Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Bieganie trailowe zimą - sprzętowe ABC

U-hu-ha, zima zła! Wreszcie nadchodzi... W poprzednim odcinku opisaliśmy, czym różni się bieganie zimą od biegania latem. Było o tym, jak dbać o zdrowie i o kwestiach bezpieczeństwa. Jedną z różnic stanowi też oczywiście ubranie, ale czy wszystkie letnie ciuchy lądują na pół roku w szafie? I czy warto kupować wszelkie produkty dedykowane zimie?

CZYTAJ RÓWNIEŻ: BIEGANIE TRAILOWE ZIMĄ - WPROWADZENIE

Oczywiście zimą ubieramy się cieplej, ale co to właściwie oznacza? Istnieje kilka ogólnych zasad, które pomogą nam dostosować ubranie do warunków.

Pierwsza jest zaczerpnięta z codziennego życia, czyli: ubieramy się „na cebulkę”. Oznacza to, że zawsze lepiej jest mieć więcej warstw cienkiego ubrania niż mniej warstw grubszego. Jest tak z dwóch powodów: po pierwsze, łatwiej nam wtedy zareagować, jeśli będzie nam za ciepło lub za zimno (to pierwsze zdarza się zdecydowanie częściej); po drugie, pamiętajmy, że to nie samo ubranie nas grzeje, ale ciepłe powietrze zgromadzone pomiędzy jego warstwami i ogrzane przez ciało. Dlatego też w wielu sytuacjach ciuchy „letnie” doskonale się sprawdzą – wystarczy założyć jedną lub dwie warstwy więcej.

Druga zasada to słynna reguła +10 stopni. Głosi ona, że jeżeli termometr wskazuje np. 5 stopni Celsjusza, to na bieganie powinniśmy się ubrać tak, jakby było 15 stopni. Wysiłek fizyczny powoduje bowiem wydzielanie znacznej ilości ciepła przez nasz organizm.

O dwóch kolejnych zasadach wspominałem już w pierwszej części artykułu. Musimy być też przygotowani na to, że nawet niedalekie wypady za miasto mogą zimą oznaczać zasadniczą „zmianę klimatu". Pamiętajmy również, że każdy i każda z nas nieco inaczej odczuwa chłód, a im zimniej, tym większe będą różnice między nami. Co więcej, różnice w odczuwaniu ciepła odnoszą się również do poszczególnych partii ciała. Na koniec bezwzględnie dbajmy o to, by po zakończonym treningu nie pozostawać na zimnie w wilgotnych ciuchach, ale jak najszybciej przebrać się w suche i ciepłe ubranie.

Znamy już ogólne zasady, a teraz zajmijmy się konkretnymi produktami, w jakie warto się zaopatrzyć na zimę, żeby biegało się nam bezpieczniej i bardziej komfortowo. 

Gacie i spodnie

Zacznijmy od pierwszej warstwy, najbliższej ciału. Nie ma powodu, dla którego mielibyśmy nie biegać w tych samych t-shirtach, co latem, niemniej podobnie jak w innych sportach zimowych warto zaopatrzyć się w przylegającą „bieliznę termiczną”, a więc koszulkę z krótkim rękawkiem oraz krótkie i długie legginsy. Firma Columbia oferuje bardzo dobre legginsy z technologią Omni-Heat. Pozwala ona zatrzymać ciepło blisko ciała, przy jednoczesnym odprowadzaniu wilgoci. Taka bielizna dobrze oddycha i grzeje, a materiał pozostaje lekki, cienki i wygodny w noszeniu. Na bieliźnie nie warto oszczędzać – materiał ma ciągły kontakt ze skórą i powinien być przyjemny. Ubranie nie może obcierać, podwijać się ani przekręcać.

