new balance 880
 
17 stycznia 2012 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Kłopoty z geniuszami


Przepraszamy za wulgaryzmy, ale tak wygląda rzeczywisty świat sportu wyczynowego 🙂

running track 1
 

Był rok 1988. Jeszcze przed erą internetu i telefonów komórkowych. Piękny dzień, nie za ciepło, nie za zimno, przyjemny lekki wiaterek. Szedłem na stadion Oxford University zrobić mocniejszy trening przed biegiem na 5 km jaki czekał mnie za kilka tygodni. Nie spodziewałem się zastać na stadionie nikogo ze znajomych, wszyscy z uczelni wyjechali na weekend a mi się nie chciało jechać do domu, do Sunderland.

– Ale wybijaj się mocniej, bardziej dynamicznie – usłyszałem.

Głos dochodził z bieżni, gdzieś z okolicy piaskownicy do skoku w dal.

Wszedłem na trybuny, położyłem moje rzeczy na krzesełkach i zacząłem się przebierać. Trzy rzędy plastikowych krzeseł, akurat jak na akademicki stadion.

– Ale trener znowu swoje – usłyszałem

Na bieżni stał zawodnik, skoczek w dal i jego trener. Zawodnika nigdy przed tym chyba nie widziałem, trenera widywałem czasami ale nie znaliśmy się.

– Co moje – nasze – warknął trener – przecież jestem Twoim trenerem!

– No tak, ja trenera bardzo szanuję ale mi chodzi o to, żeby dochodzić do pewnych rozwiązań drogą dedukcji i….

– Tu kurwa (tłumaczenie nie jest dokładne, angielski trener używa innych wulgaryzmów niż w Polsce) nie ma do czego dochodzić – wrzasnął trener – siła i chamska dynamika, dedukcją tu wiele już nie zmienisz, technikę masz dobrą.

Chłopak spuścił głowę, nic nie powiedział. Widać było, że takich rozmów mieli za sobą już dużo.

Wyglądał dość nietypowo jak na skoczka w dal, bardzo chudy ale w taki pomyślałem typowo długodystansowy sposób, widać, że siłownia mu raczej nie leży. Trener, z niewielkim brzuszkiem, nazywał się chyba Queen.

– To co, może skoczę jeszcze raz – zapytał nieśmiało skoczek?
– Skacz – mruknął trener

Chłopak poszedł w stronę linii startu.

Założyłem spodenki i właśnie czyściłem stopy z piasku, bo ktoś rozsypał na trybunach piasek kiedy usłyszałem jak trener woła „Dawaj!”.

Odruchowo spojrzałem na bieżnię. Chłopak biegł ładnie ale nie jak zawodnik który szykuje się do skoku, raczej jak średniak, ewentualnie 400 metrowiec. Już zbliżał się do odskoczni kiedy nagle przyspieszył, wykonał w górze jakiś dziwny manewr ramionami i nagle złożył się jak scyzoryk. Nie machał ramionami w sposób typowy dla większości skoczków, leciał tak jak gdyby postanowił zmieścić się w jakąś wąską rurę. Wylądował też jakoś dziwnie, bardzo czysto, wszystko wyglądało bardzo płynnie. Ale niezbyt daleko.

Trener jeszcze kiedy był w powietrzu machnął ręką i rzucił coś w stylu  – Skacz tak dalej  – i ruszył w moją stronę, dopiero zobaczyłem, że jeden rząd niżej od moich leżały chyba jego rzeczy.

Idąc do krzesełek, krzyknął tylko do tyłu:

– Nie mam już dzisiaj siły z Tobą walczyć, przemyśl wszystko i jeśli chcesz to widzimy się pojutrze, wiesz co masz jutro robić.

Chłopak wstał z piaskownicy, spojrzał w stronę trenera, na mnie, spuścił głowę i poszedł w stronę swoich rzeczy, które leżały na trawie.

Queen podszedł do swoich rzeczy, widział że siedzę blisko i nagle zaczął mówić, nie bardzo wiedziałem czy do siebie czy do mnie, chłopak nie mógł już tego słyszeć:

– Mów mu tu kurwa jak ma skakać, poświęcaj swój czas a on to ma i tak głęboko w dupie, on już wszystko wie, po co ja mu kurwa jestem – zakończył patrząc się na mnie

Nie wiedziałem jak się zachować, czy coś odpowiedzieć, więc milczałem i wiązałem buta.

Trener zdjął sweter, zwinął go, wyciągnął butelkę z wodą, odwrócił się w stronę bieżni i znowu zaczął monolog.

– Ma technikę, ma zapał, wydaje się niegłupi chłopak ale cały czas chce rzeźbić w gównie, ciągle w tym samym gównie, przecież z tego się już więcej nie urzeźbi – skończył, zwracając w moją stronę.

Poczułem się zmuszony do jakiegoś komentarza

– Ładnie skacze – mruknąłem, chcąc być nastawiony pozytywnie
– Ładnie to on kurwa skacze już od dawna – parsknął trener – tylko co z tego? On już w technice nie ma czego szukać. – mruknął – Oczywiście, na ten stan rzeczy jaki mamy, czyli na praktycznie niedorozwój mięśniowy, ale trzeba trochę muskulatury zbudować, technika może się trochę popsuje ale wtedy znowu się będzie ją poprawiało
– To dlaczego nie popracujecie nad mięśniami? – spytałem się
– Dlaczego? To jego się kurwa pytaj dlaczego. Bo to wg niego niepotrzebne i zepsuje poezję ruchu – warknął

Spojrzał na mnie jakoś trzeźwiej

– Przepraszam, zdenerwowałem się, przepraszam naprawdę mnie ponosi
– Nic nie szkodzi …zacząłem

Trener schował swoje rzeczy do jakiegoś worka, machnął mi:

– Na razie – i poszedł

Dopiero teraz zauważyłem, że chłopak zdjął kolce i założył jakieś buty biegowe i wyglądało na to, że będzie biegać. Kończyłem wiązać mojego drugiego buta kiedy ruszył lekkim truchtem.

„ Trochę dziwne – pomyślałem – ubrał się tak jak gdyby dopiero zaczynał trening”

Byłem gotowy, zegarek zresetowany, wyszedłem na bieżnię i ruszyłem. On był przede mną jakieś 50 metrów. Powoli go dochodziłem. Był bardzo szczupły, chyba nawet szczuplejszy ode mnie, podobnego wzrostu.

