18 września 2007 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Motywacje: Historia początkującego biegacza – od gubienia wagi do maratonu


motywacje_fr_524.jpg

Zaczęło
się właściwie od tego, że w 1999
roku, kiedy miałem 31 lat, zorientowałem się, że mam na sobie
nieapetyczne oponki z tłuszczu, które bardzo mi się nie
podobały. Wszedłem na wagę. Wyszło zdecydowanie za dużo. – Co tu
robić ? – pomyślałem. – Czy to już ten wiek? Czy to
nieodwracalne?

Całe
moje życie mieszkałem w pobliżu świetnych terenów
biegowych. Do tego zawsze uważałem się za biegacza, choć
przyznaję, że nie było ku temu jakichś specjalnych podstaw. Raz
na jakiś czas zakładałem po prostu buty i biegłem do lasu. Te
moje biegowe wypady były sporadyczne – raz na rok, dwa razy na
rok… Kiedyś w liceum miałem chyba jakiś taki cykl, że biegałem
przez tydzień każdego dnia. Ale maksymalnie po 3-5 km.

Potem
prawie o tym zapomniałem.


Incydent na stadionie

Po
odkryciu oponek zabrałem się za pływanie. Pływałem 5 razy w
tygodniu po 30 minut, zimą zrzuciłem kilka kilogramów, ale
wiosną to się zatrzymało, tłuszczyk mniejszy, ale nadal był.
Kiedyś latem poszedłem na Warszawski AWF. Usiadłem przy żużlowym
stadionie o długości bieżni 500 m. Akurat jakiś tatuś robił
trzem chłopcom w wieku około 10 lat test – mieli przebiec 2 km.

– Eee, widać że słabiaki – pomyślałem.

Najlepszy
z nich pobiegł 2 km w niecałe 9 minut, najgorszy w trochę ponad
10. Kiedy odeszli, wyszedłem na bieżnię i postanowiłem powtórzyć
ich test. No i stało się. Wypadłem tragicznie! Około 10,5 minuty
– gorzej niż najsłabszy z nich… Byłem załamany.
Przypomniałem
sobie – że kiedyś przecież biegałem. Następnego dnia ruszyłem
do lasu. Jak szalony przebiegłem na maksa ze 2 km. Mocno zmęczony
wróciłem do domu. Następnego dnia to samo, potem znów.

Zacząłem
się jednak zastanawiać, czy biegam z sensem? Czy nie powinienem
biegać jakoś inaczej? Coś zaplanować? Gdzieś coś piąte przez
dziesiąte słyszałem o zakresach tętna, w których tłuszcz
jest najlepiej spalany. Koleżanka z pracy, która usłyszała,
że zacząłem biegać, zapytała się, czy robiłem sobie test
Coopera. O niczym takim nie słyszałem. Zacząłem szukać w
internecie.
Znalazłem – oczywiście na bieganie.pl.:) Okazało się, że jest to 12-to
minutowy wyścig – na podstawie przebiegniętego dystansu można
ocenić, w jakiej jesteśmy aktualnie formie.

Test Coopera


Z
tabelki wynikało, że dla najbardziej wymagającej grupy wiekowej
chcąc zasłużyć na ocenę "doskonale" trzeba przebiec 3
km. I to postanowiłem osiągnąć.
Wymierzyłem
w Lesie Bielańskim trasę – 3 km, fakt, że w opisie testu jest
powiedziane, że najlepiej robić go na stadionie lub w równym
terenie. Moja trasa była w lesie, a w dodatku ostatni kilometr
miejscami prowadził mocno w górę, ale – Nic to. –
pomyślałem – Jeśli w tych warunkach zrobię 3 km to będę tym
bardziej zadowolony. Oznaczyłem odcinki co 500 metrów, aby
móc monitorować tempo w trakcie biegu.

Pożyczyłem
od mojej mamy zegarek posiadający funkcję timera – aby ustawić w
nim docelowy czas 12 minut. To był zegarek dla niewidomych. Jego
charakterystyczną cechą jest to, że potrafi mówić. W
przypadku opcji timer zegarek ten odzywał się najpierw co dwie
minuty. Czyli słyszałem "Ten!" (to była jeszcze wersja
angielska, później te zegarki zostały spolszczone),
"Eight!", "Six!". "Four!", "Two!"
– potem było "One!" i potem co dziesięć sekund do
dwudziestu, co pięć do dziesieciu i ostatnie odliczanie, podczas
którego wydobywałem z siebie ostatnie moce "Ten, nine,
eight, ……. three, two, one… bi bi bip bi bi bip bi bi bip!"
– koniec, Boże co za męka!

