9 kwietnia 2011 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Głupota biegacza ….


felieton malvina1Jest wtorek. Świeci słońce, wieje ciepły, letni wiatr, za oknem raz po raz przemyka jakaś truchtająca parka. Biegacze. Jak ja bym ich teraz z chęcią wszystkich wystrzelała!

Wyobraź sobie, że biegasz od pół roku. Od dwóch miesięcy trenujesz regularnie kilka razy w tygodniu. Jest czwartek. W niedzielę, za tydzień, jedziesz na swój pierwszy półmaraton, a przed sekundą przebiegłeś najdłuższy w życiu dystans – 18 kilometrów.

Zatrzymuję się, opieram ręce na kolanach, pochylam ciało nad ziemią, płaczę. Ze szczęścia, ze zmęczenia. Już wiem, że dam radę. Przebiegnę te pieprzone 21 kilometrów i będę najbardziej odlotową babką na świecie. Bo przekroczyłam kolejną granicę, bo udowodniłam sobie, że potrafię. Ja, to chuchro, co połowę dzieciństwa spędziło w szpitalu, z każdego biegu na WF-ie dostawało trepa i było pośmiewiskiem gówniarzy z podwórka. A teraz proszę, średnio 5 minut na kilometr, nie jest źle, jak na laika.

Sobota. Trener amatorskiej grupy biegaczy doradzał, żebym dziś zrobiła 12-kę. Po czwartkowym wyczynie mam powera, chcę więcej. Planuję zaliczyć 15-kę i obiecuję sobie, że na tydzień poprzedzający półmaraton zostawię już tylko ósemki, max dziesiątki. Nie biegnie się dobrze. Pada deszcz, drogowcy gwiżdżą, smród spalin przyprawia o mdłości. Gdzieś na 9 kilometrze czuję ucisk w pachwinie. „Rozbiegam” – myślę, delikatnie przyspieszając. Na 11-tym wciąż boli, ale ani myślę się zatrzymać. Pod koniec dwunastego widzę już cały gwiazdozbiór. Zwalniam, żeby rozciągnąć mięśnie i tak już zostaję. Dystans kilometra, który dzieli mnie od domu, pokonuję w 45 minut. Prawdziwa „życiówka”.

Wtorek. Świeci słońce, wieje ciepły, letni wiatr, za oknem raz po raz przemyka jakaś truchtająca parka. Biegacze. Jak ja bym ich teraz z chęcią wszystkich wystrzelała! Bo oni mogą. A ja siedzę tu, z nogą na taborecie, lepka od Voltarenu, z brzuchem pełnym Ketonalu, naelektryzowana jak 150 jonami, elektronami i innymi prądami stałymi. Oglądam w internecie filmiki z półmaratonu poznańskiego, czytam rozentuzjazmowane wpisy na forach i zmieniam zdanie – rozstrzelam siebie. Za głupotę, brak wyobraźni i to, że tak szybko dałam się złapać na endorfinowo-kannabinoidowy haczyk.

Wyobraź sobie, że biegasz od pół roku. Od dwóch miesięcy trenujesz regularnie kilka razy w tygodniu. Jest czwartek. Właśnie biegniesz swój najdłuższy dystans w życiu – 18 kilometrów. Mniej więcej na 16-tym kilometrze zmęczenie całkowicie ustępuje. Mięśnie są rozluźnione, giętkie, mięciutkie jak kaczuszka. Na twarzy masz rogala, jakbyś się nałykał garści piguł spod znaku „E”. W uszach słyszysz muzykę, choć przecież nie masz ze sobą mp3.

Zaczynam biec obok siebie. Jestem pyłkiem, wedlowskim ptasim mleczkiem, liściem na wietrze. Widzę siebie z góry. Ale jazda. Do tej pory w tak intensywnym, odmiennym stanie byłam dwa razy w życiu: gdy potrącił mnie samochód i gdy przeżyłam pierwszy orgazm. A  to teraz? Co to było? Chyba umarłam w butach.

Piątek. Kuleję do pracy i marzę o zwykłym, godzinnym spacerze po parku. A na drugi dzień pobudka o 6 rano i 45-minutowa przebieżka po osiedlu. Wieczorem rekreacyjna ósemka z Maćkiem, a za dwa dni dziesiątka z grupą na Stadionie Olimpijskim. Potem 12-tka, 15-tka, półmaraton… Świeczki stają mi w oczach. Trochę, bo boli, a trochę, bo smutno. Póki co dostałam na rehabilitacji prądem po dupie. Zawsze to coś. Na nowy, mądrzejszy start.

 FORUM DYSKUSYJNE