NB 1080v12
 
31 sierpnia 2016 Redakcja Bieganie.pl Lifestyle

Co pokonało maratończyków w Rio?


Tegoroczny maraton olimpijski mężczyzn był nieco zagadkowy. Nie po raz pierwszy zresztą. Zdarzały się w historii dziwne rozstrzygnięcia.

Najbardziej zagadkowym przypadkiem ostatnich lat wydaje się chyba to co wydarzyło się w Atenach w 2004 roku. Po bardzo spokojnym początku (połowa w 1:07:23) w pogoń za prowadzącym Brazylijczykiem Vander Lei da Lima rzuciło się trzech zawodników: Stefano Baldini, Meb Keflezighi i Paul Tergat. Ten ostatni wydawał się być murowanym faworytem. Rok wcześniej pobiegł Rekord Świata w czasie 2:04:55, w 2002 był drugi w Londynie w czasie 2:05:48. Były to czasy nieosiągalne dla pozostałych. A jednak okazało się, że nie był w stanie utrzymać pozornie łatwego dla niego tempa i osłabł tak bardzo, że skończył na 10 miejscu z czasem 2:14:45. Jednak był to jednostkowy przypadek, dotyczący jednego zawodnika i pewnie gdyby się zastanowić, to nie było w tym nic dziwnego. Tergat trenował na dużej wysokości gdzie odczuwalne temperatury nie utrudniały treningu, podczas kiedy w Atenach zawodnicy musieli radzić sobie z temperaturą 26-27 stopni.

W ostatnich latach nic takiego dziwnego się nie zdarzyło. Aż do tego roku.

RIO 2016

Tym razem zwyciężył faworyt, więc pozornie także nic dziwnego się nie wydarzyło. Zagadkowe jest jednak to co wydarzyło się z dużą grupą pozostałych zawodników. Wielu z nich pobiegło znacznie poniżej swoich teoretycznych możliwości. To też może nie powinno dziwić. Maraton olimpijski w przeciwieństwie do maratonów komercyjnych jest zawsze w dużo większym stopniu grą różnych innych “sił wyższych” niż tylko forma zawodnika. To, że zawodnicy pobiegli wolniej od swoich życiówek, to też nic nadzwyczajnego, tak zazwyczaj jest na maratonach gdzie walczy się o miejsce. Ale dziwne jest to, że w końcówce wielu zawodników musiało znacznie zwolnić, pomimo tego, że przez większą część dystansu utrzymywali tempo bardzo bezpieczne, można powiedzieć, że zachowawcze.

Pierwsze 5 km czołówka przebiegła w tempie na 2:11:47. W połowie dystansu 45 zawodników nadal biegło stosunkowo zwartą grupą notując na połówce czas około 1:06.Patrząc na takich zawodników jak Kipchoge, Lilesa czy Berhanu było jasne, że się czają, że nie chcą się wychylić, bo zdają sobie sprawę, że wzięcie na siebie prowadzenia nawet w nieco tylko wyższym tempie mogło skończyć by się dla nich porażką.

Oczywiście dla wielu zawodników z poziomu 2:11 – 2:12 to było tempo na granicy możliwości ale na pewno nie przesadzone.

Przyjrzyjmy się indywidualnym przypadkom (na wykresie tempo zawodników na kolejnych punktach):

Eliud Kipchoge, Fauesa Lelisa i Galen Rupp

kipchoge1
Tempo czołówki na odcinku 25-30 km wzrosło z 3:09 do minimalnie wolniej niż 3:00. Nadal jednak na 30 km była jeszcze grupka 9-10 zawodników. Nie powinno to zresztą dziwić, bo dla wielu z nich było to tempo z jakim pokazali w przeszłości, że potrafili przebiec cały maraton. To co jednak zdarzyło się po 30 km było zaskakujące. Tylko Kipchoge, Lelisa i Rupp byli w stanie jeszcze przyspieszyć i to całkiem solidnie bo aż do 14:25 /km. Można powiedzieć, że na tym odcinku “wyczepili” całą resztę. Pytanie, czy to oni byli tak świetni czy coś się działo z resztą, czy jedno i drugie ? Na pewno 14:25 na 5 kilometrowym odcinku w trakcie maratonu to już jest duża umiejętność, ale najlepsi na świecie potrafią tak biegać. Po 35 kilometrze Kipchoge zwolnił najmniej i pozwoliło mu to na spokojne zwycięstwo. Może mógł pozwolić sobie na zwolnienie bo widział, że Lelisa sukcesywnie słabnie. Na pewno też ten odcinek pokazał, że mimo krótkiego maratońskiego stażu Rupp jest na najlepszej drodze do wejścia do światowej elity.

