Teraz jest Cz, 12 grudnia 2019, 23:20

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 155 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 7, 8, 9, 10, 11
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: kkkrzysiek - 35/35
Nowy postNapisane: N, 22 września 2019, 18:38 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach

Dołączył(a): So, 18 lutego 2017, 10:29
Posty: 905
22.09.2019 - niedziela
9. Białystok Biega
No to wykrakałem. Rano nos zawalony, w głowie bomba. Ale gardło nie boli, więc jednak ze startu nie rezygnuję. Cel czasowy traci trochę sens, bo w sumie nie wiadomo czy ukończę.

Temperatura - 10-12 stopni, ideał. Wiatr? Zachodni, raczej umiarkowany, z mocniejszymi porywami, ale wszystko do udźwignięcia, warunki bardzo dobre.

Wyzwania? Dwa podbiegi po ok. 1 km długości i po ok. 20 m w górę. I stan przedchorobowy.

Mówiłem, że muszę się dobrze ustawić. No mówiłem. I gówno z tego wyszło. Znowu byłem za daleko, może nie straciłem 10 czy więcej sekund, ale kilka na pewno. Pierwszy kilometr lekko z górki, ~3:32, może być. Ale czołówka już uciekła (5-6 osób), czołówka kobiet też (3 kobiety i 2-3 facetów), trzecia grupka też przede mną z wyraźną przewagą. No nic, próbuję powoli dochodzić tę grupę, gdzieś na 1,3-1,5 km jestem na jej końcu, choć wcale nie przyspieszałem. Biegnę chwilę i czuję, że coś panowie zwalniają (jest nas razem 7 lub 8). No wiem, że lekko czuć boczny wiatr, ale bez jaj. W grupie rozpoznaję 5 osób, o 4 wiem, że są ode mnie szybsi. Jeden wolniejszy, ale nie ma przepaści między nami. W pewnym momencie prawie wpadłem w zawodnika biegnącego tuż przede mną (ja trzymałem tempo, nie przyspieszałem), postanawiam przesunąć się do przodu. Obiegam po zewnętrznej, po chwili już mam kilka metrów przewagi, dziwię się, że szybsi nie próbują się podczepić. A zaraz zacznie się podbieg i będzie pod wiatr. Co robić? Jednak zwolnić i przyczaić się na końcu grupy, czy zaryzykować? Przede mną widzę czołówkę kobiet, blisko nich kilku mężczyzn. A chuj, lecę sam, najwyżej mnie poskłada. Drugi kilometr się kończy, znowu 3:31-2. Ulica Legionowa i zaczyna się zabawa. Tutaj zwalniam, 3:40, pojawia się cięższy oddech. Czołówka kobiet się dzieli. Mijam plac uniwersytecki, jeszcze kawałek podbiegu i będzie wypłaszczenie, agrafka i dalej będzie trochę odpoczynku. 4. kilometr znowu w 3:40. Już wiem, że z 35 nici. Za dużo mnie kosztował ten podbieg, a czeka mnie jeszcze powtórka na 7-8 km. Po agrafce kontroluję sytuację - moja przewaga nad grupką jest w miarę stabilna ale to raptem kilka sekund, chyba grupa powoli zaczyna się rwać - najmocniejsza trójka wychodzi na jej czoło, robią już chyba nawet jakąś przerwę. Zbieg, 5 km, ok. 18, dalej zbieg, przyspieszam, bo jeśli gdzieś mam spróbować nadrobić, to właśnie tutaj. Szósty kilometr wpada w 3:23, ale w nogach nie ma luzu, oj nie, wiem, że na finiszu to ja dzisiaj nie poszaleję. Punkt z wodą, próbuję wziąć łyczka, słabo mi to wychodzi, polewam głowę, bo jakoś ciepło się zrobiło (złudzenie, wciąż było bardzo przyjemnie, Słońce prawie cały czas za chmurami). Zaczyna się siódmy kilometr i seria niefortunnych zdarzeń. 3:40, 3:37. Co jest? Zabrakło paliwa? Podbieg pod Świętojańską taki straszny? No nie do końca. Paliwo było, może aż za dużo. Podbieg jak podbieg, wiedziałem, że tam zwolnię. Przy lodowisku znowu miałem przyspieszyć, ale się nie dało. No to biegnę tym nieszczęsnym 3:40. I wtedy tracę pozycję. Szybko różnica rośnie do 10 m, agrafka. Za agrafką jest już tylko w dół, mówię sobie (nie do końca prawda, ale cii), jak nie teraz przyspieszyć, to kiedy? Przyspieszyłem, wyrównałem, biegliśmy tak razem przez blisko kilometr, ale jebany garmin znowu odpikał kilometr w 3:40. Ktoś mnie chyba oszukuje. Teraz już ostatni kilometr i już naprawdę tylko w dół. Przyspieszam, naprawdę przyspieszam, nie tylko w wyobraźni, spoglądam na zegarek. 3:25. Ooo, może nie będzie aż tak źle. 10 km. Kurwa, gdzie meta? Jeszcze 100 m? No biegnę, chyba nawet jeszcze przyspieszam. Tylko rywal przyspiesza szybciej i różnica rośnie. Koniec. 35:54 na tablicy. Jeszcze chwila i stopuję zegarek. Strydzie, cóżeś mi uczynił? Jak mogłeś się tak pomylić na ostatnich 5 kilometrach? Rozwiązanie tej zagadki jest banalnie proste - Stryd dzisiaj strajkował, nie połączył się z Garminem i cały bieg był na dystansie z GPSa. Do 5 km wyglądało to spoko, różnica w metrach minimalna, później trochę więcej zaczął dokładać, czego nie byłem świadomy bo nie zwracałem uwagi na flagi z kilometrami i że pojawia się rozjazd. Czas brutto, netto powinno być kilka sekund szybciej, bo na początku coś straciłem, ale bez szału, pewnie coś ok. 35:50.

