Belfius Brussels Marathon 2015
W poprzednią niedzielę przebiegłem mój drugi maraton. Drugi w tym roku, drugi w życiu, w ogóle drugi. W celach na ten rok zakładałem przebiegnięcie dwóch maratonów, przy czym planem minimum na pierwszy było po prostu przebiegnięcie dystansu, a na drugi poprawienie wyniku z tego pierwszego. Psychicznie nastawiałem się do tego już od połowy zeszłego roku. Wybrałem i zrealizowałem wtedy jakiś plan treningowy dla początkującego maratończyka, ale nie zakończyłem go maratonem tylko połówką bo brakowało mi pewności co do swoich możliwości. I dobrze bo na pewno nie byłem gotowy na cały dystans. Połówka była w sam raz, żeby się srawdzić i żeby połknąć bakcyla. To było dokładnie rok temu, też w Brukseli.
Po kilku startach na 10K zamykających sezon 2014 rozpocząłem od nowego roku
plan treningowy dla średnio zaawansowanych ze strony bieganie.pl. Średnio zaawansowany biegacz wg. założeń tego planu to taki, któremu nie sprawia większego problemu przebiegnięcie 10km. Taki też był domyślny dystans moich wieczornych biegów, więc plan wydawał się doskonale pasować. I z perspektywy czasu uważam, że to był bardzo dobry wybór. W debiucie nabiegałem 3:49 i do drugiego maratonu przygotowywałem się według tego samego planu. Do kolejnego już raczej będę trenował wg. innego, ale nie dlatego żeby z tym coś było nie tak. Widzę to tak - ten plan jest super na pierwszy maraton bo jest prosty - tej zalety nie da się przecenić. Zwłaszcza jeśli nie ma się bladego pojęcia co to są interwały, progi, rytmy itd. Do drugiego maratonu wybrałem ten sam plan, ale wydaje mi się, że realizowalem go bardziej świadomie no i miałem możliwość bezpośredniego porównania swojej kondycji na poszczególnych etapach planu. Tu jednak wyczerpują się możliwości takiego prostego i sztywnego planu. Po drugim maratonie mam cień pojęcia o swoich słabych stronach co pozwala mi na szukanie planu skupiającego się na tychże.
Plan treningowy wykonywałem tak sumiennie jak tylko moglem. Opuściłem naprawdę niewiele treningów i raczej nie przez niechcemisia, ale z powodu spraw o wyższym priorytecie. Dlatego też plan szedł nieźle, treningi wchodziły przyjemnie o ile nie popełniłem swojego najczęstszego błędu czyli za dużego posiłku na zbyt krótko przed bieganiem. Te biegi z pełnym żołądkiem to naprawdę głupota, za którą organizm od razu wystawia rachunek. Podobnie próbował mnie w penym momencie podsumować za niedostateczne rozciąganie więc szybko to skorygowałem wprowadzając do swojej rutyny
zestaw ćwiczeń Bartka Olszewskiego. Przyznaję, że nie rozciągalem się za każdym razem, ale chyba jednak częściej to robiłem niż nie.
Na miesiąc przed docelowym startem trafiła się okazja pobiegnięcia w półmaratonie w Lille. Uznałem to za doskonały moment do sprawdzenia swojej formy. Opis tego biegu można znaleźć wcześniej w tym wątku - krótko mówiąc wróciłem do domu z nową życiówką, zmotywowany i spokojny o swoją formę. Jak jednak powszechnie wiadomo - po każdym Austerlitz musi przyjść Waterloo... Dwa tygodnie przed maratonem, w weekend na który wg planu przypadało najdłuższe wybieganie, dopadła mnie jakaś infekcja. W sobotę obudziłem się z bólem gardła i od razu postanowiłem odpuścić trening (BS) w nadzieji, że do niedzieli mi przejdzie. W niedzielę było jeszcze gorzej. Puściło w poniedziałek, ale drobne objawy typu drapanie w gardle zostały aż do dziś, źle wpływając na moje morale. I bez tego nie wiedziałem po jaki czas powinienem biec.
Bojowe nastawienie wróciło gdzieś koło czwartku przed maratonem. Postanowiłem wziąć się w garść i ustalić plan ataku. Punktem wyjścia są zawsze kalkulatory, ale nie traktuje ich jako wyroczni - raczej jako punkt odniesienia. Wiedziałem, że będę chciał spróbować pobiec NS'a, bo taka strategia świetnie sprawdziła się w połówce. Wklepałem w kalkulator MARCO swój czas z połówki i dostałem rozpiskę na 3:27 z groszami. To ponad dwadzieścia minut lepiej niż mój pierwszy maraton. Wiedziałem, że nie dam rady. Bardzo chciałem się rozprawić z czasem 3:35, który był moim cichym założeniem w pierwszym maratonie, ale gorąca głowa podsycana wynikami z kalkulatorów podszeptywała, że może i 3:30 jest w zasięgu? Najszybszy odcinek w MARCO na 3:27 biegnie się po 4:50, a ja znam to tempo - biegałem je przez kilka ostatnich tygodni, no ale nie po 30km biegu...