Ja ostatnio zszedłem nieco z wagą i od razu miało to przełożenie na wyniki. Po raz pierwszy pobiegłem piątkę poniżej 15 minut, 14:58. To było trzy tygodnie temu, na Mistrzostwach regionu chciałem powalczyć o 14:50, marzyło mi się 14:40. Dzisiaj miałem w planie 5 x 1000m po 3:00 – 3:05, gdybym czuł się dobrze to na ostatnim lekko przyspieszyć.

Czułem wielki komfort odkąd przestałem współpracować z trenerem. Nie chodzi nawet o życiówkę ale o sam styl pracy, byłem sobie żeglarzem i okrętem ale co najważniejsze sam wymyślałem co mam zrobić i to było strasznie kręcące. Gdybym na przykład nadal z nim trenował to on by mi kazał biegać tysiączki pewnie po 2:55, bo wg niego obowiązuje zasada: „jeśli chcesz biegać szybko musisz biegać szybko”.

Wg niego taki trening po 3:05 nie byłby dla mnie treningiem przybliżającym mnie do celu tylko stratą czasu.

To nic, że wiele treningów jakie robiłem z nim po prostu się nie kończyło, to znaczy kończyło w taki sposób że nie byłem w stanie tego kontynuować i kończyliśmy na przykład po 20% zrealizowanego zadania. To nie była strata czasu?

Teraz na treningu wole trenować trochę zachowawczo a próbować przesuwać granice w trakcie startów. Na razie idzie, trenując sam w ciągu 4 miesięcy poprawiłem się z 16:00 na 14:58 a z nim 30 sekund rzeźbiliśmy cały ubiegły sezon. No i w ogóle jestem bardziej wypoczęty, czuje się lekki, silny jak nigdy.

Tak zamyślony zbliżałem się do biegnącego przede mną skoczka.
Doszedłem go, chciałem wyminąć.

– Hej – uśmiechnął się do mnie
– Hej – odpowiedziałem

Nie zmieniałem tempa ale on przyspieszył i trzymał się, Widać było, że szuka towarzystwa. Biegliśmy na razie powoli, około 5:00 / km.

– To trochę nietypowe jak na skoczka, że biegasz tak sobie dla zabawy – skomentowałem
– Trochę tak – przytaknął – ale lubię biegać, jak nie trenuję albo nie jestem na uczelni to sobie biegam, tak dla dobrego samopoczucia.

Biegliśmy chwilę w milczeniu

– Twój trener mi powiedział, że nie chcesz chodzić na siłownię, tak? – spytałem się
– To nie tak – odparł, lekko skrępowany, zdając sobie sprawę, że słyszałem ich awanturę – mógłbym chodzić ale wg mnie w tym momencie to nie ma sensu.
– Dlaczego – zdziwiłem się – jesteś bardzo chudy, to mało typowe jak na skoczka.
– Tak, budowa, muskulatura to typowe podejście do tematu – mruknął – ale skok w dal to konkurencja techniczna, można wiele zrobić poprawą techniki
– Ale jak się patrzy na Ciebie, to masz słabą prędkość w momencie odbicia.
– A czy konieczna jest tak duża prędkość? A może tor lotu jest ważniejszy? A może ułożenie ciała? Przyjrzyj się najlepszym skoczkom na świecie ile oni w powietrzu marnotrawią odległości robiąc te wszystkie niepotrzebne ruchy. Różnica między nami jest taka, że ja chcę mieć dobrą technikę i dopiero wtedy pracować nad siłą, dynamiką a oni najpierw robią siłę a potem pracują nad techniką. Wierzę, że moja droga będzie lepsza.

Pokiwałem głową.  – Ok.

Spojrzał na mnie bokiem

– A Ty co dzisiaj robisz
– Kilka tysiączków, biegnę niedługo piątkę
– Pięć tysięcy metrów?
– Tak
– Fajny dystans – wyraźnie się ucieszył – można się nieźle zmęczyć
– Biegasz takie dystanse ? – zdziwiłem się
– Nie, nie na zawodach, czasami kiedy wychodzę pobiegać robię dla zabawy mocniejsze akcenty, pewnie gdzieś w okolicach piątki. – A ile chcesz poprawić? – spytał się.
– Ostatnio pobiegłem 14:58 – powiedziałem z lekkim lekceważeniem w głosie, żeby nie myślał, że to było dla mnie tak bardzo ważne.
– Ładnie – pochwalił – to może pobiegłbym dzisiaj z tobą?

Uśmiechnąłem się w duchu. Sprinterzy i skoczkowie do mocarzy na długim dystansie nie należeli.

– Jak chcesz możesz biec – uśmiechnąłem się lekko protekcjonalnie – ale ja będę robił swoje
– Oczywiście – zaoponował – mną się nie przejmuj, ja tylko trochę z Tobą pobiegam

Czas był skończyć rozgrzewkę, trochę się porozciągałem, pobiegłem kilka żwawszych odcinków i poszedłem w stronę linii 200m. On wszystko po mnie powtarzał.

– No to co – zapytałem? – Lecimy?
– Tak, oczywiście – odparł grzecznie

Ruszyłem i włączyłem stoper. Nie chciałem go zostawić od razu na pierwszych metrach więc nawet chyba nieco wolniej zacząłem. Odruchowo chciałem mu pokazać z jakim luzem trzymam takie tempo. Po 200 m miałem 38 sekund, przynajmniej o sekundę za wolno, stwierdziłem, że koniec tego niańkowania, i że lekko przyspieszę. Kolejne 200 m 36 sekund, czyli tempo 3:00 min/km. A on cały czas za moimi plecami.
Kolejne 200 m 36 sekund, chłopak cały czas ze mną. „Mocny jak na skoczka” – pomyślałem. Wybiegamy z wirażu, 300 m do końca pierwszego odcinka i nagle widzę, że on zaczyna wychodzić z prawej. „Ścigać się chce ze mną”? Czegoś takiego nie lubię, miał nie przeszkadzać w treningu a …
– Przepraszam – chłopak zapytał – tylko jedno pytanie – a co będziesz robił jak skończysz 1000 m ?
– 400 m spokojnego truchtu – wystękałem będąc jednak lekko zmęczony
– A. Ok – odparł

I biegnie nadal obok.

