sama nie wiem co napisać, bo tyle wrażeń, że książka by wyszła, a nie chcę przynudzać
sobota, 7 września
36 km wspaniałej przygody - biegu górskiego w Krynicy, po Beskidzie Sądeckim
a tak się bałam, że nie ukończę w limicie
a tu jeszcze 1,5 godziny w zapasie mi zostało
i wcale nie żyłowałam, ot tak, luźno, z nogi na nogę, pyk, pyk i jakoś poszło
i wcale mi się przez te 4 i prawie pół godziny nie nudziło
klimatycznie
przecudne widoki, ale to dopiero po jakiejś godzinie biegu
bo wcześniej było ciemno, ciemniutko
ale wtedy też wrażenie robił sznur ludzi z włączonymi czołówkami - taki ognisty wąż : ))) na początku zwarty, potem coraz to luźniejszy, : ))) pięęęknie

parę minut po 5tej byłam już gdzieś tam wysoko; ciemnogranatowe niebo, miliony gwiazd i widok w dolinę - a tam , przy horyzoncie, fioletowo purpurowe niebo - znak, że jeszcze trochę i zacznie świtać : )))
zimno mi było jak cholera - biegłam w 3 warstwach, rękawiczki + buff na głowie
dopiero po 7-8 kmie zdecydowałam się te rękawiczki ściągnąć
pod nogami szron, para z ust : )))
jak wbiegałam na Jaworzynę Krynicką - już jasno - wtedy pięknie odsłoniły się Tatry, Beskidy,
wierzchołki gór wyłaniały się znad gęstej mgły
kurcze, jak to pięknie wyglądało

wiele osób zatrzymywało się na zdjęcia, albo tylko popatrzeć
ja jedynie zerkałam na boki, bo nie biegam szybko i żal mi było minut, tym bardziej, że czułam się na prawdę wybornie : )))
na 22 km - punkt żywieniowy, czyli Hala Łabowska (czy jakoś tak : )) )
tam już zostałam w cienkiej koszulce bez rękawów; czołówkę zamieniłam na okulary przeciwsłoneczne, łyknęłam gorącej herbaty, napakowałam herbatników i rodzynek do kieszeni i ruszyłam dalej
widziałam, że większość się tam rozsiada, konsumuje kanapki przy ławkach - mi było szkoda czasu bo ciągle czułam się świetnie i bałam się, że jak wystygnę to zaczną tężeć mi mięśnie i dalej się nie ruszę
w sumie 2-3 minuty przerwy i w drogę
po drodze wcinałam herbatniki, rodzynki, popijałam muszyną
pogaduchy jak nie ze współbiegaczami to telefonicznie

ostatni telefon dzwonił do mnie na finiszu : ))) ale tego już, hahahah, nie odbierałam;
biegli pewien czas za mną tacy dwaj goście ... ale ryczeli ze śmiechu gdy po raz kolejny usłyszeli dzwonek
gdzieś na 28 kilometrze zaczęły mnie nieśmiało łapać kurcze w łydkach; wtedy zwalniałam, przechodziłam do marszu albo starałam się tak prowadzić nogi by jak najlepiej rozluźniać mięśnie łydek podczas wymachu; żadnego kryzysu na szczęście nie było;
ostatni ostry zbieg to masakra

kręta, skalisto-kamienisto-błotnista wąska ścieżka; dało mi to popalić : ))
w dół schodziłam a nie zbiegałam tylko w jednym miejscu - ale tam był na prawdę trudny fragment; na szczęście dość krótki
najtrudniejszy dla mnie odcinek to końcówka i nie dlatego, że człek zmęczony - ale tam był taki monotonny a-s-f-a-l-t-o-w-y

podbieg, jakieś 5 km;
tu spotkałam po drodze znajomego, z którym widuję się na Perłach Małopolski - biegł na 100 km, więc się nie spieszył - poholował mnie do mety i jakoś tam dotarłam

w całkiem niezłym, uważam, jak na moje skromne możliwości, czasie : ))))
czas netto 4:23:44
miejsce open 113/244;
K 7/47
już ogarnięta, wymasowana stanęłam na deptaku czekając na pierwszych prawdziwych ultrasów: Nemeth Csaba, potem Gediminas Grinius i jako trzeci Józek Pawlica
dwóch ostatnich poznałam już w maju, na zawodach w Ojcowskim Parku Narodowym - biegli Koniczynka Trail Marathon - Grinius również był pierwszy, Pawlica chyba drugi - obaj po przybyciu na metę wyglądali, jakby mogli tę setkę pyknąć jeszcze raz

Csaba sprawiał wrażenie bardziej zmęczonego, dość szybko się zmył, ale dłoń zdążyłam uścisnąć

po jakimś czasie na metę wbiegł Piotrek Szczupła Kość

a pod wieczór mój holownik - Madej, pozdrawiam

!!
Największą bohaterką dnia była dla mnie jednak Magda Łączak

niesamowita!!! i wcale nie padła na mecie - energia i radość rozpierały ją jeszcze dłuuugo
bardzo bardzo się cieszę, że mogłam uczestniczyć w tym wspaniałym święcie biegowym; jak będzie zdrowie - postaram się tu powrócić za rok