Widziałem międzyczasy na 3. i 5. kilometrze i wiem, że moja samotna szarża pod pierwszy podbieg nie miała sensu, miałem może 6 sekund przewagi, na 5. km może 10, trzeba było wieźć się na końcu grupy do wypłaszczenia albo nawet agrafki i dopiero wtedy przyspieszyć. Efekt byłby pewnie ten sam, a może byłaby szansa na bieg w jakiejś grupce do drugiego podbiegu. Ech, po biegu każdy mądry.

15. miejsce open. Czas 35:54. Z jednej strony niedosyt - powinno być lepiej. Wyraźnie czułem brak świeżości, ale ta ma przyjść za 7 tygodni. Z drugiej strony - nie jest źle. Pokonałem kilku zawodników, od których w bezpośredniej walce zazwyczaj dostawałem lanie. W nagrodę/za karę poszedłem na wegańskiego kebaba, żeby jeszcze podbić zapas paliwa.

_________________
Blog - nieczynne z powodu że zamknięte (biegam, ale nie chce mi się pisać)
Komentarze


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: kkkrzysiek - 35/35
Nowy postNapisane: N, 29 września 2019, 15:25 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach

Dołączył(a): So, 18 lutego 2017, 10:29
Posty: 905
Podsumowanie tygodnia - 22.09.2019 - 28.09.2019
Rozczarowujący start na 10 km
~6 km (20 min) I
~5,57 km (20 min) P
800 m R
12 przebieżek

Razem 86,9 km.

Akcenty
25.09.2019 - środa
10x(2' I / 1' p). Założenie było - 10 powtórzeń, ale uważałem, że 11 mogłoby jednak wpaść. Opcjonalnie kolejne, jakby nie było źle. 10 zrobiłem, na 11. poczułem kłucie w lewej dwójce i po ok. 200 m zwalniam. W truchcie nie kłuje, ale już nie przyspieszam. Po 9. powtórzeniu dość mocno się wentylowałem. Założenie było proste - w te 2' miało wejść min. 600 m. Na ostatnim torze łatwe do zmierzenia - 450 m + 150 m. Większość powtórzeń wchodziła ładnych kilkanaście metrów dalej, więc było nawet odrobinę szybciej.