– A te 400 m to w jakim czasie ? – on swoje
– Pewnie około 2 minut

Wbiegamy na ostatni wiraż, on biegnie po zewnętrznej

– Ja nie lubię interwałów – nagle mówi – to może jak Ty będziesz truchtał to ja pobiegnę dalej normalnie i Cię złapię jak będziesz znowu startował

Zgłupiał?

– Ale nie będę na Ciebie czekał – skomentowałem
– Nie, no jasne, rób swoje a ja się będę starał Cię złapać

Wyszliśmy na ostatnią prostą. Dopiero wtedy zrozumiałem absurdalny pomysł jaki miał. Jeśli teraz mnie wyprzedzi, to żeby wejść ze mną na kolejne okrążenie, musi mnie dogonić, czyli zrobić jedno więcej okrążenie ode mnie. Jeśli ja będę biegał przerwy po 2:00 to on dwa koła musi zrobić w 2 minuty a to jest 2:30 min/km. „Chłopak nie wie na co się porywa” – pomyślałem z politowaniem. Byłem już mocno zmęczony ale kończyłem odcinek i spojrzałem się na niego bokiem. Niezły jest, jak na skoczka nawet bardzo dobry. Ale jeśli wydaje mu się, że jest w stanie po takim biegu pobiec 800 m w 2 minuty to jest raczej walnięty. Dobiegliśmy do końca

– Lecę – krzyknął

Ja przeszedłem w trucht i przyglądałem mu się, zapomniałem nawet złapać czas, wyszło chyba 3:03.

Zaczął powoli ale wyglądało jak gdyby nabierał prędkości, eee, chyba nie możliwe, złudzenie. Ale kiedy ja przebiegłem 100 m on był już chyba na następnym wirażu, czyli ze 100 m przede mną.

„ Musi spuchnąć – pomyślałem – jeśli nie teraz to kiedy? – teraz, teraz”

Każda kolejna sekunda była dla mnie nie do przyjęcia, chłopak biegł niezwykle szybko i wcale nie wydawało się, że za szybko. To było nie możliwe. To znaczy jakiś Said Aouita by to zrobił ale nie jakiś przypadkowy koleś z piaskownicy? Co jest?

Kiedy byłem na 200 m on kończył pierwsze koło. Zacząłem się zastanawiać czy jest możliwe, że do mnie dojdzie a potem pobiegnie 1000 m w 3 minuty? Nie, no to nie jest możliwe. Ale nie możliwe było już to co teraz robił. A może ja tak powoli biegnę? No nie. Zbliżam się do 400 m i zegarek pokazuje mi 1:49, jeszcze kilkanaście metrów, słyszę, że się z tyłu z bliża.

Dobiegam do linii – ruszam. Po chwili jest już ze mną. Biegnie w milczeniu, oczywiście musiał zwolnić, żeby biec w moim tempie. Milczę, bo jednak 3 min / km to nie jest luzik ale kusi mnie, żeby się go trochę popytać o to co robi. 800 m w 2 minuty po kilometrowym odcinku w 3 minuty to jest coś. Ja bym tego nie potrafił. Zaczynam się w sobie zapadać. Myśleć o swoim beztalenciu, skoro jakiś pierwszy z brzegu skoczek w dal biega lepiej ode mnie. 200 m w 38 sekund, muszę przyspieszyć.

– Nieźle biegłeś – rzucam w końcu, muszę starać się utrzymywać krótkie frazy bo inaczej nie dam rady rozmawiać – trenujesz gdzieś bieganie?
– Nie, no co Ty – uśmiechnął się – jestem skoczkiem
– Ale – wysiłek rośnie, 200 m w 36 sekund więc stękam – biegasz dobrze
Za trudno mi jednak utrzymać rozmowę
– Pogadamy potem – proponuję
– Jasne – rzuca

1000m w 3:02, ja przechodzę w trucht a on znowu rusza w tą dziwną pogoń za mną. Teraz patrzę się już z zainteresowaniem. Jak to jest możliwe? Przecież jeśli tak biega to musiał gdzieś biegać, gdzieś by to w końcu wyszło.
Rozejrzałem się po stadionie. To tutaj w 1954 roku Bannister jako pierwszy złamał 4 minut na milę. Od tej pory stadion się zmienił, wtedy była ziemia, teraz tartan, wtedy lekkoatletyka była uznawana za królową sportów teraz jest co najwyżej księżniczką na wydaniu. Na wiecznym wydaniu.

Kiedy dobiegam do 200m on znowu jest dokładnie po drugiej stronie stadionu. Postanawiam delikatnie przyspieszyć i sprawdzić, czy mnie na moim odcinku dojdzie. Do końca przerwy dobiegam w 1:52, ruszam żwawo. Dochodzi mnie po około 150 metrach

– Szybciej zacząłeś – komentuje nie wyglądając na zmęczonego.
– Trochę – nie muszę się tłumaczyć

Biegniemy bez słowa. Robimy 1000m w 2:59, ja przechodzę w trucht a znowu przyspiesza i znowu mnie dochodzi. Na ostatnim tysiączku mówię mu, że będę kończyć. Biegnie za mną ale na 400 m przed końcem wychodzi mi z prawej ale nie mija. Zaczynam przyspieszać on się trzyma, udaję że niby wszystko naturalnie, luźno ale biegnę szybciej, on ciągle po zewnętrznej. W końcu wychodzimy na ostatnią prostą – ruszam mocno. A on ciągle ze mną, nawet nie próbuje mnie wyprzedzać. 1000m, czas 2:48, mocno dyszę, on chyba nie mocno bo nie słyszę albo ja tak mocno że zagłuszam jego dyszenie. Patrzę na niego spode łba z podziwem. W końcu podchodzę i wyciągam rękę:

– Robert jestem
– A ja Seaghdg
– Jak ?

Uśmiechnął się
– Możesz mówić po prostu Sea
– Skąd takie imię
– Ech, ojciec miał jakąś jazdę na wszystko co Szkockie i wymyślił, nawet dokładnie nie wiem dlaczego akurat takie

Chwila ciszy.

– Słuchaj, biegasz zupełnie……..niesamowicie

Uśmiechnął
– Eee, no przesadzasz. Ale Dzięki.

