NB 1080v12
 
23 września 2010 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Od 104 kilogramów, poprzez 41 metrów aż do maratonu


104 540 new

Zastanawiam się jak rozpocząć całość, aby dobrze brzmiało, ale myślę, że cała ta opowieść ma swoje dobre i wymierne brzmienie. Zacznę może od tego, że nic nie zapowiadało bycia osobą dedykowaną wadze ciężkiej. Przez połowę podstawówki, całą szkołę średnią i całe studia grałem w koszykówkę (w tym ostatnim okresie grałem np. w pierwszym składzie swojego uniwersytetu, więc gra raczej była konkretna). W liceum czy szkole podstawowej grało się po 2-3 godziny dziennie! Dodać muszę, że zawsze byłem przeraźliwie chudy i widok wystających spod skóry żeber był czymś normalnym. Także kończyny były dla wielu osób nienaturalnie chude a byli też i tacy, którzy twierdzili, że muszę mieć jakieś „bogate życie wewnętrzne” (chodziło im o tasiemca). Tak więc patrząc na swoją aktywność ruchową, nie miałem podstaw przypuszczać, że waga ze ślubu 77kg (przy 191 cm wzrostu) ma szansę wzrosnąć w jakimkolwiek tempie.

Ale tak się stało. Wraz ze ślubem rozpocząłem pracę siedzącą. Po pracy wolałem być w domu, kończyłem studia i czas poświęcałem nauce a zmęczenie pobytem w biurze, nie nastrajało mnie optymistycznie do jakichkolwiek działań ruchowych. Dodatkowo całość zbiegła się z jesienią i zimą, więc można stwierdzić, że w pewien sposób to tłumaczy. Po 10-ciu miesiącach od ślubu urodziła się moja pierwsza córka, Klara. Od czasu ślubu zacząłem jeździć samochodem, więc aktywność ruchowa ponownie została zredukowana. W tzw. międzyczasie, nim się zorientowałem, zrobiło się mnie niebezpiecznie dużo. Waga wskazała 104kg. Rekord! Pamiętam z tego okresu, że problemem było zawiązanie butów, bowiem przy pochylaniu się, miałem kłopot ze złapaniem oddechu. Pamiętam także, że na stałe obecny był pot na moim czole – cokolwiek robiłem, zbierała się jakby lekka rosa. Paradoksalnie nie było to związane z jakimś mega wysiłkiem fizycznym. Wystarczyło jedynie przyspieszyć kroku czy nawet lekko podbiec do przysłowiowego autobusu.

W trakcie tamtego czasu (i nabierania wagi), miałem zwyczaj chodzić na mecze piłkarskie do mojego sąsiada, który do tej pory jest bardzo aktywną osobą (rocznik 1934 – jeździ na nartach, żegluje, jeździ na rowerze, chodzi na bardzo szybkie spacery). Podczas oglądania spotkań piłkarskich, zawsze podziwiał pięknie biegających piłkarzy. Patrzył i podziwiał sylwetkę, krok – słowem całość. Było tak, dlatego, bowiem sam w latach młodości trenował bieganie – 800m i 1500m. Trenował w Puławach z takimi zawodnikami jak Andrzej Jackiewicz czy Henryk Kupczyk a podczas zgrupowań miał możliwość trenować pod okiem Jana Mulaka czy Wacława Gąssowskiego. I tak, któregoś razu słuchając jego opowieści z zawodów czy zgrupowań pomyślałem, że może i ja zacząłbym coś robić, aby powrócić do dawnej sylwetki…

brzuch1

Pozytywnym „gwoździem do trumny” była jazda taksówką na spotkanie biznesowe. Podczas tej jazdy taksówkarz poprosił mnie, abym zgadł w jakim jest on wieku. Popatrzyłem i powiedziałem, że wygląda na 42 lata. Uśmiechnął się. Odparł, że ma 56 lat. Powiedział mi, że jeszcze rok wcześniej grał w lidze piłki ręcznej – klubu nie pamiętam, ale jego wygląd potwierdził mi, że jest osobą, która ma do czynienia ze sportem znacznie częściej niż przeciętny mężczyzna i… ja sam. Poprosiłem go, aby powiedział na ile lat ja wyglądam. Odparł, że na około 36 lat – miałem wtedy 27 lat… To był ten „gwóźdź” w pozytywnym słowa znaczeniu. Po wyjściu z taksówki wiedziałem już, że zaczynam biegać i dbać o siebie.

