Czas podobno leczy rany. Przynajmniej w moim przypadku jest to dosłowne i prawdziwe. Myślę, że powolutku mogę zacząć bezpiecznie wracać do swojego stylu życia z przed kontuzji. Dwa tygodnie temu udało mi się przedreptać pierwszy kilometr, kilka dni później, przedreptałam już trzy. Po kolejnych kilku dniach... a właśnie.
Kolejna sobota i kolejny raz jestem wpisana w grafik na parkrunie. Znów pewnie podrepczę sobie na końcu. Jak nic będzie to spacer, ponieważ dla niepełnosprawnych ludków, nawet wolne przejście 5km jest wyzwaniem, ale chwała im za to, że im się chce ruszyć i podejmują wyzwanie. Jeśli za mocno nie zmarznę, to może spróbuję po całej imprezie sama przetruchtać ten dystans we własnym, ślimaczym tempie. Może uda mi się tym razem pokonać 4km.
Wstałam rano, ubrałam biegowe ciuchy. Wyglądałam trochę jak na trzaskający mróz, ale podczas spaceru jest chłodno, najwyżej jeśli będzie mi za ciepło, zdejmę jedną warstwę tego co na siebie wciągnęłam.
Na niebie ciągnie się jeden wielki, ciemny babol. Te chmury wyglądają podejrzanie.
Kiedy wychodziłam z domu porządnie padało. Gdybym nie była wpisana w grafik, nigdzie bym się nie ruszyła. Przecież to trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby w taki deszcz iść na spacer, a tym bardziej biegać. Pomyślałam sobie, że pewnie nikt nie przyjdzie na parkrun.
Ponieważ do trasy biegu mam spory kawałek od domu, dojeżdżam samochodem. Kiedy się zbliżałam do parku, zauważyłam uwijających się ze sprzętem organizatorów parkrunu. Zaparkowałam i czekam. Nadal pada niemiłosiernie.
Po chwili widzę, że w stojących obok autach jest więcej takich osób jak ja. Wreszcie pierwsze drzwi się otwierają, po nich kolejne i ... park zaczyna wypełniać się biegaczami.
Oooo, widzę, że to szaleństwo jednak jest bardziej powszechne niż mi się wydawało. Taki deszcz, a im się chce biegać, nawet jacyś debiutanci się znaleźli.

Brakło tylko ... osób specjalnej troski. Nie będzie spaceru, będzie bieg. Serce zaczyna mi mocniej walić, boję się, że nie dam rady, nie nadążę za nimi. Pewnie przyszli sami "starzy wyjadacze". MUSZĘ sobie jakoś dać radę. Przyznam szczerze, że po tej kontuzji zaczął mnie ogarniać strach przed bieganiem. Ile razy próbowałam, za każdym razem bolało i to porządnie.
Ruszamy, trudno.
Spojrzałam tylko wokoło, czy wszyscy znaleźli się już na trasie, czy trzeba na kogoś zaczekać. Powolutku potruchtałam do przodu.
3km dam radę, a co dalej? Czuję się jak totalny świeżak.
Spojrzałam na zegarek. Tempo oscyluje w granicach 8:20. To wolniej niż biegłam ostatnio sama. Wtedy było bodajże 7:43. Dzisiejszy bieg, to bieg z tzw "zającami". Przyklejam się do osoby walczącej z czasem 40:00. Za mną nie ma już nikogo. Truchtam sobie obok, ma okazję do pogadania i podopingowania osóbki toczącej bój ze zmęczeniem i samym sobą.
Matko kochana, jak mi dobrze. Czuję te nieszczęsne przyczepy mięśniowe, one nie chcą o sobie dać zapomnieć, ale jest to w miarę do zniesienia, nie jest najgorzej. To tempo jest dla mnie idealne, w sam raz, żeby nie zrobić sobie krzywdy a i czerpać niesamowitą radochę z biegu.
No i przedreptałam całe 5km w tempie "błyskawicy" ( 41:20

Nie ważne tempo, nie ważny czas. Udało się, 5 km jest moje. Mam wrażenie, że od teraz będzie już tylko "z górki" a kryzys jest pokonany. Powolutku wracam na dawne tory. Może zacząć rozglądać się za jakąś fajną dyszką latem, tudzież wczesną jesienią?
Na razie jeszcze w tę sobotę znów obstawię tyły idąc w pomarańczowej kamizelce, ale od następnego razu - zasilę grupę najwolniejszych truchtaczy. To już postanowione.
Aaaa... na starcie w ten dzień razem ze mną stanęło 66 osób, a raczej 66 szaleńców