Skromniś. Zacząłem liczyć na głos

– Jeśli pobiegłeś ze mną cały mój trening to wyszło 6400m. W 18 minut. Czyli 5400 pobiegłeś w 15 minut, czyli 5000m pewnie wyszło Ci około 14 minut. Na treningu. I jeszcze przecież ze mną zwalniałeś. To przecież na zawodach mógłbyś się zakręcić w okolicach 13:20 – 13:30 ?
– Może, czasami kiedy chcę się zmęczyć mniej więcej tyle biegam piątkę
– Ile tyle?
– No ….. około 13 minut.
– I to tak na spoko mówisz? To przecież kosmiczny wynik !
– No może dobry. Ale ja nie jestem biegaczem, tylko skoczkiem

Zatkało mnie

– A co Ci przeszkadza, żeby być biegaczem?
– Trzeba to lubić. Ja lubię, ale wole skakanie

Znowu mnie zatkało

– Ale po co skaczesz?
– Żeby być lepszym.
– No i?
– Co no i?
– No i co dalej? Co jak będziesz lepszy? Chcesz rozumiem wygrywać, być uznanym zawodnikiem, żyć na jakimś poziomie no i zarabiać pieniądze
– Za dużo naraz, nie myślę o tym, chcę po prostu dobrze skakać
– Ale nie zależy Ci na pieniądzach?
– Zależy ale nie są na pierwszym miejscu
– Ale nie chciałbyś dostać np 10 tys funtów?    
– Chciałbym
– No to za bieg na poziomie 13 minut możesz na dobrych mityngach dostać przynajmniej tyle jak nie więcej

Zamyślił się

– Może tak, ale ja przecież nie biegam, nie znam nikogo. Co, nagle pojadę na jakiś mityng i powiem „Słuchajcie, ja tu chcę wystartować bo nieźle biegam?”
– Nigdy nie próbowałeś pokazać się na jakichś zawodach? Przecież od razu by Cię wyłapali

Zaśmiał się

– Ech, zawody to same porażki. Próbowałem kilka razy na przełajach. Za pierwszym razem ustawiłem się z przodu i od razu mnie przewrócili i stratowali. No to potem ustawiłem się z tyłu, to mnie chłopak co był przede mną tak na starcie kolcem po nodze przejechał, że od razu wzięli mnie na pogotowie, zszywali, do dziś mam bliznę. Więc się zniechęciłem do startów w tłumie. A na skoczni jestem sam. Kilka razy biegałem z chłopakami na jakichś dystansach ale tylko z boku biegłem, dla towarzystwa i przed metą schodziłem, nie chciałem robić problemów bo nigdy nie byłem zgłoszony.

Było dla mnie niepojęte jak gość tak biegający mógł zostać niezauważony przez tyle lat

– Ile masz lat?
– 22
– Studiujesz tutaj?
– Tak
– Co ?
– Muzykologię

Zastawiałem się chwilę. Za tydzień miały się odbywać jakieś międzyszkolne zawody, 5 tys m było także w programie.

– Posłuchaj, a gdybym Ci zorganizował start na 5000m, nie pobiegłbyś?
– Czemu nie? Mógłbym.
– Daj mi swój telefon, odezwę się do Ciebie za dwa dni, ok?
– Ok
– Idziesz?
– Nie, jeszcze chwile sobie po trawie pochodzę

Zostawiłem go robiącego jakieś dziwne ćwiczenia na trawie. Złapałem plecak i pobiegłem do campusu nie zwarzając na to, że jestem po mocnytm treningu, nie zapisałem danych z treningu od razu do dzienniczka, zacząłem szperać w książce telefonicznej, szukać kogoś kogo mógłbym ściągnąć na ten meetingt. Zadzwoniłem do mojego trenera i zapytałem się kto organizuje te zawody i że chciałbym, żeby znjajomy na nich pobiegł. Jak trener się dowiedział, że na 5000m to powiedział, że nie będzie problemu, bo to tłoku nie będzie. Potem zaczałem szukać jakiegoś managera w Anglii. Znalazłem namiar do Teddington do firmy Pace Sports Management. Niestety było już po południu i nikt nie odbieał.
Nie mogłem się doczekac następnego dnia, wieczór spędziłem analizując z rocznikiem lekkoetletycznym w ręku, statystyki najbardziej niesamowitych biegaczy, wielkich taletntów.

Obudziłem się nie wyspany, ale nie chciało mi się już spać. 8:00 – pewnie jeszcze za wcześnie. Zrobiłem kawę, poszedłem po croissanty, zjadłem dwa z dżemem i koniec, wagę muszę trzymać.

Punkt 9:00 wykręciłem numer

– Słucham? – miły, damski głos
– Eee – zaciąłem się –     chciałbym porozmawiać z kims na temat jednego zawodnika
– Słucham

Speszyłem się, myślałem, że to sekretarka.

– Jest taki zawodnik w Oxfordzie, bardzo dobrze biega..
– Niech mi Pan przyśle jego wyniki
– Ale on nie ma wyników
– No to dlaczego mielibyśmy się niem zainteresować?
– Bo niezwykle biega
– Wie Pan, prowadzimy tę agencję od ładnych kilku lat o co miesiąc mam kilka zgłoszeń o niesamowitych talentach, które właśnie czekają na odkrycie. Bez wyników nic nie poradzimy, nie będziemy tracić czasu

To brzmiało beznadziejnie

– Ale on pewnie ma jakieś wyniki, tylko …. wskoku w dal.
– A Pan mówi, że on biega?
– Tak
– Jak się nazywa?

Uświadomiłem sobie, że znam tylko imię

– Znam tylko imię. Seaghdg
– Jak?

Przeliterowałem. Słyszałem jakieś szeleszczące strony (to jeszcze zanim był internet)

– Hm, jeden wynik….7,20 nic specjalnego
– Ale on biega 5000m ……..zastanowiłem się chwilę, jeśli opowiem dokładnie to co widziałem nie uwierzy mi, musi to wyglądać wiarygodnie……biegł ze mną na treningu i sam pobiegł poniżej 14 minut.