Początkiem całości była dieta kopenhaska – masakra! Ale udało mi się. Waga spadła do około 96 kg a ludzie w pracy zaczęli zauważać, że jakby coś się u mnie zmieniło. Powoli zacząłem się zabierać za bieganie. Zacząłem realizować plan 10-tygodniowy wg. Jerzego Skarżyńskiego, aby dojść do biegania 20-minutowego. Pierwszy trening – 1 minuta biegu. Hardcore! Po 41 metrach dostałem takiej zadyszki, że musiałem przejść szybciej do chodu. Nie byłem w stanie przetruchtać 1 minuty, ale byłem naprawdę dumny, że udało mi się przetruchtać 41 metrów. Po kilku tygodniach odezwały się kolana, które nie były przyzwyczajone do wysiłku a dodatkowo biegałem 100% po betonie. Całość zaczęła wyglądać następująco: 2 tygodnie treningu, 3 tygodnie rehabilitacji i odpoczynku. Wszystko z powodu przeciążeń. Na szczęście którymś razem trafiłem do lekarza, który „poszedł dalej” niż inni i zalecił mi badanie rezonansem magnetycznym miednicy. Okazało się, że jedna noga jest krótsza o 1, 4 cm i że to jest przyczyną kłopotów ciągle z tą samą nogą. Wkładka załatwiła sprawę

Z takimi przygodami przebiegłem schyłek roku 2006 (wtedy zacząłem). Rok 2007 to dojście do biegania 20 minut. Potem 30 minut. Potem 60 minut! Pamiętam, że pierwsze 10km przebiegłem właśnie w roku 2007. Pamiętam jak dziś czas – 1:06. Radość niesamowita! Znajomi widzieli, że chudnę. Żona była zadowolona, że w sposób kontrolowany wychodzę i wracam do domu. Zmieniły się także moje nawyki jedzeniowe a moje motto, że „człowiek jest z natury mięsożerny” przestało być wiodące. Polubiłem sałatki, warzywa i owoce. Przestałem jadać regularnie w fast food’ach, co jeszcze wcześniej byłoby dla mnie czymś nie do pomyślenia. (owszem, dziś w trakcie podróży na wakacje zdarzają mi się przerwy na jedzenie w sieciach fast food, ale sam z siebie do nich nie zaglądam). Pamiętam także swoje pierwsze zawody – 5km ramach Dni Ursynowa. Parno, straszne słońce. Start w okolicach południa. Pierwsze 4 km w tempie na 30 minut, ale ostatni kilometr… nie dałem rady. 35:02 na 5km – dużo poniżej oczekiwań, ale poczułem wymierność biegania. Dawniej biegałem sam dla siebie (i dla pomniejszania brzucha), ale zawody dały mi możliwość sprawdzania samego siebie. Bieganie zakończyło się na początku września – ból piszczeli był tak duży, że nawet chodzenie sprawiało czasem ból. Wtedy też pomyślałem o butach biegowych z prawdziwego zdarzenia. Pamiętam zapach kupionej pary – Asics 2100. Ta miękkość była dla mnie czymś nowym. Aż się chciało biegać! Doszedł także pulsometr, co pomogło „czytać i rozumieć” mój organizm