Na krótką lub długą bieliznę zakładamy wierzchnie spodnie. Istnieją produkty, które sprawdzą się lepiej niż klasyczne długie legginsy biegowe, szczególnie jeśli biegamy w górach. Przykładem naprawdę świetnych spodni wierzchnich są Transalper 3 DST firmy Dynafit. Są wykonane z lekko rozciągliwego materiału, który zapewnia przede wszystkim dobrą oddychalność i wiatroszczelność. Dzięki powłoce DWR ochroni również przez wilgocią, choć mniej niż spodnie membranowe. Kto jednak biegał kiedyś w spodniach z membraną, ten wie że kosztem wodoodporności jest duża mniejsza oddychalność dająca wrażenie biegania w worku foliowym. Dynafit to uznana marka, specjalizująca się w sportach górskich i faktycznie, ich produkt doskonale sprawdził się podczas grudniowego biegania w Tatrach.

Dół garderoby mamy więc omówiony – zakładamy dobrze dobraną bieliznę, z długimi lub krótkimi nogawkami, a na nią wierzchnie spodnie. W mieście wystarczą długie legginsy biegowe, w górach warto pomyśleć o spodniach chroniących przed wiatrem i wilgocią.

Co zakładamy na górę?

Pierwszą warstwą będzie rzecz jasna zwykły t-shirt albo przylegająca koszulka. W szafie każdego biegacza znajdzie się odpowiednia na drugą warstwę koszulka z długim rękawem lub bluza – granica między jednym a drugim jest przedmiotem nieustannych sporów biegaczy, a szczególnie biegaczy z organizatorami (organizator: „W regulaminie jest wyraźnie napisane, że w wyposażeniu obowiązkowym znajduje się BLUZA”; uczestnik: „Ale to jest bluza! Tylko taka cienka…”; organizator: „to jest zwykła KOSZULKA z długim rękawem!!!” i afera gotowa).

W każdym razie ja bardzo lubię bluzy z lekko szorstkiego materiału o wyraźnej fakturze, np. New Balance Heat QTR Zip. Materiał jest dość gruby i zapewnia sporo ciepła, a jednocześnie świetnie oddycha. Pisząc ten artykuł sprawdziłem, że ta bluza została wykonana z materiału pozyskanego z recyklingu ziaren kawy – to by w sumie tłumaczyło, dlaczego tak bardzo przypadła mi do gustu…

Warstwa zewnętrzna – kurtka – jest najważniejsza. To od niej w dużej mierze zależy komfort naszego biegu. Wiosną i jesienią dość często korzystam z wodoodpornej kurtki membranowej, natomiast zimą częściej wybieram kurtkę przeciwwiatrową bez membrany. Wytłumaczę dlaczego: zimą rzadziej potrzebna jest nam bardzo duża ochrona przed wilgocią (głównie deszczem). Co więcej jak wiemy im większa wodoodporność, tym trudniej zachować dużą oddychalność, a ta właściwość jest bardzo istotna zimą.

Jak pisałem często podczas jednego biegu będziemy mieć do czynienia z zmienną pogodą i sporym zakresem temperatur. W zalesionej dolinie temperatura odczuwalna może oscylować w pobliżu zera, natomiast trzy godziny później i 1000 metrów wyżej, na odsłoniętej grani odczucie temperatury może różnić się nawet o kilkanaście stopni. W takich warunkach świetnie sprawuje się cienka wiatrówka ze szczelinami wentylacyjnymi, np. Columbia Montrail Rogue Runner, która dodatkowo ma powłokę DWR zabezpieczającą przed niewielkim opadem.

Jeśli jest naprawdę zimno, tzn. poniżej -10 stopni, to warto pomyśleć o grubszej warstwie zewnętrznej, jeśli nie ubieranej od razu, to spoczywającej w formie zabezpieczenia w plecaku. Doświadczeni turyści i biegacze górscy (przywołuję ich przykład, bo sam za takiego się nie uważam) często pakują do plecaka lekką puchówkę lub softshell, np. Columbia Cascade Ridge. W mieście tego rodzaju ubranie nie przyda nam się, chyba że zdecydujemy się biegać w naprawdę solidnym mrozie, np. przy -15 stopniach Celsjusza. W takich temperaturach pamiętajmy jednak o dodatkowym zabezpieczeniu twarzy grubą warstwą tłustego kremu bez wody w składzie.