Chwila ciszy
– Skąd to wiesz?
– Bo sam mu mierzyłem czas, ja biegam około 15 minut. Po co miałbym wam zmyślać?
– Mnóstwo już mieliśmy sygnałów od ludzi, którzy okazywali się potem wariatami, przyjeżdżamy, tracimy nasz czas a potem się okazuje, że ktoś sobie robi żarty lub ma coś z głową, muszę mieć jakiś dowód
– Nie macie daleko, za tydzień jest szkolny mityng w Oxfordzie, chcę żeby tam pobiegł, możecie go zobaczyć
– W Oxfordzie?
– Tak

Chwila milczenia, znowu słyszę jakieś szeleszczące kartki
– No to masz szczęście, bo i tak będzie tam akurat ktoś od nas
– Super ! – krzyknąłem uradowany – jak mam się z nim skontaktować?
– On się z Tobą może skontaktuje – podaj mi swój numer. Albo – zadzwoń do mnie popołudniu w piątek przed zawodami, będę wiedziała więcej.
– Dzięki

Zadzwoniłem do Sea
– Sea – musisz być na stadionie w sobotę, pobiegniesz 5000m, ktoś Cię chce obejrzeć
– Ok – zaśmiał się
– Ja teraz wyjeżdżam do Sunderland – odezwę się w piątek wieczorem, ok?
– Ok, dobrej podróży

Dni, które spędziłem w domu, byłem jak nieobecny, obiecałem rodzicom przyjazd, ale w tym momencie wcale nie miałem ochoty. Mama myślała, że coś się u mnie nie układa i męczyła pytaniami, wychodziłem trochę biegać, spotkałem się z kilkoma znajomymi ale myślami byłem w Oxfordzie. Kiedy nadszedł piątkowy ranek, z ekscytacją pojechałem na lotnisko. Kiedy po południu przyjechałem z Londynu do Oxfordu zadzwoniłem najpierw do Pace Sports Management, dostałem informację,
że na stadionie mam szukać Rickiego Simmsa, gdzieś w okolicach głównej trybuny,
podobno wysoki, dobrze ubrany.

Potem zadzwoniłem do Sea

– Halo?
– Hej Sea, tu Robert
– Aaa, hej
– No i co? Jak się czujesz?
– Dobrze, dzięki
– Jesteś gotowy na jutro?
– Tak, chyba tak tylko …zawiesił głos
– Co tylko?
– Okazuje się, że 5000m jest o 17:00
– No i co?
– Konkurs skoków zaczyna się o 16:30

Robiłem sobie kawę, wzruszyłem ramionami

– No i co? To nie wystartujesz.
– Muszę
– Dlaczego musisz?
– Przecież po to trenuję, żeby startować
– Słuchaj Sea…trochę byłem zdenerwowany, rozlałem kawę – specjalnie przyjeżdża manager z Londynu, żeby Cię zobaczyć – trochę skłamałem – więc dobrze by było żebyś pobiegł
– Spokojnie, ja pobiegnę – powiedział – tylko najpierw będę skakał

Nie wiedziałem co powiedzieć

– Przecież masz pokazać na co Cię stać w bieganiu, olej te skoki akurat tym razem i skup się na bieganiu
– Nie martw się, dam radę

Zaczynałem rozumieć jego trenera
– Dobra, rób jak chcesz – powiedziałem zrezygnowany

Zadzwoniłem też do trenera, żeby się upewnić, że Sea jest zgłoszony na piątkę.
Następnego dnia postanowiłem się tym wszystkim nie przejmować, poszedłem rano po gazetę, rozglądałem się po mieście, wszedłem do jednego z dwóch sklepów dla biegaczy w Oxfordzie, około 14 zjadłem obiad, o 15 niespiesznie poszedłem w stronę stadionu.

Mityng zaczynał się o 16:00, zawodnicy się rozgrzewali, na trybunach było na razie raczej pustawo, trochę trenerów, jacyś działacze. Poszedłem w stronę głównej trybuny. Tylko jeden człowiek wyglądał na managera, pozostałych znałem, choćby z widzenia a Ci których nie znałem na managerów nie wyglądali. Był w dżinsach i marynarce. Podszedłem do niego

– Witam, czy Ricky Simms ?
– Tak
– Jestem Robert, mam tu Panu pokazać jednego zawodnika, rozmawiałem z..
– Tak, wiem, przekazano mi.

Ponad 30 lat, szczupły, ciemne włosy, trochę wyższy ode mnie. Podaliśmy sobie ręce.

– No więc kto to jest? – zapytał

Zastanawiałem się chwilę co mówić a czego nie.
– Jest taki skoczek, który także biega, tydzień temu na treningu zrobił 5000m poniżej 14 minut.Sam.
– Rozumiem, że biega dzisiaj?
– Tak….postanowiłem przemilczeć sprawę skoków
– Dobra, ja będę siedział tutaj, poczekam do 18:00 choć mi to nie na rękę. Przyjdź do mnie jak będzie miał biegać
– Ok

Poszedłem szukać Sea. Zobaczyłem go, rozgrzewał się do skoków.
Podszedłem do niego
– No i jak się masz?
– Ok, dzięki – uśmiechnął się
– Dasz radę pobiec tą piątkę?
– Chyba dam
– No to powodzenia

Usiadłem z boku na trybunach, ludzi już trochę się zebrało, ale jak to bywa – tłumów nie było. Oficjalne otwarcie nastąpiło bez wielkiej fety, krótko przemówił wicedyrektor Szkoły, razem z nim Dyrektor Klubu Callwel życzył powodzenia zawodnikom. Były to właściwie niewielkie, międzywydziałowe zawody. Ale w Oxfordzie jest tyle różnych Collegów, różnych szkół, że zawodników trochę się zebrało.

Najpierw były sprinty, wiele serii. Patrzyłem się czasem w stronę trybuny głównej, Ricky siedział w towarzystwie Dyrektora Klubu. O 16:30 zaczął się skok dal. Tylko czterech zawodników, wśród nich Sea. Wolałem na razie nie podchodzić do Rickiego. Około 16:50 kiedy skok w dal nadal trwał na bieżni pojawiać zaczęli się po rozgrzewce zawodnicy mający biegać 5 tys m. Poszedłem w stronę skoczni. Sea skakał średnio, był trzeci, przed nim jeszcze dwie serie.