Sezon w roku 2008 zacząłem jakby „od zera”. Jak zawsze początek w okolicach przełomu listopada i grudnia. Doszedłem do maja 2008 mając satysfakcję z lepszych wyników, niż w poprzednim roku. W ostatnim tygodniu maja wszystko zostało przekreślone – wypadek na skuterze (dodam, że nie z mojej winy) i noga w gipsie. Nieostrożność osoby wjeżdżającej z uliczki podporządkowanej i myśl o poważnym bieganiu prysła. Od września, po czasie uczenia się chodzenia bez kul, wróciłem do biegania. I znowu: plan Jerzego Skarżyńskiego, 20 minut, potem 30 minut a potem dojście do biegania 60 minut. Udało się! Kolejny raz mi się udało!

W kwietniu 2009 roku sąsiad zachęcił mnie ponownie do biegania z akcentami, których wcześniej wcale nie robiłem. Mój trening polegał do tego czasu na bieganiu z zegarkiem. Kazali 20 minut, było 20 minut. W planie był bieg 45 minutowy, to było 45 minut. Bez przyspieszeń, bez interwałów, bez podbiegów. Nic – czyste „klepanie” kilometrów. I tak przez cały ten czas.

Do tempówek zachęcił mnie planowany start na 5km w ramach biegu 3 maja. Zacząłem robić tempówki 600-metrowe. Zrobiłem tak 3-4 treningi po około 6 powtórzeń. W ciągu tygodnia robiłem także na innym treningu około 10 sprintów 100-metrowych. Miesiąc takich działań i rekord: 30:34. Czas nie jest powalający, ale jak pamiętam, że rok wcześniej o tej porze „klepałem” kilometry i za chwile zakładano mi gips po wypadku, to czułem się spełniony. Dodatkowo na trasie był podbieg pod Agrykolę, więc wykonywane podbiegi zdały egzamin. Ciekawe jest to, że jeszcze miesiąc wcześniej 5km biegałem w około 35 minut i leżąc w łóżku w przeddzień startu myślałem sobie, że byłoby pięknie przebiec ten odcinek w około 33:30. To było takie nieśmiałe życzenie.

Miesiąc później Bieg Senatu. Znowu Agrykola, znowu bieganie „z głową” (w sensie: z akcentami). 28:40. Super! W połowie czerwca kolejny rekord – 26: 40 i… wtedy pojawiła się myśl o maratonie.

104 540 1Maraton nie wiązał się z jakimkolwiek wyjazdem, co było istotne dla naszej rodziny, bowiem spodziewaliśmy się kolejnego dziecka. W moim przypadku kolejnej córki, Łucji (druga, Emilka, urodziła się w roku 2004).

W międzyczasie bieganiem „zaraziłem” koleżankę. Ochoczo przystała na podejście do maratonu. Wybraliśmy maraton lokalny – Maraton Warszawski 2009. Przygotowywaliśmy się w miarę wspólnie, tzn. w tygodniu pracowym robiliśmy treningi oddzielnie a spotykaliśmy się na długie wybiegania w weekend w Lesie Kabackim. I tak z tygodnia na tydzień wspólnie: od 14km aż po 24km robione co tydzień w sobotę lub niedzielę. Dodać muszę, że korzystałem z planu dla początkujących, który to odnalazłem w Internecie.

Coś, co pozytywnie mnie inspirowało do działania, to nagroda. Jestem fanem wina i na jednej z degustacji otrzymałem jakościowe wino z zastrzeżeniem wpisanym w dedykację, że jest ono do wypicia, po ukończeniu pierwszego maratonu. Pamiętam, że po cięższych treningach patrzyłem na tę butelkę, na dedykację – na wino z winnicy Francesco Coppoli, Rubicon Estate Cask Cabernet Sauvignon (to tak informacyjnie).

