philips
 
26 września 2019 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

kobieta mnie bije


Raczej nie mam problemów z kobietami. Mogę nawet powiedzieć, że jestem entuzjastą. Lubię tę kobiecą drobiazgowość i skrupulatność, podzielność uwagi, inicjatywę, bo teraz panie – mam takie wrażenie – naprawdę biorą się z życiem za bary, zamiast się wycofywać i stać z boku, jak to drzewiej bywało.

Ba! Kobieta współczesna częstokroć hardością i skłonnością do brania za wszystko odpowiedzialności przerasta współczesnego mężczyznę. Co jest mi – tak nawiasem mówiąc – trochę kamyczkiem w bucie, muchą w oku i cukrem na plackach ziemniaczanych… Ale tak jest, a w każdym razie bywa – coraz częściej.

Z kobietami nie mam też problemów z tego prostego powodu, że jakoś nigdy nie byłem specjalnym obiektem ich zainteresowania. Nie było to przyjemne doświadczenie, zwłaszcza w czasach szkolnego dojrzewania, ale przecież nie będę pisał tylko o przyjemnościach. Właśnie dobrze, niech wszyscy wiedzą, że – nie miałem brania. Tym bardziej było to dla mnie trudne i niezrozumiałe, że na płeć piękną najlepiej działali tak zwani łobuzi. A ja byłem przecież taki fajny, miły i miałem tarczę wzorowego ucznia.

Na nic to wszystko, bo dziewczyny z mojej klasy wolały nicponi, huncwotów i innych gagatków płynnie porozumiewających się w mowie i piśmie językiem knajackim. A ja tak grzecznie mówiłem każdemu „dzień dobry” i „przepraszam”, nawet gdy nie miałem za co przepraszać. Na nic było to wszystko, bo dziewczyny z mojej klasy wolały tych, od których biła jakaś podszyta bezczelnością siła. Tych, którym gdy nauczyciel powiedział „idź namocz gąbkę”, to oni nie szli.

Mimo wszystko lubię kobiety. Tę ich łagodność i łatwość, z jaką nawiązują relacje interpersonalne. Otwartość, gotowość do niesienia pomocy, delikatność, subtelność. Grację. Grację chyba najbardziej. Sposób poruszania się, gestykulację, mimikę, tę typową dla kobiet tendencję do robienia z drobnych rzeczy problemów o rozmiarach kosmosu. Bo to przecież my, mężczyźni lepiej wiemy, co jest naprawdę ważne, czym się należy przejmować, a co jest tylko bezsensownym zawracaniem głowy.

Istnieje jednak sytuacja, kiedy kobiety są dla mnie problematyczne. Dzieje się tak wtedy, gdy wyprzedzają mnie na zawodach. Im większy jest to bieg, tym większe prawdopodobieństwo, że mówiąc wprost – dostanę od jakiejś pani bęcki i wcale nie będzie to rdzenna Kalendżin. Ostatnio taki przykry dla męskiego ego incydent przydarzył mi się w Białymstoku. Przegrałem co prawda z reprezentantką Polski, jedynie o sekundę, a właściwie to puściłem kobietę na finiszu przodem, bo jestem przecież dżentelmenem – i takich wyssanych z palca wymówek mogę jeszcze kilka wynaleźć.

Na domiar złego, cała masa zdjęć z zawodów, na których złapano moją – cierpiącą za 40 złotych w pierwszym terminie –  twarz, to zdjęcia, na których biegnę obok dziewcząt. Dla mnie nie jest to zaskakujące, problem pojawia się wtedy, gdy trzeba wyjaśnić znajomym, którzy dotychczas myśleli, że jestem jakimś mistrzem świata, skoro mam w mieszkaniu pierdyliard pucharów – dlaczego ścigam się z dziewczynami?

Jako że kryzys męskości dopadł również i moją skromną osobę, na podobne pytania reaguję odwróceniem kota ogonem i zwaleniem winy na kogoś innego. Mówię mianowicie, że rekord świata kobiet w półmaratonie wynosi 64:51 i nieraz dałby medal mistrzostw Polski w kategorii mężczyzn. Wspominam też tegoroczny maraton w Dębnie, gdzie pierwszym Polakiem na mecie była kobieta. I wtedy dla mojego rozmówcy staje się jasne, że to nie tylko ja jestem taki słaby, ale w ogóle wszyscy faceci. A być słabym w grupie, to jakoś tak raźniej.

 

____________________
Krzysztof
Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i
czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak.
Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę
o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą
komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich
pozdrowić i życzyć miłego dnia.