– Zaraz start na 5 tys m – krzyknąłem
– Wiem – mruknął

Zawodnicy na 5 tys m zaczęli zbierać się przy linii startu, przez trawę szli już w ich stronę dwaj sędziowie

Sea oddał skok, nie poprawił się. Sędziowie zaczęli wyczytywać zawodników. Zdałem sobie sprawę, że jeśli Sea zdąży na start to muszę Rickiemy pokazać na kogo ma zwracać uwagę a jednocześnie dać sędziom znać, żeby może kilka sekund poczekali bo jeszcze będą mieli jednego zawodnika.

Pobiegłem najpierw w stronę trybun. Ricky stał tyłem do trybun na którymś stopniu. Wychodził?

– Ricky – zawołałem

Ricky odwrócił się

– Aaa – wyglądał na zaskoczonego – zapomniałem
– Ricky – idziesz? – Dyrektor Klubu stał kilka schodków wyżej i czekał na Rickiego

Podszedłem bliżej żeby nikt mnie nie słyszał
– Błagam Pana, niech Pan poczeka, naprawdę nie będzie Pan żałował

Chwila milczenia

– Ricky! – wołał Dyrektor.

– Kiedy jest start ? – zapytał Ricky, choć wystarczyłoby żeby się lepiej rozejrzał po stadionie, zawodnicy stający na linii 200 m nie wyglądali na sprinterów.
– Zaraz – odpowiedziałem
– Słuchaj – Ricky spojrzał się na mnie – mam teraz ważne spotkanie, powiedz mi realnie, bez pierdzielenia – czy ten Twój zawodnik jest naprawdę taki dobry i czy jest w formie?
– Jest – szedłem w zaparte

Musiałem wyglądać na naprawdę zdeterminowanego ale z przestrachem zauważyłem, że sędziowie skończyli czytać listę i zaczęli ustawiać zawodników na starcie.

– Ricky ! – krzyknął wyraźnie zdenerwowany Dyrektor

Ricky podrapał się w głowę. Podniósł rękę w stronę Dyrektora Callwela.
– Jon – dojdę do was za 20 minut. A może prędzej – spojrzał się na mnie

Callwel spojrzał się na mnie, potem na Rickiego
– Ok, czekamy na Ciebie w moim biurze

Poszli

– No to gdzie ten Twój zawodnik?
– Eee, zaraz, jest jeszcze ..- właśnie zobaczyłem, że Sea jest na rozbiegu – właśnie biegnie, muszę lecieć do sędziów żeby dali mu wystartować
– Gdzie jest ? – Ricky myślał, że nie dosłyszał,
– Proszę na mnie poczekać, zaraz wszystko wytłumaczę – i pędem rzuciłem się na drugą stronę stadionu

Sea właśnie podnosił się z piaskownicy, krzyknąłem do niego – Natycmhiast biegnij na start
Poleciałem na linię 200m, sędzia miał już w ręku pistolet.

– Halo – wołałem z daleka

Nie słyszał mnie, podnosił pistolet

– Halo – dopadłem go i złapałem za rękę – jest jeszcze jeden zawodnik

Sędziowie nie zawsze należą do super kumatych i akurat ten był właśnie z tej grupy. Można było odnieść wrażenie że nie usłyszał co mówiłem, zwrócił się w stronę zawodników.

– Ready?
– Nie słyszał Pan? Jest jeszcze jeden zawodnik – krzyczałem mu w twarz

Drugi sędzia, stojący po drugiej stronie bieżni zainteresował się i podszedł do nas

– Proszę nie przeszkadzać – powiedział nerwowo
– Ale jest jeszcze jeden zawodnik
– Gdzie jest – zapytał się ten drugi. Pierwszy znowu zaczął podnosić pistolet.
– Macie na liście – Seaghgh…jakoś tak…
– Nie zgłosił się

Spojrzałem w stronę piaskownicy, Sea właśnie przewrócił się na trawę próbując szybko wciągnąć but biegowy

– Tam, właśnie biegnie
– Co? – krzyknął drugi – to niepoważne – Ed – strzelaj – odsunął mnie na bok
– Kurwa – nie wytrzymałem – nie możecie poczekać 30 sekund? Przecież on tu zaraz będzie

Znowu tak jak gdyby mnie nie słyszeli

– Ed ? – drugi wskazał głową pistolet
– Sea  – krzyknąłem

Pistolet wypalił, kiedy Sea był na środku stadionu, nerwowo spojrzałem w stronę trybun, nie widziałem dokładnie twarzy Rickiego. Zawodnicy ruszyli, grupka około 15 chłopaków.

– Sea, pospiesz się

Sędziowie zaczęli się zbierać do przeniesienia w stronę mety

– Ale panowie !!! Tu jest jeszcze zawodnik co wy kurwa nie słyszycie? – ryknąłem na nich
– Jaki zawodnik  – zachowywali się jak gdyby widzieli tylko to co znajduje się nie dalej niż 2 m od nich
– Tam – wskazałem na Sea, który był jeszcze ze 25 m od nas, poradził sobie z butem ale truchtał niespiesznie

Nie wiedzieli co powiedzieć

– Poczekajcie chwilę

Sea dotruchtał,

– Panowie, to jest Sea – on startuje

Pierwszy sędzie patrzył się beznamiętnie

– Ale już wystartowali
– To nic, on wystartuje 30 sekund za nimi

Ed wyglądał jak gdyby nie rozumiał ale sekundy mijały

– Sea – krzyknąłem – stań na starcie

Sea stanął na bieżni

– Leć – krzyknąłem

Sea ociągał się chwilę patrząc na sędziów, którzy nadal nie wiedzieli o co chodzi

– Leć – ryknąłem

Sea ruszył …truchtem. Za nim machając rękoma ruszył drugi sędzia, za nim ja, za mną drugi sędzia, Ed.

