Waga w piątek pokazała 83,7 kg czyli -0,8 kg w porównaniu do wagi sprzed tygodnia. Jednak ciąg życiowych zdarzeń spowodował, że ani w piątek ani przez cały weekend biegać nie poszedłem

. Wczoraj dodatkowo zapora na słodycze puściła

, wiedziałem, że jeżeli jeszcze dzisiaj nie wyjdę to moje biegowe - i nie tylko - morale znajdzie się niebezpiecznie blisko dna

. Więc wyszedłem, droga czarna, jeszcze tylko miejscami trochę błota pośniegowego. Paska od pulsometru nie mam, zresztą sam zegarek też jest pożyczony - mój jest - podobno - na Karaibach :uuusmiech: . Szkoda, bo ciekaw jestem na jakim tętnie dzisiaj biegłem. Pierwszy km dość spokojnie (5:26), następne już poniżej 5:20, do 10-go włącznie ("wpadły" nawet dwa poniżej 5:00). Ostatnie 3 km już mocno zwalniałem, żeby w 70' dotrzeć do miejsca startu: w okolicy drogi jeszcze mocno śliskie - przewróciłbym się przy tempie 6:43/km... Dobrze dostosowałem dzisiaj ubiór do pogody: tylko jedna warstwa na górę, to ma swoje przełożenie na komfort, a co za tym idzie tempo biegu... Jako że zacząłem ferie ... to od jutra trochę budowlanki (zaległej, bo poza jedną jeszcze robotą nowej brać na siebie nie zamierzam) i z bieganiem może być problem... Zobaczymy jak będzie...
13,19 km: 1:10:01; śr. 5:19/km; HR śr./max.: ?/?