Na
początku, kiedy zaczynałem robić ten mój test pokonywałem
około 2,5 km. Potem powoli się poprawiałem. Za każdym razem, kiedy
zbliżałem się do kolejnych 500m, wsłuchiwałem się w zegarek, czy
usłyszę jego dźwięk przed oznaczeniem czy za. Aby przebiec 3 km w
12 minut, każde 500 metrów trzeba było pokonywać w 2
minuty, czyli akurat z taką częstotliwością, z jaką odzywał się
zegarek. Pierwsze 500 metrów po starcie od razu dawało mi
informację w jakiej jestem dzisiaj formie. Na początku "-
Ten!" (dziesięć) słyszałem dużo przed pierwszym znakiem 500
metrów. Kiedy jednak kiedyś minąłem to miejsce, a zegarka
nadal nie było słychać, zacząłem podejrzewać, że zapomniałem go
włączyć. Jednak po chwili odezwał się! Jaka była moja radość…
Wiedziałem że biegnę na swój najlepszy wynik!

W
końcu chyba jesienią udało mi się – przebiegłem 3 km (i to
miejscami pod górę) w 12 minut. Bylem zadowolony, oponki zniknęły nawet nie wiem kiedy. Ale
jednak coś mnie gryzło. Bo od razu zacząłem się zastanawiać, co
robić dalej. Nadal biegać ten test Coopera?

Nadeszła
deszczowa jesień, o bieganiu zapomniałem, trochę grałem w
koszykówkę, trochę pływałem. Nie mogłem doczekać się
wiosny (jeszcze nie wiedziałem, że zimą można biegać, a nie
miałem żadnych biegowych znajomych). Na wiosnę znów
ruszyłem do mojego Testu. I niestety, znów musiałem zaczynać
od początku – 2,5 km, 2,6, 2,7.
Zabawnie
wspominam jedną wyprawę z moim kolegą na rowerze. Jechał przede
mną, nadawał tempo, o jakie go poprosiłem i na widok każdego
napotkanego spacerowicza obwieszczał donośnie: "Test Coopera!
Test Coopera!". Ludzie i psy patrzyli ze zdziwieniem.

W
końcu chyba w lipcu doszedłem do upragnionych 3 km, nawet chyba
3,1. I co dalej? Chciałem biegać lepiej, szybciej, dalej…
Pomyślałem, że może spróbuje za jednym razem pokonać 12
km.

Pierwsze w życiu 12 km

Strasznie
to mi się wydawało długo i daleko. Jakim biec tempem? Wymyśliłem,
że te 12 km spróbuję zrobić w godzinę. Ruszyłem. Biegłem
po mojej "cooperowskiej" trasie z planem, aby przebiec ją
czterokrotnie. Pierwszy raz – pełen luz i komfort, drugi też OK,
ale już trzeci mocno męczący, a na czwartym walczyłem ze sobą
strasznie. Ale udało się – 12 km w godzinę!
Był
koniec lipca, piękny wieczór, jeszcze jasno. Na AWF pod gołym
niebem odbywał się koncert Ryszarda Rynkowskiego. Usiadłem na
trawie, żeby posłuchać. Po kilku minutach postanowiłem wracać.
Wstałem – ale okazało się, że nie mogę chodzić! Bolało mnie
wszystko. Z trudem dobrnąłem do domu. Pomyślałem, że skoro
pokonałem 12 km w takiej kiepskiej formie, to muszę to powtarzać,
żeby móc to robić bez takich problemów.

Po
kilku dniach wyszedłem na bieg planowany jako 12 km – ale po 6 km
wróciłem do domu. Nie byłem zmęczony – ale znudzony. Biec
12 km? Przecież to straszna nuda! Obiecałem sobie, że 12 km
pobiegnę następnego dnia. Pobiegłem 9km. Nastepnego dnia 6km,
potem 5km, potem 4, 5, 6, 3 km – i tak w końcu stwierdziłem, że
nie wiem co robić. No bo właściwie po co tak biegać? Czy ja mam
jakiś cel biegowy? Poczułem, że takie bieganie bez celu jest bez
sensu. Cel, znaleźć cel! Jakie można mieć biegowe cele?


