszej zimy nie przetrenowałem solidnie i nie poprawiłem znacząco wyników, ale kolejnej zimy nie zmarnowałem i okazało się, że jestem najlepszy w Toruniu. Potem zdobyłem mistrzostwo województwa bydgoskiego w biegach przełajowych. W 1965 r. zostałem zaliczony do kadry narodowej juniorów na 800 m. Przyjechałem na zgrupowanie sportowe do AWF w Warszawie, tam czas jakiś trenowałem i uczestniczyłem w dwóch międzynarodowych meczach lekkoatletycznych, jeden był z NRD, a drugi z Rumunią. Wtedy po raz pierwszy wyjechałem za granicę, do Rumunii. Nie wygrałem, ale zająłem przyzwoite miejsce.

W tym samym roku zdałem na Wydział Handlu Zagranicznego SGPiS, dzisiaj SGH, nie wiedząc, o co na tych studiach do końca chodzi. Ale przyjechałem na egzamin jako sportowiec wyczynowiec i to było powodem mojej dumy. Po pierwszym semestrze na uczelni wygrałem w Otwocku mistrzostwa Polski juniorów w biegach przełajowych. Pamiętam, że było nas w czołówce trzech. Jeszcze został podbieg pod górę – wyprzedziłem tych dwóch, potem był zbieg i myślałem tylko o jednym: nie daj się wyprzedzić! I nie dałem. Podekscytowany rozważałem w myślach, co też powiedzą moje koleżanki i koledzy z Torunia, gdy się dowiedzą, że jestem mistrzem Polski. Potem uczestniczyłem w reprezentacji i AWF, i SGPiS w różnych zawodach.

Dlaczego więc pan sport porzucił?

Wyczynowe sporty uprawia się po to, aby wygrywać, a nie po to, żeby trenować, bo sam trening nie jest wielką przyjemnością. To dosyć nudne zajęcie, tak biegać pod górę, zresztą to samo można powiedzieć na przykład o pływaniu. Chyba żadnej dyscypliny nie uprawia się wyczynowo dla przyjemności treningu, tylko dla wyniku, a jak efektu nie ma, to nie warto tego robić. Przynajmniej tak było w moim przypadku. W jakimś momencie doszedłem do szczytu formy, bo, jak to się mówi, trochę przetrenowałem. I podjąłem decyzję, że z tym kończę, bo skoro przestaję wygrywać, to nie ma sensu brnąć dalej. To było na drugim albo trzecim roku studiów.

Przegrane bolały?

Nie były przyjemne. Gdy więc doszedłem do wniosku, że w sporcie wyczynowym doszedłem do ściany, zamknąłem ten wątek mojego życia. Ale traktuję go jako bardzo istotną część mojej biografii, bo ile osób było wyczynowymi sportowcami? Ile osób było mistrzami Polski? Gdy pytają mnie, co uważam za swoje największe osiągnięcie, to żartobliwie odpowiadam – mistrzostwo Polski w lekkiej atletyce. Nie afiszuję się z tym, ale sukcesy sportowe są źródłem mojej satysfakcji. I gdy patrzę na ludzi, którzy nigdy nie byli wyczynowymi sportowcami, a potem pragną to nadrobić maratonem, to mam mieszane uczucia. Zresztą regularne bieganie maratonu w starszym wieku jest bardzo niezdrowe.

Trochę litości dla Grzegorza Kołodki, bo to jawna aluzja…

Nie, to była generalna rada. Takim ludziom zalecam truchcik. Przez wiele lat biegałem sobie tak dla formy fizycznej, teraz wolę jeździć z żoną na rowerze, pływać w ciepłych morzach, a w lecie – w Bałtyku lub jeziorze, i grać z wnukiem w ping-ponga. Niekiedy udaje mi się z nim wygrać, co traktuję jako osiągnięcie, bo chociaż ma dopiero 9 lat, jest bardzo dobry.

***

Książka dostępna jest już w księgarniach.

Redakcja Bieganie.pl