Dystans odcinka | czas odcinka | tempo odcinka | średni puls | maks. puls
0,61 km 2:00 3:16/km 153 157
0,61 km 2:00 3:18/km 155 161
0,62 km 2:00 3:13/km 152 161
0,61 km 2:00 3:16/km 152 159
0,62 km 2:00 3:14/km 152 161
0,63 km 2:00 3:11/km 153 161
0,61 km 2:00 3:16/km 153 161
0,61 km 2:00 3:16/km 152 160
0,62 km 2:00 3:13/km 152 159
0,60 km 2:00 3:19/km 151 159

Przed rozgrzewka, po schłodzenie. Razem 12,02 km.

26.09.2019 - czwartek
20' P + 4x(200m R/200 p). Założenie dość proste - powtórzyć trening sprzed 2 tygodni. Miałem szczęście, bo wcześniej były jakieś zawody i pierwszy tor wciąż był normalnie dostępny i postanowiłem to wykorzystać. Celem było zrobienie ok. 14 okrążeń w te 20 minut. Było dość wietrznie, ale dość dobrze znosiłem podmuchy w twarz. Ostatecznie do pełnych 14 okrążeń zabrakło ok. 30 metrów. Ale kilka razy musiałem wyprzedzać na zakrętach, więc kilka metrów nadłożyłem. Po tym łyk wody i ok. 4 minut truchtu. A na deser szybsze dwusetki. Odpowiednio po:
33,5
32,3
31,8
32,3

Razem 12,62 km.

_________________
Blog - nieczynne z powodu że zamknięte (biegam, ale nie chce mi się pisać)
Komentarze


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: kkkrzysiek - 35/35
Nowy postNapisane: N, 6 października 2019, 11:40 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach

Dołączył(a): So, 18 lutego 2017, 10:29
Posty: 905
Podsumowanie tygodnia - 29.09.2019 - 5.10.2019
7 km I
6,4 km P
800 m R
12 przebieżek
Fizjo.

Razem 87,1 km.

2.10.2019 - środa
7x(1 km I/3' p). Ciężko się biegło te kilometrówki, oj ciężko.
3:20
3:19
3:18
3:20
3:20
3:21
3:19

Przerwa w marszu/truchcie, ale raczej w marszu.

Razem 11,9 km.

3.10.2019 - czwartek
2x(3,2 km P/2' p) + 4x(200 m R/200 m p). Też ciężko. Może odrobinę lepiej, ale wciąż bez szału.

Pierwsze 3,2 km w 11:28, drugie w 11:24, czyli tempo 3:35 i 3:34. Tempo się zgadza, ale jakoś nie byłem zadowolony z tego biegu.

Dwusetki kolejno w:
35,0
33,9
34,5
31,5

I znowu, niby dwusetki weszły, ale jakoś nie bardzo czułem prędkość, stąd pierwsze trzy stosunkowo wolno, ostatnia za to dużo szybciej.

Razem 11,9 km.

_________________
Blog - nieczynne z powodu że zamknięte (biegam, ale nie chce mi się pisać)
Komentarze


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: kkkrzysiek - 35/35
Nowy postNapisane: Cz, 7 listopada 2019, 20:07 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach

Dołączył(a): So, 18 lutego 2017, 10:29
Posty: 905
Minęło prawie 5 tygodni. Nie chce mi się opisywać wszystkiego szczegółowo - generalnie szło w miarę zgodnie z planem. Akcenty robiłem, choć zauważyłem, że 6. tydzień III fazy to już była jazda na krawędzi i chyba więcej już tak długiej fazy interwałów sobie nie zaaplikuję.

W związku z tym IV faza (4 tygodnie u mnie) wyglądała tak - najpierw pierwszy tydzień z tabelki Danielsa - niedziela 30'M + 5'P + 30'M, czwartek 2x(10'P/1'p) + 60'BS + 2x(10'P/1'p). A reszta to już trzy ostatnie tygodnie. Czyli luzowanie. Z mocniejszych treningów to było właściwie tylko 60'M (zastępczo pobiegłem bieg godzinny - 15,98 km netto, trochę szybciej niż tempo M, ale było na stadionie i bardzo równo to poprowadziłem - większość kółek po 90-91 sekund i liczę, że zregeneruję), do tego lżejsze akcenty. Trochę nieszczęśliwie się złożyło, że jakieś choróbsko przez tydzień po biegu godzinnym lekko męczyło, ale wypadł tylko jeden trening. Wiem, że ryzykowałem, wciąż nie wiem czy dobrze zrobiłem, ale teraz chyba jest już dobrze, osłabienia nie czuję. Stwierdziłem, że albo mnie rozłoży i kolejny raz rezygnuję ze startu głównego, albo to tylko przeziębienie i samo przejdzie, niezależnie czy będę biegał czy nie.