Koniec końców postanowiłem przyjąć 3:29 jako plan maksimum. Rozpisałem sobie NS'a wg. MARCO, ale nie na 3:29 tylko na to moje 3:27, a dwie dodatkowe minuty dołożyłem na samym początku. Wymyśliłem, że jak zacznę wolniej to będę miał większe szanse na zachowanie sił na końcówkę. Planu minimum nie określiłem w żaden precyzyjny sposób. Miałem nadzieję, że albo uda mi się zrealizować ten mój tuningowany NS albo spuchnę na tyle późno, że i tak dowiozę czas lepszy od tego z debiutu.
Do carboloadingu zamierzałem tym razem podejść na poważnie, ale wyszło jak zwykle. To znaczy przez tydzień nie prestrzegałem za bardzo żadnej diety. W piątek i sobotę wrzuciłem obowiązkowy makaron - trochę za późno, ale wiadomo bez makaronu nie byłoby maratonu. W piątek wybrałem się też na Expo po odbiór pakietu startowego. Expo to wielkie słowo - dziesięć stoisk na krzyż, z których najfajniejszy był stand
artysty maratończyka. Sam pakiet startowy też bardzo skromny. Oprócz koszulki technicznej był tam słoiczek tygrysiej maści, buff i jakaś herbatka ziołowa... tyle. Po powrocie do domu zrobiłem jeszcze króciutki trening - 4km + przebieżki i do łóżka. W sobotę skupiłem się już wyłącznie na nicnierobieniu, z krótkim wypadem do Decathlonu celem poprzymierzania butów pod kątem przyszłego sezonu co jak wiadomo działa motywująco.
Prognoza pogody na niedzielę była trochę niepokojąca - miało być ładnie, ale temperatura miała sięgnąć nawet 18 stopni. Czyli miało być mniej więcej tak jak w wiosennym maratonie, gdzie pogoda dała mi się we znaki za czterdziestym kilometrem... Na szczęście cechą szczególną klimatu w Belgii jest to, że maksymalna temperatura dnia zazwyczaj przypada na późniejszą porę niż np. w Polsce. Godzinowa prognoza Googla mówiła, że o 13-tej czyli mniej więcej wtedy kiedy zamierzałem dobiegać do mety miało być 14 stopni - czyli w sam raz.
Maraton startował o 9.00. Żeby dostać się z mojego domu na linię startu potrzebuję maks 25 minut (na piechotę), ale i tak wstałem o 6-tej, bo staram się zachować dwugodzinną przerwę między śniadaniem a bieganiem. Podobnie z piciem, w ciągu dwóch godzin staram się nie pić - dopiero tuż przed startem wypijam z 200ml wody. W ten sposób nie zdąży trafić do pęcherza - zostanie zużyta przez system chłodzenia

.
W związku z prognozą ubrałem się na krótko. Na plecy wrzuciłem swój plecaczek z nerką, którą napełniłem całkowicie (1l), żeby nie powtórzyć błedu z Paryża gdzie 0.7ml okazało się za mało. W kieszonkach na szelkach plecaczka umieściłem 5 saszetek z żelami PowerBar z tego jeden żel był z kofeiną. Na śniadanie wciągnąłem owsiankę z bananem, miodem i rodzynkami - mało, ale słodko. Do tego kubek kawy z mlekiem. Moi dzielni kibice postanowili towarzyszyć mi od początku chociaż namawiałem ich, żeby pospali chwilę dłużej i przybyli dopiero na metę. Moja żona uznała już jakiś czas temu, że na krótsze biegi będą ze mną chodzić tylko jeśli akurat będzie im to pasować, miejsce będzie ciekawe i pogoda będzie sprzyjać. Maraton to jednak maraton i dwa razy w roku mogę mieć pełną oprawę niezależnie od okoliczności
W parku Cinquantenaire (jak mawia Arc "w sękaczu") po raz kolejny zauważyłem jak niesprawiedliwy jest ten sport dla pań. Toi-toi'ów było całkiem sporo bo miały obsłużyć startujący dwie godziny później półmaraton w którym startuje kilkanaście tysięcy biegaczy, a maraton to raptem niecałe 3 tysiące. Mimo to przed kabinami ustawiły się kolejki składające się głównie z pań, bo panowie mogli skorzystać z pisuarów typu "światowid introwertyk" czyli z czterema twarzami patrzącymi sobie w oczy zamiast na cztery strony świata. Kiedy te kestię miałem już za sobą zjadłem jeszcze batona i poszedłem do strefy startowej bo zostało zaledwie kilka minut do 9-tej. Wybór boksu startowego był dowolny, więc poszedłem do tego na 3:30 i stanąłem na jego końcu - uznałem, że to jest odpowiednie miejsce i że tak jest fair.