– Zaraz !! Tak nie można !! – krzyczał pierwszy
– Dlaczego nie można – zrównałem się z sędzią.
– Bo nie było zawodnika na starcie
– No to co, spóźnił się na start i tyle
– Nie, musi zejść, zdejmiemy go z bieżni

Prześcignąłem go, dogoniłem truchtającego Sea
– Co Ty robisz? – syknąłem
– Zawsze zanim ruszę do biegu muszę chwilę potruchtać inaczej nie potrafię wejść na wysokie obroty, sprint na rozbiegu to nie to samo

“Kurwa” – pomyślałem – w co ja się wpakowałem – "Przecież to jakiś absurd".
– Słuchaj – powiedziałem do niego – truchtaj ale jak najkrócej a potem goń ich – ciągle w biegu wierzyłem w powodzenie – Tylko uważaj bo sędziowie będę Cię chcieli ściągnąć z bieżni
– Ok, radziłem sobie w takich sytuacjach – zaśmiał się

Akurat przebiegaliśmy obok trybuny, odłączyłem się od Sea i podbiegłem do Rickiego. Wyglądał na oniemiałego.

– Co to było ?
– Sea, ten biegacz akurat kończył skoki

Ricky nie mógł uwierzyć
– I wiedząc, że on biegnie prosto ze skoczni zatrzymałeś mnie żebym oglądał jego żałosny występ?
– Tak

Ricky wstał
– Słuchaj, nienawidzę tracić czasu, ja naprawdę mam ważne spotkanie
– Błagam Pana, niech Pan …zawahałem się …….poczeka 8 minut

Risky też się zawahał.
– No i co się wydarzy przez te 8 minut?
– Nie wiem, ale jeśli się wydarzy to Pan będzie żałował do końca życia a ja już pójdę z tym do kogoś innego, nagrywam ten bieg – blefowałem.

Ricky usiadł powoli,
– Dobra, osiem minut – włączam stoper

Usiadłem obok niego. Tymczasem Sea zupełnie jak gdyby na złość nadal truchtał. Chłopaki mieli nad nim już około 300 m przewagi, “ – Jeszcze trochę i go dojdą” – pomyślałem

Nie trzeba było długo czekać. Kiedy Sea miał za sobą około 500m doszła go czołówka.
– No, naprawdę świetny jest ten Twój zawodnik – mruknął Ricky i wyjął notes i zaczął czegoś szukać, potem wyłączył się na chwilę przepisując kontakty z jakichś wizytówek.

Nie odezwałem się, grupka mijała Sea, który zbiegł na zewnętrzną i grzecznie ich przepuszczał patrząc się na nich z boku. Ale kiedy mijał go ostatni z nich – dołączył się do nich. Zaczął biec ich tempem obok ostatniego zawodnika. Uśmiechnąłem się pod nosem bo widziałem, że zaczął o coś się tamtego pytać a tamten z jakimś dziwnym grymasem zaskoczenia coś mu odpowiedział. Wyglądało na to, że nie otrzymał odpowiedzi i przesunął się do przodu, potem znowu do przodu i znowu, zrównał się z trzecim zawodnikiem i znowu coś zagadał. Tamten spojrzał się na niego zdziwiony i coś powiedział, Sea pokiwał głową i nagle..przyspieszył. Nie wyglądało to na mocne przyspieszenie ale jednak wyraźne. Wyszedł na prowadzenie grupki która przed chwilą dopiero co go zdublowała.

Ricky zamarł nad notatnikiem i patrzył się na bieżnię
– No, nieźle – powiedział z przekąsem – jest gość. Nie dał się zdublować – spojrzał się na mnie – jeszcze niecałe siedem minut

Nie skomentowałem. Zawodnicy mieli za sobą chyba ze 4 minuty, jakieś 1200 m, Sea był już jakieś 50 metrów przed nimi a raczej 350 za nimi. Jednak nadal wyglądało na to, że truchta, choć żwawiej. Kiedy przebiegał koło nas krzyknąłem:

– Sea – dawaj – pokaż co potrafisz

Uśmiechał się do nas i pomachał ale nie przyspieszył. Ten dystans powoli się zwiększał, kiedy grupka zawodników miała za sobą 2000m Sea miał do nich około 300 m straty. Ale kiedy zbliżał się do linii z której wystartowali, jakoś pochylił się do przodu i wyraźnie przyspieszył. Włączyłem stoper w momencie, kiedy zostało mu do mety 3000m, muszę w końcu wiedzieć po ile biegnie.

Ricky rozmawiał z kimś, kto siedział za naszymi plecami, spojrzał na mnie i pokazał bez słów zegarek, zostały 2 minuty.

Tymczasem na bieżni Sea biegł już całkiem żwawo, 200 m w 35 sekund, kolejne 33. Ricky dalej rozmawiał, pokazałem mu stoper gdzie było widać czas okrążenia 1:08. Odwrócił się na chwilę do mnie: “Po 2 km truchtu, 400 m w 1:08? Wow” – powiedział ironicznie – zobaczymy ile tak wytrzyma – i pokazał mi zegarek – została minuta.

Sea biegł ładnie. Luźno, szybko i ładnie, kolejne 400 m zrobił w 1:07. Pokazałem Rickiemu, nadal rozmawiał, za co błogosławiłem go w duszy bo dawało szanse, że nie zdecyduje się nagle wstać bo 8 minut właśnie minęło a on nie pokazał mi zegarka. Kolejne koło 1:05

I wtedy nagle na bieżni pojawili się Ed i ten drugi sędzia. Akurat Sea zbliżał się do trybuny kiedy zagrodzili mu drogę. Sea obiegł ich przez trawę i biegł dalej.

– Co tu się kurwa dzieje – powiedział Ricky zdumiony – muszę przerwać – rzucił przepraszająco do towarzystwa za nami.

Akurat Sea dobiegł do kolejnych 200 m.
– Ile ? – spytał się Ricky
– 200m w 32 sekundy – odpowiedziałem

Kiwnął głową. I w tym momencie przeszedł mnie dreszcz, zrozumiałem, że już nie wyjdzie, że to go wciągnęło. Kolejne 200 m 32 sekundy i okrążenie w minutę i cztery sekundy.
– 1600 m w 4:24 – obliczyłem

Ricky pokiwał głową.

Do mety Sea zostało nieco ponad 1200m. Do czołówki tracił około 100m.
Tymczasem przed trybuną sędziowie ściągnęli posiłki – jakichś dwóch gości stanęło z nimi z boku bieżni i czekali na Sea. Kiedy minęła ich czołówka – stanęli na środku w czwórkę- wzięli się za ręce i zagrodzili drogę. Zamarłem. Ale Sea od razu wbiegł na trawę, oni ruszyli w jego kierunku ale był tak rozpędzony, że nie złapali go.