Drugą kwestią było to, że wiedziałem, że w kolejnym roku nie będę biegał maratonów ani innych długich dystansów. W końcu lipca urodziła nam się Łucja a ja zamiast przy żonie i przy dzieciach, to w ramach przygotowania do Maratonu Warszawskiego, oblatywałem Las Kabacki i okoliczne pola. Słowem: zamiast być w domu, biegałem. Moja żona powiedziała mi, abym dokończył to, co rozpocząłem (zawsze byłem w tym mocny), ale za to rok 2010 będzie rokiem krótszych treningów. Tak też się stało i było to dodatkową motywacją przygotowywania się do mojego pierwszego maratonu. Nie chciałem, aby czas poza domem okazał się czasem straconym czy nie do końca wykorzystanym.

Jeśli chodzi o sam Maraton Warszawski, to zastanawialiśmy się z koleżanka czy aby nie wystartować godzinę wcześniej. Mieliśmy konkretne obawy, że możemy nie zmieścić się w limicie czasu, który wynosił 6 godzin. Nastawiliśmy się jedynie na ukończenie biegu i stanie się Maratończykami a całość liczyliśmy sobie tak, że każde 10km pokonujemy wg. schematu: 1:15/1:20/1:30/1:45. Czyli całość w okolicach 6 godzin, więc obawy były zasadne. Dzień przed startem odebraliśmy nasze pakiety startowe. Po swój pakiet poszedłem z dwoma najstarszymi córkami: Klarą i Emilką. Obie były bardzo przejęte startem tatusia, który będzie biegł kilka godzin i generalnie nie ma pewności czy dobiegnie do mety. Nie dziwię się ich przestraszeniu, bowiem taką atmosferę niepewności sam „nakręciłem” – do maratonu podszedłem z olbrzymim szacunkiem. Niepewność brała się stąd, że w trakcie 1,5 miesiąca przed startem odezwały mi się kolana zmęczone weekendowymi bieganinami a jak tylko uporałem się z nimi, to przez 2 tygodnie walczyłem w rozcięgnem podeszwowym. Ten ostatni czas bezpośrednio przed startem był poszatkowany dniami wolnymi od zakładanego wcześniej treningu.

Przed Maratonem Warszawskim przeprowadziłem dietę polecaną w internecie: przez pierwsze 3 dni jadłem jedynie produkty białkowe a kolejne 3 produkty zawierające węglowodany. Pomimo, że jestem fanem jogurtów i mleka, to szczególnie fantastycznie wspominam te 3 ostatnie dni. Pamiętam, że codziennie jadłem to co uwielbiam, czyli pastę a popijałem ją moim ulubionym piwem, Karmi (tych to wypijałem przez te ostatnie 3 dni od 2 do 4 butelek dziennie). Ten ostatni tydzień był także czasem bardzo lekkich treningów, podczas których dbałem o to, aby nie przytrafił się żaden uraz. Także rozciąganie miało bardzo delikatną postać – wiadomo: miało być bez kontuzji.

W końcu nastał dzień, do którego przygotowywałem się przez długie miesiące. Wstałem około 6:30, zjadłem przepisowe śniadanie (mleko, płatki, kanapki z dżemem malinowym produkcji teściowej, herbata z większą ilością cukru niż zwykle), jeszcze ostatnia wizyta w ubikacji (ach te emocje!) i w drogę na miejsce startu (komunikacja była w tym dniu darmowa a walutą przejazdową był numer startowy). Na starcie, w biurze zawodów spotkałem koleżankę z pracy, która była wolontariuszką. Obfotografowała mnie jeszcze „przed walką” i wraz z biegową koleżanką udałem się na linie startu do naszego sektora – na sam koniec ostatniego z możliwych. Z samego startu pamiętam to, że strasznie chciało mi się iść do ubikacji, ale nie było jak, bo za kilka minut miał być start. Pamiętam też, że byłem naprawdę zadowolony z tego, że wziąłem prawie w ostatniej chwil chustę na głowę, która w trakcie biegu uratowała mnie przed słońcem.

