to co misie lubią najbardziej. samo mięsko

szczerze powiedziawszy, podchodziłem ze sporym respektem do tego treningu. mając w pamięci, że 4km było dosyć wymagające.
na początek 2km rozgrzewki. chciałem ją pobiec na spokojnie, na samopoczucie bez zbędnego patrzenia w zegarek. ale szybko się zrobiło ciężko, bo miałem na sobie długą termę, koszulkę, bluzę i wiatrówkę

abc w sumie zrobiłem dosyć ekonomicznie, bo o dziwo trochę mnie bolały czworogłowe. pare wymachów, parę skipów, trochę podskoków. 3x50m.
i tu podejmuję kluczową decyzję. zdejmuję wiatrówkę (i tak miałem ją zdjąć to main eventu) ale także bluzę. to był strzał w dychę, bo ustał wiaterek i pojawiło się słoneczko. na termometrze +/- 10 stopni.
pierwsze 2km na dogrzanie. tempo na styk, tętno nie mogło się ustabilizować. kolejne 3km już "luźno". mocno, stabilnie, równo. i tempo i tętno na tempomacie. wiadomo, jakiś skok tętna się pojawiał (czasem wiało pod jedną prostą, dodatkowo pełno rodzin z dziećmi na bieżni więc czasem mijanka) ale raczej bez większego sapania czy zdychania.
relatywnie najciężej poszedł ostatni kilometr. a to dlatego, że na 350m zaczęła mnie męczyć kolka. dwa koła do końca to był bieg z bólem. nie wiem czemu dosyć często mnie męczy kolka. mam wrażenie, że nie umiem oddychać. że zbyt płytko oddycham.
podsumowując: pierwszy raz biegłem taki ciągły. poszło dosyć przyjemnie i o dziwo - lekko. w pewnym momencie miałem uczucie, jakbym stracił siły w nogach. z drugiej strony nie było zalania mleczanem, jakiegoś ucinania nóg. pełna kontrola. wydolnościowo też było bardzo dobrze.
poszło o wiele lepiej niż przypuszczałem.