Zdążyłem odpalić LiveTrack'a w Garminie, złapać fix'a GPS'a przeczytać SMS'a od żony: "za startem po lewej" i rozległ się wystrzał startera. Zacząłem biec jakieś 2-3 min później - to duża zaleta małych imprez. W Paryżu start elity od mojego dzieliło jakieś 50 minut. Tuż za linią startu przybiłem jeszcze piątki z rodzinką i się zaczęło. Rozpiska MARCO na 3:27 przewiduje tempo na pierwsze 3 kilometry 5:04min/km, ja jednak dołożyłem do tego odcinka minutę czyli po 20 sekund na kilometr, a dokładnie ustawiłem alerty tempa w Gremlinie na zakres 5:04-5:24 z mocnym postanowieniem trzymania się tego wolniejszego końca zakresu. Okazuję się jednak, że nikt tak wolno nie startuje i generalnie wszyscy mnie wyprzedzali. Starałem się tym nie przejmować i robić swoje. Ostatecznie tempo tego odcinka wyszło mniej więcej w połowie założonego przedziału - 5:12min/km. W czasie biegu liczenie nie idzie mi najlepiej, więc jedno co wiedziałem to że mam jakiś zapas.
Kolejny odcinek planu MARCO to 11km po 4:59. Tu znowu dodałem minutę czyli po 5 sekund na kilometr, a tak naprawdę znowu ustawiłem alerty - dół MARCO, góra MARCO+5s tj. 5:04min/km. Rozpiska nie uwzględnia oczywiście żadnej specyfiki trasy, jednak ja pamiętałem że pierwsze 4 kilometry z 11-stu będą pod górę, a kolejne 7 płaskie względnie nieco z górki. Rozważałem nawet ustawienie osobnych segmentów w zegarku i rozdzielenie tempa, ale ostatecznie uznałem, że po prostu pobiegnę na początku trochę wolniej ignorując alerty, a po czterech kilometrach zacznę odrabiać. Przez pierwszy kilometr rzeczywiście trzymałem tempo z poprzedniego odcinka czyli 5:12min/km, ale kiedy wybiegałem z jednego z pierwszych tuneli na Avenue Luise, dogonił mnie zając na 3:45. Coś mi się nie zgadzało. Do tej pory mi się nie zgadza bo oni powinni biec po 5:20, a ja cały czas biegłem przecież szybciej. Wtedy jednak nic nie obliczałem tylko postanowiłem wrzucić wyższy bieg i tak pociągnąłem kolejne dwa kilometry, aż zegarek odpikał dolny alert - 4:59. To znaczy, że te dwa kilometry biegłem po 4:52 - pod górę, weszły bez bólu, ale kto wie ile zapłaciłem za to później. Z drugiej jednak strony powrót do "zony" uspokoił mnie i ostatni z czterech kilometrów wspinaczki dałem sobie trochę luzu, pozwalając średniemu tempu spaść aż do 5:02. I tak powinienem trzymać przez kolejne 5-6 względnie płaskich kilometrów, ale czułem się świeżo, noga podawała i dobrze że miałem ustawione alerty bo mogła mnie ponieść euforia - i tak cały czas wychodziłem sekundę poniżej zakresu. Ostatni kilometr odcinka - wreszcie z gorki. Nie mogłem sobie odmówić - poszedłem po 4:39min/km kończąc ze średnią 4:56. Znowu nie potrafiłem przeliczyć co to realnie oznacza, ale jasne było dla mnie, że do zapasu z pierwszego odcinka dołożyłem jeszcze trochę. Zaczęło do mnie też docierać, że to co nazywam zapasem może tak naprawdę okazać się długiem - długiem nie do spłacenia. Żadnego wychodzenia poza zakres, a kolejne zakresy już ustawione są dość ciasno i precyzyjnie.
