dwa główne cele zostały zrealizowane: nie być ostatnim i nie dać się zdublować.

nauczony ostatnimi doświadczeniami, ładowanie węgli polegało na zjedzeniu całej torebki ryżu zamiast pół wczoraj a także 100g makaronu zamiast 50 dzisiaj.
waga startowa wyszła 74,7
ostatnie trzy dni udało się w miarę wypocząć, średnio spałem po 8h.
dzisiaj od rana jakaś nerwówka, chyba się trochę stresowałem

śniadanko normalnie, później ok 11:30 dwie bułki maślane, bo się głodny zrobiłem. obiad chwila po 13. o 16 już na miejscu banan.
szybko łapiemy się z Matim i wychodzimy na rozruch. z 10-15 min truchtu, gadka szmatka i przechodzimy do abc.
jako, że ja lubię się spocić na rozgrzewce to rozbieganie i ogólnorozwojówka w dresie i bluzie.
dosyć szybko łapę ciepełko.
5min przed startem przebieram kolce. dwie, trzy przebieżki.
ale start się opóźnia, robi się zimno

weryfikacja, ustawienie wedle organizatora. mnie przypadło miejsce w drugim rzędzie na pierwszym torze. narzekać nie będę.
Roland nakreślił plan 42/43sek na 200m a po drugim kilometrze przyspieszyć

START!
każdy się rozbiega, ruszam spokojnie. przed biegem nawet się okazało, że jeden zawodnik też chce biec założonym tempem. myślę, fajnie, będzie się z kim ganiać.
ta.
biegnę za tym jegomościem, ale coś mi się nie zgadza. 200m otwieram w 45sek

nie dość, że gość mnie pociągnął 4sek za szybko, to dodatkowo zaczął mi odjeżdżać. i to tak fest. ale w sumie mnie to nie ruszyło, bo miałem lecieć swoje.
drugiego kilometra w sumie nie pamiętam. jako, że biegłem ze strydem to pilnowałem tylko aby tempo chwilowe nie spadało poniżej 3'35.
drugi kilometr lapuje w 3:31,5 a na oficjalnym zegarze jest równiutko 07:30. czyli wszystko zgodnie z planem. więc pozostało tylko przyspieszyć.
na trzecim kilometrze pomyślałem: Rolli kazał przyspieszyć a ja chce tylko przetrwać

-brawo, trzymaj się go
-oddychaj luźno!
-nie odpuszczaj!
ale w pewnym momencie popuściły im lejce i ok 300m (chyba, zresztą nieistotne) padł tekst:
- dawaj go, zobacz jak on już słabnie, cienki jest! (to o mnie, bo kolega zamiast się zmieniać to mnie gonił cały czas)
o nie, tak nie będzie.
i to ja mu w sumie odjechałem. ostatnie 200m starałem się finiszować "sprintersko" (jak to brzmi).
wpadam na metę, czas stop. ostatni kilometr w 3:20.9 a łączny czas na zegarku to 10:22,6.
oficjalny czas to:

no to teraz trochę własnych przemyśleń:
-nie miałem z kim biec. pierwszy km miałem kogo gonić, później cały czas uciekałem.
-bieg chyba bardzo dobrze poprowadzony. w sumie ostatnie 400m było faktycznie ciężkie.
-do drugiego kilometra było bardzo spokojnie i oddechowo i pod względem samopoczucia ponieważ byłem w stanie poczekać na koniec łuku żeby wyprzedzić w momencie robienia zdjęcia a także stwierdzić, że biegacz za mną ma strasznie ciężki oddech a ja w sumie nie

-na trzecim km dwa razy musiałem ciut zwolnić bo zbliżał się wiraż a nie chciałem wyprzedzać na łuku (dzięki Rolli, bardzo przydatna wskazówka)
-3km mniej boli niż 5

-nawet się nie spodziewałem takiej mocy na końcu. przejrzałem teraz dane ze stryda, to ostatnie 300m szło od 3:20 po finisz w peaku po 2:55. szok.
-kadencja 186, średnia długość kroku 1.55. dalej jest nad czym pracować.
-hr maks pokazało dziś 199. ok 193 jestem w stanie oddychać bez większych strat.
-nie miałem bomby mleczanowej.
to chyba tyle w sumie. generalnie sam bieg to średnio pamiętam. szybko się to wszystko działo.
dzisiaj odpoczywam, jutro rozbieganie i dalej do przodu.