No oczywiście maraton. – pomyślałem – Choć maratony to biegają
albo wariaci albo zawodowcy, wiec muszę znaleźć jakiś bardziej
rozsądny cel biegowy."
Zacząłem szukać,
ale nic nie znalazłem. Pod koniec sierpnia ten maraton zaczał mi
jednak chodzić po głowie. Co to jest maraton? 42 km? Gdzie to można
przebiec? Gdzie jest jakiś maraton? Znowu internet. Znalazłem
maraton w Berlinie. Zabawne, że informacji o maratonie w Warszawie
nie było żadnych. Berlin był pod koniec września – czasu mało –
ale może spróbować? Niestety – zapisy już się dawno
zakończyły. Trochę mnie to zmartwiło. Co dalej? Ile w ogóle
potrzeba czasu na przygotowanie się do maratonu z mojego poziomu?
Biegałem już wprawdzie po kilka kilometrów, ale maraton to
co innego. Na stronach Runnersworld znalazłem plan do maratonu.
Wygladało na to, że potrzebuję przynajniej kilku tygodni,
tymczasem zbliżała się jesień. Postanowiłem jednak przebiec tej
jesieni maraton – ale maraton w którym będzie tylko jeden
zawodnik – ja.

Prywatny maraton

Zacząłem
od ustalenia daty. Jak sobie ustalę datę, to łatwiej będzie mi
coś zaplanować, prawda? Żeby nie było za późno (bo może
być zimno), ale i nie za wcześnie, bo potrzebuję przeciez kilka
tygodni na przygotowania. Ustaliłem – 21 października 2001 roku.
Plan ściągnałem z internetu. Biegałem chyba 5 razy w tygodniu po
około 60 km tygodniowo. Najtrudniejsze były długie biegi. Wg planu
dwa razy miałem przebiec za jednym razem około 30 km.

 

fredziomaraton
21 października 2001, prywatny maraton na warszawskim AWF, na trasie wraz z asystentem, 26 pętli, czas około 3:20.

Mój
maraton postanowiłem biec po wymierzonej pętli na AWF – tam jest
asfaltowa droga wokół stadionów o długości 1 mili.
Metę zaplanowałem w miejsu, gdzie mogłem postawić
zaprzyjaźnionych kibiców i stoły z chipsami i napojami. A
start w takim miejscu, aby po przebiegnięciu 26 okrążeń i
pozostałego do mety kawałka – wyszedł dokładnie dystans maratonu.
Postanowiłem ruszyć o 10:00 rano, a ponieważ nie spodziewałem się
ukończyć przed upływem 3 godzin, kibiców poinformowałem,
że jeśli chcą przyjść i nie zanudzić się zbytnio, powinni
pojawić się około 13:00.

Nadszedł
ten dzień. Pogoda była świetna, rześko, nie za zimno, ale i nie
ciepło. Ładne słońce. Dzięki temu oraz dzięki pomocy kolegi
podającego mi picie – udało mi się przebiec w czasie mniej więcej
zgodnym z założeniami – 3:20. Były owacje znajomych, gratulacje, szampan.
Ale wtedy już wiedziałem, że muszę przebiec prawdziwy maraton. Za
miejsce startu wybrałem Berlin.


Berlin

W
zimie starałem się trzymać formę. Kiedy nie można było biegać,
chodziłem na siłownię i ćwiczyłem na urządzeniu, na którym
symuluje się jazdę na nartach biegowych. Zazwyczaj w weekendy
biegałem dłuższe biegi. Poznałem wtedy kolegę, który
zabierał mnie ze sobą na niedzielne biegi. Biegałem takim tempem,
jakie nadawał, walcząc, żeby dotrzymać mu kroku. Ot, po prostu
kolega biegacz z kilkoma maratonami na koncie. Powiedział mi, że
życiówkę ma 2:30. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. – Widać
tak się biega maraton – pomyślałem, ja pewnie jako początkujący
będę miał ze 2:40. Na wiosnę zacząłem więcej truchtać. W maju
pojechałem w góry do Włoch i tam trochę biegałem. Według
planu, który ściągnąłem z internetu, cykl treningowy do
Maratonu Berlińskiego miałem rozpocząć chyba pod koniec czerwca,
aby na koniec września być w topowej formie. Trzymałem się planu
dosyć starannie, biegałem 5-6 razy w tygodniu, maksimum 100km w
tygodniu. We wrześniu pojechałem w Sudety – do Szklarskiej Poręby,
gdzie też biegałem, oczywiście zgodnie z planem.

fred_szklarska.jpg

Szklarska Poręba, bieganie w Górach Izerskich

Po
powrocie ze Szklarskiej mój jedyny biegowy kolega spojrzał na
mnie i powiedział: "No, zrobisz tak ze 2:48".

Bałem
się tego startu. 30.000 biegaczy, daleko od domu. Chyba w czwartek
przed wyjazdem wysłałem nawet do współpracujących ze mną
osób prawie pożegnalny tekst. Bo miałem takie uczucie, jak
gdyby sam moment startu – czyli 29 września 2002 o godzinie 9:00 –
był rzeczywiście za kilka dni, a do mety były całe wieki.