Kod: Zaznacz cały
| MARCO na | Alerty Tempa | Realizacja
Odcinek | 3:27:28 | w Garminie |
==========+==========+================+===========
km 1- 3 | 5:04 | 5:04 - 5:24 | 5:12
----------+----------+----------------+-----------
km 4-14 | 4:59 | 4:59 - 5:04 | 4:56
----------+----------+----------------+-----------
km 15-28 | 4:55 | 4:55 - 4:58 | 4:57
----------+----------+----------------+-----------
km 29-41 | 4:50 | 4:50 - 4:53 | 5:12
----------+----------+----------------+-----------
km 42 | 5:47 | Na ile zdrowie | 5:04
| | pozwoli. |
----------+----------+----------------+-----------
Następny segment zaczyna się dłuugą prawie czterokilometrową prostą lekko w dół po Boulevard du Souverain. Każdy z tych czterech kilometrów wchodzi dokładnie założonym tempem - 4:55min/km. I teraz się zacznie... Zakręcamy w prawo w Avenue du Tervuren i zaczynamy dwa kilometry najostrzejszej na całej trasie wspinaczki. Czuję, że mam przewagę psychiczną nad częścią biegaczy bo mam ten podbieg obcykany - biegam tędy często, wiem jak ciężko będzie, wiem gdzie jest koniec... ta znajomość z podbiegiem uspokaja mnie. Wiem, że warto zwolnić i że da się to odrobić. Biegnę kilometr po 5:29, bardzo spokojnie. Obok mnie jakiś biegacz wpatrzony w pnący się asfalt pyta czy długo jeszcze, mówię, że jeszcze trochę, ale opłaci się bo po nawrocie będziemy wracać tą samą drogą - z góry. Wymieniamy jeszcze kilka uprzejmości po czym gość mówi, że dziękuje za rozmowę, ale kończy mu się oddech. Ja za to zaliczyłem kolejny przyplyw endorfin. Bardzo dobrze zadziałał na mnie dźwięk mojego własnego głosu. Nie mam okazji z nikim rozawiać na długich biegach, więc zdziwiłem się, że mówię zupełnie swobodnie, wyraźnie, bez zadyszki. Przyspieszyłem. Delikatnie, ale to był ten moment kiedy zauważyłem że zdecydowanie więcej osób wyprzedzam niż wyprzedza mnie. Minąłem Szkota w kilcie, grubych wełnianych skarpetach, traperskich buciorach i nagim torsem. W maju na 20Km de Bruxelles, też go mijałem i dobrze zapamiętałem. Wtedy mijałem go wcześniej czyli, pomyślałem sobie, on biegnie ten maraton tym samym tempem co 20K, takie uniwersalne tempo twardzieli z gór. Nareszcie koniec wspinaczki. Średnie tempo odcinka spadło do 5:04min/km, trzeba zacząć odrabiać. Na szczęście tuż za sczytem wzniesienia kawałek trasy jest w dół, szybko zbijam średnie tempo do 4:59, jeszcze trochę zostało do planowanego 4:55, ale przede mną jeszcze duża długa prosta - powinienem dać radę. Na półmetku mijam starszego pana, dobrze po siedemdziesiątce jeśli nie po osiemdziesiątce. Wiek wpłynął na jego postawę, biegnie przygarbiony, nieco utykając, ale napewno nie jest zmęczony po prostu wie co ma biec i dokładnie to biegnie. Łykam żel z kofeiną, wcześniej połknąłem już dwa bez. Mimo, że mam wodę w nerce, na każdym wodopoju chwytam kubeczek z wodą - łyk do paszczy, reszta na głowę.
Wspomniana długa prosta przynosi jednak coś o czym nie pomyślałem - ostre słońce. W połowie 22-go kilometra wybiegamy z lasu przez który przebiega Avenue de Tervuren, przebiegamy przez obwodnicę i wybiegamy na otwartą przestrzeń. Od razu poczułem, że to nie będzie bez znaczenia, ale przecież mam jeszcze kilka sekund tempa do odrobienia. No to odrabiam.
Wolontariusze na wodopojach starają się czytać imiona biegaczy z bib'ów i dopingowac po imieniu. Po wybiegnięciu z Brukseli czuć wyraźną zmianę - moje imię zaczyna brzmieć dużo bardziej zrozumiale. Frankofoni wypowiadają je "Marsą", z tym że ta ostatnia głoska to taka jaką wiele osób niepoprawnie wymawia w słowie "wyłączać". Krótko mówiąc moje imie z francuska brzmi mniej więcej jak słowo "Marsjanin" w tymże języku.
