10km po 3'52
nie dziś. nie ten czas, nie to miejsce, nie te warunki, nie ten ubiór. po prostu nic nie zagrało
w nocy złapał przymrozek. ale rano ładne słoneczko. wstałem, zjadłem śniadanko. kawka. później banan na spokojnie wszystko.
w planie pojechać na stawy stefańskiego. przyjemna pętla, 2.2km. dosyć płaska.
zajeżdżam na miejsce, a tam:
heh, i godzinka w plecy. powrót do domu i co tu zrobić. no nic, wyjdę na moją pętelkę osiedlową.
jedna prosta praktycznie cała w kałużach, przeciwległa cała w skorupie śnieżnej i topniejącym śniegu. z tym, że dało radę tę przeszkodę ominąć przebiegając na drugą stronę, licząc że będzie zielone światło na przejściu dla pieszych. ale na kałuże już nie było sposobu.
2km rozgrzewki, abc i rzeźbimy.
początek za mocny, ale wziąłem pod uwagę, że jest lekko z górki i dosyć sucho. następnie w miarę normalnie. pomiędzy drugim a trzecim km udało się przebiec na drugą stronę ale zaczęła mnie męczyć kolka. i to był główny problem dalszego biegania. następnie powrót na trasę i skakanie przez kałuże, które wybijało z rytmu. o dziwo też dosyć szybko mleczan zamiast się utylizować zaczął się odkładać i nogi zaczęły się robić ciężkie.
ok 5km zacząłem się gotować bo jak się okazało, za ciepło się ubrałem. miałem cienkie legginsy, długą termę i wydawało mi się, że cienką bluzę. która jednak okazałą się za gruba, bo przestało wiać.
w trakcie szóstego km złapała mnie kolka w wątrobie, barku, i szyi

z kolką w barku już miałem styczność, tak w szyi pierwszy raz.
odpikało 6km i stanąłem. zbyt uciążliwa była kolka. złapałem przez minutę oddechu i spróbowałem dalej. ale nie było sensu, bo dyskomfort pozostał.
po 7km skończyłem.
w końcu mi coś nie wyszło

jestem rozczarowany, nie ukrywam. pewnie mogłem to wszystko lepiej rozegrać, wyjść po obiedzie. ubrać się lżej. (problem w tym, że ja nie lubię marznąć, czuję straszny dyskomfort jak mi zimno) nawet wczoraj wieczorkiem pojadłem więcej. pełna porcja makaronu, jakaś bułeczka maślana. nawet kawałek tortu. a dziś rano na wadze 0,5 kg mniej.
teraz mogę gdybać, ale gdyby nie ta kolka to docierpiałbym z tym gotowaniem. plus taki, że nawet bólu utrzymanie tempa nie było jakąś dużą rzeźbą.
no nic, czasem nie wychodzi tak jak byśmy chcieli.