Start! Emocje! Serce mi bije jak oszalałe a ja jeszcze czekam aby wystartować. Już powoli widzę, że fala zaczynających biec zbliża się do mnie. Ruszamy wraz z koleżanką. Mając perspektywę ukończenia biegu pilnujemy się, aby nie biec zbyt szybko. Chcemy TYLKO dobiec, chcemy nazywać się Maratończykami! Chcemy być jednymi z niewielu! Tak więc pilnujemy czasu, który założyliśmy na pierwsze 10km – 1:15

2km – zaczyna mi lecieć krew z nosa i widzę, że kilka osób już zeszło z trasy! Niektórzy z nich trzymają się za kolana i od razu przypomniałem sobie moje problemy z nimi (miałem je jakieś 5-6 tygodni wcześniej!) Myślę sobie, że i ja mogę do nich dołączyć

Biegniemy dalej z uczuciem, że najwyżej nieprzyzwoicie powoli, ale do celu. Biegniemy przez Plac Zbawiciela, na którym machają nam ludzie. Biegniemy też ulicą Marszałkowską, którą zawsze pokonywałem albo autem albo autobusem. Teraz biegnę środkiem i dziś Marszałkowska jest dla takich jak ja. Około 3-ego kilometra pierwszy punkt z napojami. Nie chce mi się pić, ale sięgam po izotonika. Próbuje pić w biegu, ale płyn leje mi się po koszulce a większość wpada mi do prawego buta. Mokro i lekko się lepi stopa. Nic to – wyschnie za chwile na trasie! Nie umiem biec i pić – nigdy nie było mi to potrzebne. 10 kilometrów i… 1:10. Ale biegnie się dobrze, bez siłowania. Jest jeszcze wcześnie, więc dobrze to wróży

13km – o! znajomi z izotonikiem i wkładami do lodówki turystycznej! Wkłady zamrożone, lodowate! Biegłem z zamrożonymi wkładami w dłoni i co jakiś czas przykładałem je do skroni. Ulga niesamowita

15km – zbieg z Mostu Gdańskiego i pierwsze zmęczenie

Pamiętam okolice Stadionu Narodowego – ale wielka budowa! Normalnie nie zapędzam się w tamte okolice (tamta strona Wisły) i miałem wrażenie, jakbym był tam pierwszy raz. W trakcie biegu po praskiej stronie Wisły, jakiś pan zagrzewa nas do walki wołając, że „meta jest za tamtym zakrętem!” A to dopiero okolice 18-ego kilometra

20km – 2:21 – fajny czas. Słońce coraz większe, świeci w oczy. W tym momencie właśnie pomyślałem, ze dobrze zrobiłem biorąc chustę na głowę

24-26km – kryzys, ale koleżanka pomaga zagrzewając do dalszej walki

27km – kolejni znajomi! Robią zdjęcia, podaja zimnego izotonika. Udajemy się do ubikacji. W końcu! Ale przyznam, że w trakcie biegu o tym zapomniałem… To te emocje właśnie…

30km – od tego momentu nikt nas nie wyprzedził. Gwoli ścisłości permanentnie wymijaliśmy się z chłopakiem, który miał ciągłe skurcze w łydki. Jak tylko odpoczął i je rozciągnął, doganiał nas i wyprzedzał. Brał go skurcz, my doganialiśmy jego

30km – 3:37. Gdyby nie akcja TOI TOI, byłoby nieco lepiej. Nic to – nasza perspektywa to ukończyć

31-38km – czas odliczam stanowiskami z gąbkami i izotonikami. Już wtedy wiedziałem, że ukończymy bieg. W najgorszym wypadku te ostatnie kilometry się przejdzie