Po
raz pierwszy w życiu widziałem na raz, na żywo, więcej niż kilku
biegaczy. Nie startowałem nigdy w zawodach (pomijając jakieś
epizody w podstawówce). A tu nagle takie tłumy. Przyglądałem
się: – którzy to zawodowcy, którzy słabi, a wyglądają
na mocnych?
Tuż po starcie czułem się jak w
zatłoczonym autobusie, w którym tłum przesuwa mnie do przodu
bez żadnego mojego na to wpływu. Potem nadal było ciasno, ale
mogłem już szurać. Chciałem się wyrwać z tego tłumu jak
najszybciej – wiec zacząłem skakać niczym kozica. W prawo, do
przodu, w lewo – tam gdzie tylko widzialem jakieś wolne miejsce. Po
jakimś czasie już regularnie truchtałem, wciąż jednak skacząc
co jakiś czas. Nadal chciałem uciec przed tłumem do przodu – nie
uświadamiając sobie wtedy tego, że przecież przede mną też są
tłumy i to bardzo dobrych biegaczy.

Zrobiło
się trochę luźniej, a w końcu zupełnie luźno, dzięki zbiegowi
okoliczności i niemieckiemu zamiłowaniu do porządku. Wbiegliśmy
na szeroką aleję, słynną Unter den Linden (czyli Pod Lipami).
Cała ulica, obydwa kierunki, były przeznaczone tylko dla biegaczy.
Pasy ruchu oddzielone były białymi ciągłymi liniami. I nagle się
okazało, że jestem jedyny, który biegnie po lewej stronie
linii, podczas kiedy wszyscy biegną po prawej. Po prostu Niemcy nie
przekraczają linii ciągłej !!! 🙂 No, tego mi było trzeba, poczułem się
jak "pan i władca" Berlina, wielka szeroka aleja tylko dla
mnie, po mojej prawej stronie rzeka ludzi, a ja sam, bezkarnie mijam
ich wszystkich.

fredzio1.jpgTo
się jednak potem zemściło. Niesiony euforią pierwszą połówkę
pobiegłem w 1:24. Po 25 kilometrze czułem się już zmęczony, na
28 km było ciężko, a na 32 km właściwie przestało mi się
chcieć biec. Walczyłem ze sobą, żeby nie stanąć, bo wiedziałem,
że mogę już nie ruszyć. Biegłem wolniej i wolniej, mijali mnie
ludzie, których ja minąłem dawno temu, będąc wtedy
strasznie z tego dumnym. Mijali mnie coraz to słabsi i słabsi
biegacze, niektórzy wydawali mi się nawet dosyć grubi, minął
mnie jakiś starszy człowiek, będący ewidentnie kaleką, (ale nie
ma co ukrywać, że musiał to być jakiś mocarz – kulejący, starszy
malutki człowiek biegł w naprawdę w zadziwiającym tempie).
Zalewałem i krztusiłem się wodą, której nie umiałem pić w
biegu. Potem to już było bardziej szuranie niż bieg. Czas drugiej
połowy o prawie 10 minut gorszy niż pierwszej.
Wpadłem
na metę siłą inercji – wszystko mnie bolało. Ale inni wokół
mnie wyglądali nie lepiej. Z wyniku 2:57:48 cieszyłem się umiarkowanie.

Okazało
się w końcu, że mój czas w maratonie był dobrym czasem jak
na początkującego, a nawet dla doświadczonych amatorskich biegaczy. Mój
jedyny wówczas biegowy kolega, który miał życiówkę
2:30, biegał tygodniowo 180 km i był do tamtej pory moim jedynym
punktem odniesienia i oczywiście porównywałem się wtedy
tylko z nim. Teraz wiem, że wcale nie jest łatwo pobiec maraton
poniżej 3 godzin i dzisiaj, będąc już doświadczonym biegaczem –
nie wiem czy potrafiłbym to powtórzyć.

Tak
zostałem biegaczem, maratończykiem, z jednym przebiegniętym
maratonem na koncie. Od tego czasu, chociaż moja wiedza na temat
treningu znacznie wzrosła, nigdy już nie przygotowałem się
porządnie do maratonu i jak dotąd nie przebiegłem więcej tego
dystansu. Biegam rekreacyjnie, kiedy mam ochotę i czas – ostatnio
zdecydowanie zbyt rzadko.
Moja waga kształtowała
się przez lata na zadowalającym poziomie, ale… znów
wzrosła! Czy to znak, że…

CZAS
NA KOLEJNY MARATON? 🙂