Melduję wykonania zadania!

Poniżej oficjalne międzyczasy ze strony organizatora.
5 km - 23:36 (4:43 min/km)
10 km - 46:33 (4:39 min/km)
15 km - 1:09:47 (4:39 min/km)
20 km - 1:32:16 (4:37 min/km)
meta - 1:36:58 (4:36 min/km)
W sobotę standardowe 5 km rozbieganie z dwoma przebieżkami na końcu. Średnie tempo ok. 5:15 min/km, wszystko super, nogi specjalnie nie bolały i nie były zabetonowane, raczej lekkie.

W niedzielę z samego rana pobudka o 7:00 (czyli wg starego czasu zimowego o 6:00), udało mi się przespać jakieś 7 godzin, więc byłem w miarę wypoczęty. Standardowa biała bułka z dżemem, w okolicach startu pojawiłem się (razem z kolegą i bratem) dopiero około 15 minut przed rozpoczęciem biegu, bo mogliśmy dojść na piechotę (rozgrzewka truchtem po drodze plus kilka przebieżek/skipów). 30 minut przed startem łyknąłem jeszcze żel, bo odezwało się burczenie w brzuchu. Byłem ubrany całkowicie na krótko, bo pogoda sprzyjała (niby trochę chłodno, ale pełne słońce, więc można się było nieźle zagrzać, a ja lubię lekki chłodek). Ustawiłem się w strefie na 1:40, ale nie biegłem z zającem, wolę biec swoim tempem, chodzę jak kot swoimi ścieżkami.

Na początku ruszyłem dosyć spokojnym tempem ok. 4:45, świetna atmosfera, dużo kibiców i mogłem nacieszyć się wielkim wydarzeniem.

Szósty kilometr z górki z wiaduktu, więc mimowolnie rozpędziłem się do 4:28, lubię zbiegać, nie hamowałem się. Wreszcie na trasie zrobiło się też znacznie luźniej, bo na pierwszych kilku km panował niemały tłok. Ból w stopie minimalnie się nasila, w dodatku zaczynam odczuwać ciężkość w jelitach (nie udało mi się pomimo kilku prób porządnie załatwić kwestii toalety przed biegiem). Mimo to drugą piątkę biegło mi się fajnie, w miarę równo tempo, zamknąłem w 22:57 (średnio 4:35 min/km).
Jedenasty kilometr w 4:30 i połowę debiutanckiej "połówki"miałem za sobą. Fajne uczucie, ale dopiero teraz zaczął się prawdziwy wyścig. Dwunasty kilometr w 4:44, stopę i żołądek zacząłem czuć coraz mocniej. Tu miałem w planach zażycie żelu, ale zrezygnowałem, bo bałem się, że skończę w krzakach/toalecie.


W końcówce udało się jeszcze docisnąć pedał gazu. 16 i 17 km po ok. 4:22, aż byłem zaskoczony, gdy spojrzałem na Polara, bo biegło się luźno. Oddechowo było dalej fantastycznie, zero śladu zadyszki. Mniej więcej wtedy zaczęły za to boleć uda, mięśnie dwugłowe, nogi stały się cięższe, więc siłą rzeczy leciutko zwolniłem. 18 km w 4:38 (o ile wierzyć znacznikom organizatora), ale 19 już znowu w 4:22 (świetna strefa motywacyjna Adidas Runners dodała skrzydeł). O problemach toaletowych starałem się nie myśleć, stopa chyba bolała już trochę mniej, czułem już mocno uda i myślałem, że gdy wpadnę na metę, to chyba położę się krzyżem na asfalcie.


Wynik jest dla mnie fantastycznym podsumowaniem sumiennych zimowych przygotowań, ale i tak nie spodziewałem się tak dobrego rezultatu. Pomimo drobnych problemów byłem dobrze przygotowany i pogoda dopisała, więc wszystko poszło po myśli i generalnie było raczej łatwiej niż się spodziewałem. Dystans minął mi dość szybko.


Ogólnie na mecie czułem się nieźle, miałem cholernie betonowe nogi, ale samopoczucie było OK. Kilka godzin po biegu potwornie zaczęła mnie boleć głowa - często tak mam po czasie spędzonym w pełnym słońcu, do tego nie wziąłem żelu w trakcie biegu, co generalnie było chyba dobrą decyzją, ze względu na kwestie jelitowe, ale potem czułem się naprawdę fatalnie, jak mięso przemielone przez maszynkę. Na szczęście po zażyciu tabletek czuję się już jak młody bóg i czekam na kolejny start

Pobiegłem nieco nierówno, ale najważniejsze, że skutecznie. Jak na debiut, jestem niesamowicie zadowolony. Pobiegłem średnim tempem z dyszki Biegu Niepodległości w listopadzie, więc skutecznie się "wydłużyłem". Na deser wrzucam fotkę z medalem.