Start w niedzielę w Kościanie. Cel - życiówka. Nieważne o ile. Ma być.


Co mogło pójść lepiej
Waga - niby jest <70, ale mogło być zdecydowanie lepiej. Tutaj wciąż mam rezerwę.
Dieta - generalnie jadłem dobrze, ale zdecydowanie za dużo słodyczy i parę razy jadłem fast foody, co nie nie pomogło.
Alkohol - wszystko jest dla ludzi, ale wiem, że wynikowo byłoby lepiej, gdybym wyciął alko zupełnie, ale jakoś letnie upały zachęcały do piwka, dwóch po niektórych treningach.

Jakieś wnioski
Chyba jestem za stary na 15 tygodni cyklu przygotowawczego do połówki, nie mówiąc już o 18. Do kolejnego startu będę raczej próbował przygotować się w 12-14 tygodni.
Jakiś czas temu się przeprowadziłem, ścieżki leśne zamieniłem na głównie asfalt i niestety moje bieganie na tym ucierpiało.
Mam wrażenie, że tylko dzięki dość regularnym wizytom u fizjo wytrzymałem przesiadkę na asfalt bez drastycznej redukcji objętości.
Altra Escalante to fajny but, ale łydki dostają w nich w kość mocniej niż w Saucony Type A, choć mięsa pod piętą więcej.
Chcę pobiegać przełaje, więc pewnie zimą spróbuję zaliczyć kilka gościnnych startów w City Trail w Olsztynie lub Warszawie.
Wczesną wiosną jako cel stawiam półmaraton, ale później chyba pocisnę plan na dychę i spróbuję zaatakować <35.
Głupio zrobiłem, że przed dychą we wrześniu nie luzowałem, była szansa na lepszy wynik, gdyby nogi były świeższe.
Chyba pora poszukać czegoś, co wesprze regenerację po mocnych treningach. Jeśli ktoś czyta i potrafi coś polecić, doradzić, chętnie poczytam, co inni stosują/polecają.
Buty - uwielbiam Freedom Iso. Nie cierpię NB Zante (v3) - mam je prawie dwa lata i zrobiłem w nich ~600 km.
Optyczny pomiar tętna jesienią (przynajmniej u mnie) jest słaby.


Jak widać, z regularnym pisaniem znowu się popsuło. Kolejne wpisy pewnie będą się pojawiać, ale raczej sporadycznie i nieregularnie. Dziękuję za uwagę.

_________________
Blog - nieczynne z powodu że zamknięte (biegam, ale nie chce mi się pisać)
Komentarze


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: kkkrzysiek - 35/35
Nowy postNapisane: Wt, 12 listopada 2019, 21:49 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach

Dołączył(a): So, 18 lutego 2017, 10:29
Posty: 905
10.11.2019 - XV Międzynarodowy Kościański Półmaraton