Lemi Berhanu, Stanley Biwott, Stephen Kiprotich
berhanu1 

Doświadczeni zawodnicy, dla których tempo 1:06:00 na połówce powinno być “spacerem”. Berhanu w styczniu pobiegł 2:04:33 w Dubaju, potem wygrał Boston, Biwott przegrał w tym roku walkę o pierwszej miejsce w Londynie z Kipchoge ale ze znakomitym czasem 2:03:51. Jak to jest możliwe, że tacy zawodnicy nie byli w stanie utrzymać się z wymienioną wcześniej trójką, mimo, że wcześniej biegli “spacerowo”? Co sprawiło, że musieli zwolnić a Biwott nawet zszedł z trasy? Oczywiście to 14:25 mogło być dla nich trudne, ale biegali już tyle w historii w trakcie swoich startów a na dodatek, rzadko po tak spokojnym początku.

Henryk Szost i Artur Kozłowski

szost1
Przypadek Artura wydaje się szczególnie symptomatyczny. Artur naprawdę
nie szarżował, połówka w 1:07:15, czyli tempo na 2:14:30, wydawało by
się, że absolutnie zachowawcze tempo, nawet z opcją na przyspieszenie w
drugiej połowie i może okolice 2:12:00. A jednak nie. Nie było ani 2:12,
ani nie 2:14 ale dopiero 2:17:34, po 30 km musiał zacząć zwalniać.
Artur to analityk, szybko się uczy na błędach i jak to się stało, że
pomimo tego nie był w stanie utrzymać komfortowego dla siebie tempa?

Do 25 km Henryk biegł z czołówką. Napisał, że zaryzykował. Ale połowa dystansu w 1:06 to naprawdę nie jest jakieś wielkie ryzyko i nie ma co tutaj Henrykowi zarzucać, że przesadził z tempem. A jednak musiał zwolnić a w końcu zszedł z trasy. Pewnie mógł doszurać do mety ale ze względów zdrowotnych uznał, że bezpieczniej będzie jeśli zejdzie. Henryk dał nam w historii swoich startów sporo radości (Rekord Polski, 9 miejsce w Londynie 2012) więc miejmy trochę empatii. To co jednak powinno nas zastanawiać to jest to, dlaczego tak się stało? Dlaczego teoretycznie komfortowe tempo okazało się jednak tak trudnym, że zmusiło go do zejścia z trasy?

Yared Shegumo

shegumo1
Przypadek Yareda trudno analizować, bo zupełnie nie wiadomo w jakiej był formie. Był jedynym z polskich zawodników, który pojechał na Igrzyska bez nawet próby wypełnienia drugiego wymogu kwalifikacyjnego, czyli potwierdzenia się. Trudno powiedzieć jak wpłynęła na jego dyspozycję długa podróż, ale pewnie jakoś wpłynęła, jednak jego forma to była wielka niewiadoma, i można się tylko zastanawiać, czy ta trudna podróż nie była mu właściwie na rękę.

Zawodników, którzy nie byli w stanie utrzymać wydawało by się komfortowego dla nich tempa było więcej niż wymienieni wyżej. Oczywiście byli też tacy, dla których start w Rio stał się okazją do poprawienia życiówki, ale byli to zawodnicy którzy nie mieli zbytnio wyśrubowanych życiówek, często dopiero w maratonie debiutujący. Co mogło być zatem przyczyną, że doświadczeni mieli kłopoty?

Jedynym pomysłem, który przychodzi do głowy są warunki pogodowe. Ale pozornie wydaje się, że w Rio wcale nie były złe warunki. 22-23 stopnie Celsjusza. Kobiety startowały też w temperaturze 22 ale przy końcu maratonu wynosiła ona już 26, a jednak wiele zawodniczek pobiegło tam na miarę swoich możliwości, ewentualnie niewiele słabiej od życiówek

Wyjaśnienie tej zagadki da nam prawdopodobnie przeanalizowanie jak wyglądała kwestia wilgotności powietrza.

