Dzień dobry.
Bez zbędnego roztrząsania.
Wstępnie plan zawierał tempo 3'50/km, lecz wczoraj Roland rozszerzył widełki od 3'50 do 3'55. Trzy pętle miały być spokojnie, czwarta miała być cięższą, preludium do walki o czas. A piąta to już na noże. (chyba, że coś źle zrozumiałem, to z góry przepraszam Rolli).
2km rozbiegania, lżejsza wersja abc, 3x60 które wchodziło od 3'00 do 2'40 dosyć swobodnie. Siku piciu i wio.
1km zdecydowanie za szybki. Pętla w 1'07 bodajże, szybka korekta. Druga w 2'30 to i tak za szybko. Ostatecznie zamykamy km w 3'49,6. Jest okej, aczkolwiek pojawił się strach, że nie wyczymie.
2km poszedł na względnym komforcie, bez większego pilnowania czasu. Oddechowo luzik, nogi luzik. Czas nieluzik. 3'54,3. Niby widełki ale 5sekund wolniej.
3km troszkę przyspieszam, staram się biec równo, od czasu do czasu zerkam na sikor, kontrola czasu i tętna. Robi się ciężej, tętno wchodzi powyżej 190. Lap, 3'47,9. Daje rade.
4km pojawiają się pierwsze oznako kryzysu, w trakcie biegu próbuje rozluźnić ręce, oddychać równomiernie. Bardzo duży krysys pojawił się na ostatnim kółku tego kilometra. 4 pętle do końca, pierwsze myśli żeby stanąć. Zostały trzy koła. Czas 3'46,5.
Podczas 5km zacząłem się czuć jak hrabia monte christo jak go wrzucali do rzeki. Jak bratanek, któremu ciotka każe dźwignąć walizy. BETON! wysiłek taki, że aż mnie dwojekcza zaczyna kręcić. Dwa do końca. Motywacja jak sebix "dajesz mordo!", oddech jak emerytka, która wygrała wyścig o wolne miejsce w tramwaju. Jedno do końca, już nie ma wyjścia. Zamykam oczy.100m. Łuk. Para w ruch. Mijam linie, lapuje.
od razu się kładę i liczę, że ktoś skróci moje meki. Leżę na brzuszku z 30 sek, przekręcam się na plecy i patrzę na czas. 18:57,5

5km ostatecznie dowieziony w 3'39,1
Samopoczucie po biegu o wiele lepsze niż po 3x1500 gdzie mi się rzygać chciało. Dosyć szybko się spionizowalem.
Co mogę powiedzieć. O ile wiedziałem, że 3'50/km jestem w stanie dowieźć, tak po cichu liczyłem, na 3'48/km.
Bardzo jestem niezadowolony z drugiego km, gdzie poluzowałem i zacząłem biec luźno. Aczkolwiek może gdybym tak nie zrobił, to nie dojechałbym.
Na chwilę obecną dochodzę do siebie, pobolewają mnie lędźwie i trochę achillesy.
Słówko należy się pogodzie, bo się spisała. Wczoraj wieczorem się rozpadało, rano były kałuże. 16stopni, lekki wiaterek. Bajka.
Garmin pokazał 4,98km, maks tętno 200.
Na dziś to był zdecydowanie mój maks.