Do Poznania pojechałem w piątek. Na trasie zaplanowałem sobie jeden postój i to był lekki błąd. Kilka godzin za kółkiem wymęczyło moje plecy, ale jak już miałem mniej niż godzinę do celu, to nie chciało mi się drugi raz stawać, żeby się tylko rozruszać, a chyba jednak powinienem. Po przyjeździe trochę się przeszedłem, coś zjadłem i właściwie tyle. W sobotę zjadłem lekkie śniadanie, za szybko po śniadaniu wyszedłem na rozruch i właściwie cały czas biegło mi się kiepsko, śniadanie zdecydowanie zalegało. Po rozruchu szybki prysznic, chwila odpoczynku i poszedłem pochodzić, bo się nudziłem, zjadłem też obiad. Zaczęło padać, trochę zmokłem, ale się tym nie przejąłem. Wróciłem. Cały czas było nudno. Znowu poszedłem połazić. W końcu wróciłem taksówką, bo zobaczyłem, że mam > 20k kroków nastukane, a miałem jeszcze kawał do przejścia. Na kolację sushi - właściwie to już mój mały rytuał przedstartowy - trochę się znowu ponudziłem, któryś raz z kolei sprawdziłem czy mam strój startowy gotowy (i czy jestem gotowy na kilka wariantów pogodowych, bo kto wie, może nagle spadnie temperatura i trzeba będzie biec na długo). Spać. Pobudka o normalnej porze, lekkie śniadanie. Wyjazd do Kościana, byłem tam przed 10 (za wcześnie, ale wolałem być godzinę za wcześnie niż 5 minut za późno), udało się zaparkować bardzo blisko biura zawodów. Wysiadam i dźwięki jakbym trafił na jakiś wiejski festyn (nie disco polo, ale rodzinna? kapela grała szlagiery). Trochę przaśnie, ale tak naprawdę dość pozytywne zaskoczenie i dzięki temu był jakiś koloryt. Pakiet odebrany, więc trzeba było już tylko czekać na start. Starałem się już nie chodzić za dużo, ale i tak energia mnie roznosiła i trudno mi było usiedzieć na miejscu i trochę pochodziłem. W końcu jest, pora na rozgrzewkę. Strój startowy, na to dresik, bluza z długim rękawem, wiatrówka. Generalnie ubrany byłem bardziej jak na zimowy trening, a wiele osób chodziło na krótko ponad godzinę przed startem. No nic, ja starałem się jak najdłużej trzymać długie łaszki. Ok. 20 minut przed godziną zero zdjąłem wiatrówkę i spodnie. Jeszcze robiłem jakieś ostatnie ćwiczenia. Ok. 10 minut przed zdjąłem bluzę i udałem się na miejsce startu. Tam już starałem się lekko pobudzać, utrzymywać ciepłotę mięśni.

Stanąłem kilka metrów za bramą startową, wydawało mi się, że będę w dobrym miejscu, w końcu mogłem liczyć na pierwszą 50., więc uznałem, że 4-5 szereg to miejsce gdzie spokojnie mogę stanąć. Im bliżej startu, tym niestety więcej osób przede mną. Już nie chciało mi się przepychać do przodu, nawet pomimo tego, że widziałem zdecydowanie źle ustawione osoby. No nic, start będzie lekko nerwowy, ale da się przeżyć.

Początek, oczywiście nerwówka, kilka osób obok mnie miało dokładnie ten sam problem co ja, ale w sumie dość sprawnie przecisnęliśmy się do przodu, kilka mocnych słów padło w tym ścisku, ale nie dziwię się, sam zresztą raz zakląłem dość głośno. Po ok. 400-500 m już było dość luźno - czołówka uciekła, mi udało sie dołączyć do grupki, którą tworzyły trzy panie (zdaje się, że w tym momencie to były zawodniczki 5-7) i kilku facetów. Niektórzy dość mocno sapali, po ok. 2 km było nas już tylko 6 lub 7 osób (3 panie, ja i jeszcze dwójka). Powoli łykaliśmy kolejnych zawodników, którzy przecenili swoje siły na początku, my lecieliśmy raczej równo.