Wilgotność 94%

Zazwyczaj, jeżeli po nocy jest wysoka wilgotność, to w trakcie dnia, wraz z ogrzewaniem się powietrza i wysychaniem powierzchni (trawy, asfaltu) wilgotność spada. Zazwyczaj jako wskaźnik podaje się tak zwaną wilgotność względną. Na przykład 27 sierpnia, czyli w dosyć upalną sobotę w Warszawie było o 9:00 rano 20 stopni i 64% wilgotności, a w południe 27 stopni i już tylko 38%.  Drugim wskaźnikiem pokazującym wilgotność jest tak zwany punkt skraplania rosy, czyli jaka musi być temperatura powierzchni na której samoistnie zacznie skraplać się rosa.

Im powietrze bardziej suche tym mniej dokuczliwie odczuwamy wysoką temperaturę. Im bardziej wilgotne tym jest nam trudniej, zwłaszcza jeśli wykonujemy jakąś fizyczną pracę, jest się nam po prostu trudniej pocić, a pocenie się jest konieczne do termoregulacji naszego organizmu.

temperaturawilgotnoscrio

W dniu maratonu mężczyzn do 10 km padał jeszcze deszcz. Temperatura była jednak relatywnie wysoka (22-23 stopnie) i następowało bardzo mocne parowanie.  Potem przestał padać, ale przez cały czas trwania maratonu wilgotność powietrza nie spadła poniżej 94% ! Punkt skraplania rosy był tylko o jeden stopień niżej niż temperatura powietrze. W trakcie maratonu kobiet, tydzień wcześniej, w momencie kiedy temperatura wzrosłą do 25 stopni wilgotność wynosiła tylko 65% a punkt skraplania rosy był aż o 7 stopni niżej.

riowoda

Wysoka wilgotność względna nie tylko utrudnia pocenie się ale i oddychanie. Można być pewnym, że dla wielu zawodników, był to przysłowiowy gwóźdź do trumny. Tempo, które w normalnych warunkach byłoby dla nich akceptowalne a dla innych nawet zbyt łatwe, okazywało się dla nich zbyt wymagające.

Nawet kiedy w 2012 roku Henryk Szost bił Rekord Polski wpadając na metę w deszczu wilgotność powietrza była wtedy znacznie niższa (50-60%) bo w Otsu było wtedy znacznie chłodniej (8-9 stopni).

Można się zastanawiać jak to się stało, że ta wilgotność nie przeszkodziła jakoś znacząco Kipchoge, Lelisie i Ruppowi?

Nie dowiemy się tego być może nigdy. Ale Rupp razem z całą reprezentacją amerykańską przygotowywany był na różne trudne warunki pogodowe i prawdopodobnie taki scenariusz brany był pod uwagę. Jeżeli przyjrzycie się drugiemu z Amerykanów, Jaredowi Wardowi, to spośród zawodników pierwszej 50ki w Rio, poprawił swoją życiówkę o ponad 1%, czyli w największym stopniu ze wszystkich zawodników (razem z Muminem Galą z Djibutti i Khetą Ramem z Indonezji). Keflezighiego trudno analizować, bo wielokrotnie zatrzymywał się ze względu na skurcze. Ale trzeba przyznać, że Amerykanie byli na pewno świetnie przygotowani, także wśród kobiet trzy z ich zawodniczek znalazły się w pierwszej dziewiątce.

Kipchoge przygotowywał się w Kenii, tam gdzie zawsze ale widać, jego organizm radzi sobie z dużą wilgotnością. Dwóch z trzech medalistów przez dużą część dystansu biegło w czapkach i regularnie piło (bardziej regularnie niż np Berhanu). Nie wiem czy to jest jakieś wytłumaczenie ale może ktoś coś wymyśli.

riopicie

PS

Z tego co wiemy, polscy maratończycy chcieli przygotowywać się w leżącym nad Zatoką Meksykańską Houston, gdzie wg ich informacji mieliby możliwości zreplikowania warunków pogodowych jakie czekają ich w Rio. Pamiętajmy jednak, że obecnie w Rio jest zima. Czyli generalnie chłodniej ale dużo opadów, bardzo wilgotno. Żeby letnie obecnie Houston przypominało Rio, trzeba by biegać pewnie tuż przed świtem. To nie niemożliwe, ale nie takie oczywiste. Z naszych informacji PZLA nie wyraziło jednak na to zgody a kiedy w końcu wyraziło to z warunkiem, że muszą wrócić na ślubowanie (choć Jared chyba z Etiopii nie wracał). Nie doszukujemy się tutaj jakichś argumentów mających tłumaczyć naszych maratończyków ze słabego występu, staramy się tylko pokazać całość obrazu przygotowań.

Redakcja Bieganie
Redakcja Bieganie.pl