Biegnąc ten odcinek mijaliśmy wiele osób, które przeszły do chodu. Niektórych z nich zachęcaliśmy, aby podbiegli, bo meta za dosłownie 4 czy 5 kilometrów. Pamiętam jedną dziewczynę, która wróciła do truchtu dziękując nam za słowa motywacji

zdje 54036-38km – to chyba ta tzw. „ściana”. Permanentna myśl „co ja tu robie?!”. Jakbym biegł sam, to bym przeszedł do chodu. Ale koleżanka pomaga kolejny raz. Bardzo dobre w naszym biegu jest to, że ona miała kryzysy na wcześniejszych kilometrach i wtedy ja ją motywowałem a teraz ona pomaga mi

40km – ulica Sanguszki. Nic dodać, nic ująć. Pod górę i dłuuuugo. Potem okolice Bonifraterskiej, Długiej. Wpadamy na uliczki łączące Nowe Miasto ze Starym Miastem. Ludzie jedzą obiady w knajpkach, piją wino i pokrzykują do nas dodając nam otuchy. Wino! Na mnie też czeka wino od Francesco Coppoli! To dodało mi sił

Jeszcze kilkaset metrów, nogi same przyspieszają! Serce bije coraz mocniej! Przyspieszamy. Ostatnie kilkadziesiąt metrów to finisz w tempie jakbyśmy biegli jakiś bieg nie na 42km i 195 metrów, ale na 5km czy 10km. Wpadamy na metę, słyszymy jak nasze chipy wydają dźwięk i… JESTEŚMY MARATOŃCZYKAMI! Jeszcze tylko folia termiczna, butelka wody i medal na szyję + całus od wolontariuszki w policzek. Jestem Maratończykiem! Czas 5:08:24, ale to nie jest istotne! Ważne, że nie szedłem (tylko wtedy jak piłem wodę czy izotonika). Jestem Maratończykiem! Moje trudy opłaciły się! A jeszcze kilka lat wcześniej ważyłem 104 kg i nie byłem w stanie przebiec 1 minuty!

Kilka chwil na wyrównanie oddechu i łapię się na tym, że tchu nie brakuje. Jedynie nogi jakby się inaczej ustawiały. Dobiegłem i pomyślałem sobie, że te weekendowe biegania po 24km miały naprawdę sens. Myślałem też o mojej żonie, Oli. O tym, że podziwia mnie w mojej konsekwencji i że naprawdę chciała abym dokończył, co rozpocząłem. O tym, ze znikałem w sobotę bądź w niedzielę na prawie 5 godzin, aby przeprowadzić trening (łączny czas od wyjścia z domu aż do zakończenia rozciągania po prysznicu, po powrocie). I ta myśl o czekającym na mnie winie…

Z Maratonu wspominam także tunel na Wisłostradzie. Zawsze przejeżdżam tamtędy jadąc autem. Szybko i bez zastanawiania się. Tymczasem odnalazł mnie tam bardzo przyjemny chłód okraszony śpiewającym chórem i skrzypaczką grająca „Skrzypka na dachu”. Pamiętam także bębniarzy na Bonifraterskiej, którzy wystukiwali rytmy zachęcające do biegu. Pamiętam także chłopaka, który stał w okolicach zawrotki na Pradze – klaskał i pokrzykiwał dodając otuchy wszystkim biegnącym. Musiał długo stać, bo jak dobiegaliśmy, to miał porządnie zdarty głos

Nie sposób nie docenić wolontariuszy, którzy podawali gąbki czy napoje. Pamiętam także o tych z biura zawodów, którzy byli pomocni informacjami o samym biegu. Pamiętam także kierowców, którzy nie mogąc wyjechać z uliczek bocznych, wychodzili z aut i klaskali biegnącym (byli też oczywiście i tacy spod znaku oszołomów czy wulgarnych krzykaczy)

Tyle z moich wspomnień. Zacząłem „nieśmiało” od 41 metrów z mega zadyszką, aby po kilku latach, po wypadku na skuterze „nauczyć się” ponownie chodzenia i móc przebiec swój pierwszy bieg maratoński

Pierwszy. I nie ostatni!

FORUM DYSKUSYJNE

Redakcja Bieganie
Redakcja Bieganie.pl