Z każdym kilometrem dwie panie słabły, oddychały coraz głębiej i to była kwestia czasu, kiedy zaczną odpadać. Na przedzie naszej grupy za to pracowała jedna Białorusinka (kojarzyłem ją, bo biegała kilka razy w Białymstoku i okolicach), ok. 5 km chyba tylko ja i jeszcze 2 kolejnych facetów dotrzymywaliśmy jej kroku, ale chwilę później odeszła na kilka metrów, ja też się lekko urwałem pozostałej dwójce i biegliśmy tak dłuższy czas. Dystans się ciągle powiększał, kolejne zakręty, w końcu momentami przestałem widzieć ludzi przede mną. Gdzieś tutaj zaczęli pojawiać się uczestnicy biegu towarzyszącego, w pewnym momencie zgłupiałem - widzę przed sobą uczestników innego biegu, przed sobą zielone flagi cocodrillo sugerujące mi, że jestem na trasie innego biegu (wcześniej kursy się rozeszły i nie wiedziałem, że znowu się łączą) i stanąłem. Rozglądam się dookoła siebie, pytam jakiegoś człowieka czy jestem na dobrej trasie, on nie odpowiada tylko każe mi biec (dziękuję mu za to). Nie myślę już o tym, po prostu ruszam znowu i biegnę, jak się okazało po dobrej trasie. Niewiele później był punkt z wodą, chwytam kubek, ale mam pecha, bo okazuje się pusty. Ale jest szansa na drugi, teraz mam więcej szczęścia, wypełniony płynem gdzieś do połowy. Formuję dziubek, próbuję pić, przełykam, dziwny smak, biorę kolejny łyk i dochodzi do mnie, że to izo, wypluwam resztę i jestem zły. Nie mija 5 minut i czuję, że coś mi zaczyna uciskać pod żebrami. Pewnie to tylko przypadek i izo nie miał tu nic do rzeczy, ale trochę zwalniam, ucisk jest na tyle przytłumiony, że mogę kontynuować bieg we wciąż dość mocnym tempie.

Mija ok. 50 minut biegu, będzie zaraz ostatnia pora na żel. Próbuję to rozważyć - za przemawia to, że w tym roku za każdym razem na połówce brałem żel i po prostu jestem do tego przyzwyczajony. Przeciw - punkt z wodą będzie ok. 15 km, czyli jeszcze kawałek, nie czuję spadku mocy, obawiam się, że kolka wróci mocniejsza. Ostatecznie żel zostaje do końca w kieszeni.

Przede mną zaczynają znowu pojawiać się zawodnicy z połówki. Obieram nowy cel - zmniejszać dystans, może uda się kogoś dojść. Na ok. 19. km faktycznie dochodzę, ale równocześnie przy mnie pojawiają się dwaj biegacze, których pożegnałem gdzieś po 5 kilometrze. Trochę się tasujemy, raz ja jestem z przodu, raz oni, w końcu ja trochę szarpię, uciekam na kilka metrów, nie widzę już ich cieni, choć jeszcze słyszę kroki, ale dystans wydaje się znowu w miarę bezpieczny. Nie na długo, kolejny kontratak, tym razem tylko jeden zawodni, przez jakiś czas biegniemy razem, ale w końcu tracę dystans i do mety dobiegam jakieś 10 sekund później.



Choroba/osłabienie w tygodniu po biegu godzinnym miały jakiś wpływ - nie tyle obniżyły poziom, co nie pozwoliły na ostateczne podbicie formy na maksa w dniu startu.
Bez sensu natłukłem kilometrów dzień przed startem, dodatkowo w deszczu i ryzykowałem przeziębienie. Czysta głupota.
Wydaje mi się, że cykl treningowy mógł być jednak za długi.
Znowu, podobnie jak we wrześniu, już na początku straciłem kilka sekund. Nawet nie te sekundy są najważniejsze, a pewna nerwowość, która pojawiła się na początku i trochę szarpanego tempa.
Kiedy się lekko pogubiłem i stanąłem, to jednak straciłem zapał, po ponownym ruszeniu już jednak biegłem minimalnie wolniej, chyba lekko straciłem wiarę w pełen sukces, a jak pojawiły się sygnały kolki to nawet nie walczyłem o utrzymanie tempa, a o komfort biegu.

Wynik ambiwalentny. Jest życiówka, jest <1:19, przyzwoicie. Ale wiem, że mogło być lepiej, gdyby nie kilka prostych błędów. Może nie byłoby <1:18, ale <1:18:30 było w zasięgu, gdyby te kilka szczegółów z ostatnich dwóch dni lepiej zagrało.

_________________
Blog - nieczynne z powodu że zamknięte (biegam, ale nie chce mi się pisać)
Komentarze


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 155 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 7, 8, 9, 10, 11

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: MSN [Bot] i 12 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL