Niedziela (15.10) - 18. PKO Poznań Maraton, czas 2:56:00, 1/212 w M55 i 64/6357 w open.
Poznań zdobyty! Mam nowy rekord życiowy w maratonie:
2:56:00 !!!
Na 5 minut przed planowanym startem ustawiłem się w swojej strefie, ale problemy z zabezpieczeniem trasy spowodowały, ze wystartowaliśmy z ok. 45-minutowym opóźnieniem. Byłem trochę zły, że nas przytrzymują i start się opóźnia, ale na szczęście nie było mi zimno i nie wychłodziłem się (wielu biegaczy zakładało folie). Pejsi na 3:00 ustawili się tuż za elitą, jakby oprócz elity nie było biegaczy szybszych od nich. Pierwszy kilometr przeciskałem się przez grupę prowadzoną przez pejsów i nawet zdziwiłem się, że nie odbiło się to na tempie. Potem zrobiło się luźniej i mogłem już biec spokojnie, koncentrując się na tempie, tętnie i rytmie.
Pierwsza piątka wyszła w bardzo dobrym tempie, czułem się dobrze, a tętno było na pożądanym i optymalnym poziomie. Poczułem się pewnie i zamierzałem kontynuować bieg w tempie nieco szybszym, niż planowałem, pilnując głównie tętna, które miałem zamiar utrzymywać w granicach 160-163 do połowy dystansu. I tak mijały kolejne kilometry, biegłem spokojnie, starałem się równo i głęboko oddychać, pamiętałem też, aby trzymać luz i nadmiernie się nie spinać.
Gdy na półmetku zobaczyłem, że mam ok. minuty nadróbki w stosunku do "optymistycznej" rozpiski, to trochę się przestraszyłem. Obawiałem się, że przesadziłem i pobiegłem za szybko, że pragnienie nabiegania solidnej życiówki wzięło górę nad chłodnymi kalkulacjami i realną oceną swoich możliwości. Pomyślałem, że po raz pierwszy mogę spotkać się ze ścianą i zaprzepaścić szanse nie tylko na życiówkę, ale i na złamanie trójki. Z drugiej strony szykowałem się przecież na oddawanie pola na podbiegach. Rozgoniłem złe myśli i czekałem na rozwój sytuacji.
Mały kryzys przyszedł na 27 km - pierwszym poważniejszym podbiegu, kiedy tempo spadło do 4:29. Wtedy też zacząłem odczuwać ból w okolicy lewego biodra i tylnej części uda. Pomimo narastającego zmęczenia parłem jednak do przodu, ciągle kontrolując tętno. 28 km, na zbiegu, wszedł w 4:00 i to był ostatni szybki kilometr, na następnych w zasadzie już tylko oddawałem zaoszczędzone sekundy. Na 35 km zameldowałem się w czasie zgodnym z rozpiską. Teraz czekałem na ścianę, z którą jednak się nie spotkałem, a 36 km z "przereklamowanym" podbiegiem nie był wcale tak straszny, jak oczekiwałem. Na 40 km miałem 40 sekund "straty" w stosunku do rozpiski, ale byłem już spokojny o życiówkę, postanowiłem jednak ostatnie 2 kilometry, jak zwykle, dokręcić na maksa. Asekuracyjnie wypiłem jeszcze ampułkę z magnezem i pognałem do mety. 41 km wszedł po 4:09, 42 po 4:06, a ostatnie 380 m po 3:34, czyli ostry finisz z zejściem do parteru tuż za metą. Kolejny raz dałem z siebie wszystko i kolejny raz byłem szczęśliwy na mecie. Kocham maratony!

Uzyskanym czasem byłem pozytywnie zaskoczony, a dzięki mocnemu finiszowi niewiele zabrakło do wyniku 2:55:xx.
Za metą, oczekując na finisz żony, wypiłem trzy zimne lane piwa, smakowało wybornie.
Podczas biegu zjadłem cztery żele, a na dwóch punktach żywieniowych dodatkowo po dwa gryzy banana. Piłem na każdym punkcie po 2-3 łyki izotoniku lub wody. Polewałem też głowę wodą.
Biegłem w butach NB Zante 3, które spisały się znakomicie (dzięki Mihumor za rozwianie obaw). Myślę, że i one miały swój udział w uzyskaniu świetnego rezultatu.
Oficjalne międzyczasy:
Tempo i tętno wg garmina:
km - tempo - tętno
1 - 4:08 - 149/159
2 - 4:05 - 158/161
3 - 4:05 - 159/163
4 - 4:08 - 161/163
5 - 4:06 - 160/164
6 - 4:09 - 161/164
7 - 4:04 - 161/163
8 - 4:03 - 161/163
9 - 4:07 - 162/163
10 - 4:08 - 162/165
11 - 4:00 - 160/165
12 - 4:05 - 161/162
13 - 4:01 - 159/162
14 - 4:03 - 160/164
15 - 4:09 - 161/164
16 - 4:06 - 161/163
17 - 4:08 - 161/164
18 - 4:06 - 161/163
19 - 4:09 - 161/163
20 - 4:10 - 162/164
21 - 4:05 - 161/164
22 - 4:14 - 162/165
23 - 4:05 - 162/164
24 - 4:10 - 163/165
25 - 4:11 - 164/167
26 - 3:58 - 162/166
27 - 4:29 - 163/166
28 - 4:00 - 162/164
29 - 4:11 - 162/163
30 - 4:13 - 162/165
31 - 4:24 - 163/166
32 - 4:09 - 164/166
33 - 4:13 - 164/168
34 - 4:18 - 164/166
35 - 4:23 - 163/165
36 - 4:28 - 164/167
37 - 4:15 - 164/167
38 - 4:15 - 164/168
39 - 4:08 - 164/166
40 - 4:21 - 164/167
41 - 4:09 - 167/172
42 - 4:06 - 169/172
0,38 km - 3:34 - 172/177
M - 4:10 - 162/177
Wykres tętna:
Podsumowując, trasa poznańskiego maratonu nie okazała się tak straszna, jak ją malowano. Pogoda też mi nie przeszkadzała. Od początku nastawiony byłem na trudną walkę o jak najlepszy wynik, nieco ryzykowałem i kolejny raz się udało, choć treningi na to nie wskazywały.
To już drugi, obok wiosennego Orlenu, maraton, który ze względu na warunki pogodowe (wiatr) lub ukształtowanie trasy, pobiegłem positive splitem i okazało się to bardzo skuteczne (dwie kolejne życiówki).
Ciekawe spostrzeżenie: w Warszawie biegłem ze średnią kadencją 192, a w Poznaniu już "tylko" 188 i to mimo szybszego tempa. To jest jednak jakiś postęp.

Tak silnych zakwasów, jak po tym maratonie, nie miałem po żadnym innym starcie, masakra, dopiero dziś odpuściły.

Nawrotka na 6 km
(fot. R. Dakowski)