Ricky wstał.

– Co wy robicie – krzyknął do nich – zostawcie go
– Niech się Pan nie wtrąca – krzyknął do niego Ed nadzwyczaj poruszony – czyli jednak potrafi się emocjonować – ten zawodnik nie ma prawa tutaj biec
– Zaraz pójdę do Dyrektora Callwela i was stąd zabierze !
– Proszę Pana, my jesteśmy sędziami i to my decydujemy
– 1:02 sekund koło – rzuciłem do stojącego Rickiego.

Ricky nie siadał. Sea miał do mety jeszcze 1000 m. Ale Sędziowie znowu zaczęli ustawiać barykadę ale tym razem nie trzymali się za ręce, tylko ustawili szeroką tyralierę, chcąc przepuścić tylko czołówkę. Sea miał do czołówki już tylko około 50 metrów i widać było, że myślał o tym, że da radę się przecisnąć z nimi – ale zorientował się, że nie zdąży. Biegł prosto. Tuż za czołówką czwórka sędziów zaczęła otaczać Sea próbując odciąć mu drogę od murawy. Sea biegł prosto na nich, Kiedy był już dosłownie 5 metrów zahamował i cofnął się, ruszyli w jego stronę. Na to czekał, skoczył tym razem w stronę trybun i wyminął ich przyciskając się do ogrodzenia.

– Kurwa – zaklął Ricky

– 60 sekund – obwieściłem kiedy minął linię 400 m.

Szybko zbliżał się do prowadzących, dogonił ich na przeciwległej prostej i minął, żaden nie próbował go gonić.

Kibice zorientowali się, że ma miejsce niezwykłe widowisko i za każdym razem kiedy Sea udało się ominąć kolejną barykadę krzyczeli z hiszpańska “Ole!“. Tymczasem sędziowie wyciągnęli jakąś taśmę i znowu zamierzali zatrzymać Sea. Tym razem nie wyglądało to na łatwe do ominięcia. Stwierdziłem, że muszę mu pomóc. Wyskoczyłem na bieżnię i zacząłem krzyczeć do sędziów:

– Wynocha

Sędziowie nie spodziewali się ataku ze strony trybun, ale popsułem im szyki. Jeden ruszył w moją stronę ale puścił taśmę i Sea przebiegł w tym miejscu

“ Ole” – krzyknęły trybuny

– Zaraz wezwę Policję – krzyczał do mnie “mój” sędzia
– A wzywaj matole – nie wytrzymałem nerwowo

Sea wbiegł na ostatnie okrążenie:
– 54 sekundy – krzyknąłem do Rickiego

Ricky stał też zdenerwowany
– Nieźle kurwa zapierdziela – w końcu usłyszałem jakiś komplement

Sea rzeczywiście – jak gdyby postanowił rzucić do boju wszystkie siły, jak gdyby ścigał się z kimś bo tempo jakie narzucił było fantastyczne. Patrzyłem na niego z zachwytem, chyba cały stadion patrzył bo było widać, że biegnie ktoś niezwykły, połykał przestrzeń i wcale nie wydawało się, że robi jakiś niezwykły wysiłek. Ale kiedy mijał jednego z dublowanych zawodników, wyglądało jak gdyby biegli w zupełnie różnych wyścigach. Trybuny zaczęły klaskać, prawdopodobnie domyślając się, że musi to być ostatnie okrążenie bo sędziowie oczywiście nie oddzwonili Sea ostatniego koła.

Sea wszedł na ostatni zakręt – dochodził czołówkę sędziowie się pogubili, bo musieli dzwonić i nie wiedzieli jak poradzić sobie jednocześnie z łapaniem Sea. Dzwonek się rozdzwonił, co chwilę kolejny zawodnik wbiegał na ostatnie koło, Sea minął jednego z sędziów, który próbował jeszcze zagrodzić mu drogę ale nie dał rady, zresztą za chwilę Sea wpadł na metę i zatrzymał się.

– 52 sekundy – krzyknąłem do Rickiego
– Chodźmy do niego – rzucił Ricky

Zbiegliśmy na bieżnię, ale sędziowie wzięli pod ręce Sea

– No i co Panowie chcą z nim zrobić – krzyknąłem zbliżając się – do więzienia z nim ?

Ricky nagle gdzieś zniknął. Dopiero po chwili się zorientowałem, że Callwel musiał wyjść z biura bo stał niedaleko a Ricky gestykulując coś mu opowiadał. Zaczęli się zbliżać.

– Powiedz im, żeby się od niego odczepili – usłyszałem z ust Rickiego
– Panowie – zawołał Callwel do sędziów – chodźcie tu do mnie
– Ale panie dyrektorze – chciał coś powiedzieć jeden z nich ale wyraźnie rozluźnił uścisk jakim trzymał Sea. W końcu puścił i podszedł do Callwela, który objął go i zaczął coś mu tłumaczyć.

Tymczasem ja gratulowałem Sea i przedstawiłem mu Rickiego

– Nieźle – powiedział Ricky – jaką masz życiówkę na 800 m ? – zapytał się
– Nie wiem – powiedział Sea – nigdy nie biegałem
– A na jakim dystansie biegałeś?
– Ja nigdy nie startowałem w jakimś biegu, żeby mi ktoś zmierzył czas, to jest zresztą w moim przypadku bez sensu bo im dłużej biegnę tym, lepiej mi się biegnie więc nie wiadomo kiedy mierzyć.

Ricky patrzył się na Sea i przez jego głowę przelatywały chyba skrajne odczucia – czy ma do czynienia z wariatem czy z geniuszem?

– Złapałeś chociaż ile pobiegł trójkę – zwrócił się do mnie
– 7:42

Ricky zastanawiał się chwilę, zobaczyłem, że na szyi wyszły mu jakieś czerwone plamy
– A zdajesz sobie sprawę z tego co to za wynik? – zapytał się Sea
– No….nie bardzo. Ale rozumiem, że dobry, tak?
– Rekord Świata na 3000m to 7:32 (to był rok 1988, rekord należał od 1987 roku do Henryego Rono)
– No czyli wcale nie taki dobry? – wypalił Sea zupełnie na poważnie

Ricky zaśmiał się nerwowo i spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
***

cdn czyli co działo się w późniejszych latach.