Buty na zimę

Jeśli tylko nie ma dużego mrozu, a chodniki są czyste, to biegając w mieście zimą nie potrzebujemy innego obuwia niż to, w którym biegamy przez resztę roku, wystarczą cieplejsze skarpetki. Jeśli więc nie biegasz zimą w lesie, w górach czy po nieodśnieżonych ulicach/chodnikach, nie musisz nic kupować.

W przeciwnym wypadku polecam nieco inne obuwie w góry i do miasta. W górach przyda się niewątpliwie spory bieżnik, warto się również zabezpieczyć na wypadek śliskiej nawierzchni. Najlepiej poprawiają przyczepność raczki, ale np. nowy model Saucony Peregrine 8 ICE + ma specjalną podeszwę Vibram Arctic Grip, która poprawia przyczepność na śliskim podłożu. Peregrine to uznany model w trudny, górski teren, a w połączeniu z innowacyjną podeszwą zimową świetnie sprawdza się wysoko w górach zimą.

Do biegania po mieście po chodnikach zawalonych warstwą śniegu czy błota pośniegowego albo w nietrudnym terenie, jak park, polna droga czy las polecam buty trailowe z mniejszym bieżnikiem, ale za to z cholewką odporną na wilgoć. Uważam, że odpowiednie buty trailowe świetnie się sprawdzą w warunkach miejskich czy podmiejskich, kiedy podczas jednego biegu będziemy poruszać się zarówno po twardym, czystym podłożu, po miękkich drogach leśnych, a także w warunkach nieco trudniejszych, jak błoto czy śnieg. Uniwersalnym modelem, który sprosta temu zadaniu jest np. Columbia Montrail Bajada Winter.

Na plecach

Zimowy plecak niczym się nie różni od letniego. W treningach miejskich rzadko korzystamy z niego poza naprawdę długim wybieganiem. W górach – owszem, przydaje się częściej.

Ze względu na potrzebę spakowania cieplejszej warstwy ubrania przyda nam się nieco większy plecak, o pojemności ok. 10-12 litrów. Taki jest Dynafit Enduro. Z poprzedniej wersji tego plecaka korzystałem już kilka lat temu i pamiętam, ze był to jeden z najlepiej prezentujących się plecaków… i najgorzej sprawdzających się w praktyce. Na szczęście przez te kilka lat producent poprawił wady i teraz można ten plecak polecić bez cienia wątpliwości. Na uwagę zasługuje pojemna komora główna, w której bez trudu zmieści się grubsza kurtka (puchówka lub softshell). W tej komorze mamy dodatkową, całkowicie nieprzemakalną kieszeń na drobiazgi, które należy chronić przed zawilgoceniem, jak dokumenty czy klucze do samochodu. Pod pachami pozostawiono dwie dość spore kieszenie, w które zmieści się półlitrowy bidon czy… termos (rozwiązanie godne rozważenia zimą!). W kieszenie na szelkach wreszcie mieszczą się półlitrowe softflaski. Dopracowano system dopasowania plecaka – można regulować szelki, a także odpowiednio dopasować wysokość ich spięcia elastycznym sznurkiem. Dzięki tym poprawkom plecak nawet mocno obciążony sporem zapasem picia i grubych ciuchów dobrze trzyma się ciała i nie podskakuje podczas biegu.

Na koniec przypomnę jeszcze uwagę dotyczącą bezpieczeństwa. Biegając zimą w górach pamiętajmy o zabezpieczeniu ciepła dłoni. W plecaku zawsze powinno znaleźć się miejsce na ogrzewacze chemiczne. Dobrze sprawdzi się zestaw dwóch par rękawiczek – zewnętrzne, nieprzemakalne i wewnętrzne, z możliwością operowania ekranem dotykowym telefonu, np. Saucony Ultimate Tech-Touch, które posłużą również biegaczom miejskim. No i mają polarowe wykończenie zewnętrznej części kciuka, w sam raz na ocieranie gili z nosa!

 

Fot. Kuba Krause, materiały producentów