Kilometry 26-28 wiodą przez park gdzie drzewa dają nieco cienia. Ulga. W połowie 27-mego kilometra nawrót. Średnie tempo odcinka 4:56. Myślę sobie, że trzymać je mogę jeszcze długo, ale za nieco ponad kilometr zaczynam ostatni segment i powinienem przyspieszyć do 4:50min/km. Czarno to widzę. Postanawiam nie szarpać się ze zbijaniem tempa tego odcinka do 4:55min/km, mam przecież jakiś zapas z poprzednich. Wystarczy, że mieszczę się w zakresie. Próbuję robić w głowie jakieś kalkulacje, ale mimo, że z matmy jestem niezły to po dwóch godzinach biegu moja niezłość już nie imponuje.
Po 28-mym kilometrze kończy się segment, kończy się park, kończy się cień. Zaczyna się patelnia, powinna zacząć się walka o 4:50min/km, tempo które tak dobrze znam, które przecież ćwiczyłem tyle razy. A ja czuję, że walka to będzie, ale o przeżycie. Byle do lasu, byle do cienia może tam coś się zmieni, na razie nie patrzę na zegarek zbyt często biegnę co mogę - grubo powyżej 5min/km. Na trzydziestym mija mnie dziadek, którego wyprzedzałem w połówce - to samo tempo, ten sam fason, ta sama świeżość. Podziwiam.
32 kilometry, jak mawiają maratonczycy - rozgrzewka skończona, czas zacząć bieg. To jest ten moment, kiedy maraton mówi "sprawdzam", a u mnie karta nie za mocna. Na szczęście upragniony cień dał mi nieco nowej energii. Nie tyle, żeby nadrobić stratę tempa, które po czterech kilometrach tego segmentu spadło aż do 5:14min/km. Po malutku odrabiam tempo rośnie 5:10, 5:05 aż nareszcie przychodzi czas wypłaty za wspinaczkę pod Tervuren - ten sam dwukilomterowy odcinek tyle że w przeciwnym kierunku. 34-ty kilometr lecę z górki jak wściekły po 4:37min/km, a 35-ty jeszcze szybciej po 4:30min/km - to będzie mój najszybszy kilometr w calym biegu. Niestety tempa odrobić już się nie da, teraz na 6 kilometrów przed końcem tego wg. założeń najszybszego segmentu jego średnie tempo to 5:00min/km, daleko od planowanego 4:50. Na dodatek teraz znajduję się w najniższym punkcie trasy, teraz do 37-mego kilometra znowu pod górę, potem już trasa będzie sprzyjała, ale to dopiero za dwa kilometry czyli przy wspinaczkowym tempie za sporo ponad 10 minut. Jakby tego było mało w tym miejscu trasa maratonu spotyka się z półmaratonem. Do tej pory na trasie nie było tłoku, a teraz nagle robi się ciasno. Średnie tempo znowu zaczyna spadać podobnie jak z poprzednim podbiegiem na Tervuren to jest znajomy podbieg, ale tym razem nie daje mi to już takiego psychicznego komfortu - pod górkę to pod górkę, nie da się "po znajomości". Strasznie długie dwa kilometry. W końcu dobiegam do Montgomery kończy się podbieg i o ile pamiętam profil trasy powinno być znowu z górki. Pewnie jest, ale mi noga już nie podaje nawet z pomoca grawitacji. Próbuję sobie przypomnieć po co mi to całe bieganie. Robi się gorąco, próbuję pociągnąć jeszcze łyk wody... skończyła się. No poprostu niemożliwe - ta sama historia, a przecież miałem jej tym razem więcej. Przebiegam znowu przez park Cinquantenaire skąd zaczynał się bieg. Mijam 39-ty znacznik - kiedy byłem tu ponad trzy godziny temu na linii startu meta nie wydawała mi się tak daleko jak teraz. Dystans maratonu to nie jest "około 40km" - wiedzieliście? Są też pozytywy - między parkiem, a rondem Schumana jest wodopój. Zamiast kubka wody biorę butelkę izotoniku. Nie znam tej marki i nie próbowałem jej wcześniej, ale co tam - nie dostanę precież nagłej sraczki - z butelki napiję się więcej niż z kubka - mogę z nią biec. Pociąm łyk - bleee... ulepek lepiej chyba nic nie pić. Kątem oka zauważam kosz na śmieci na chodniku, ciskam butelkę trafiam w krawędź, butelka ląduje pod nogami stojącej tam pani obryzgując ją zawartością. Przez głowę przelatuje mi myśl, że jak przez prawie 40km mijałem na trasie tysiące obcych ludzi z których najbardziej "znajomy" wydał mi się Szkot w kilcie, to butelką musiałem trafić własnie w mamę koleżanki ze szkoły mojej córki... Może mnie nie poznała.
Za rondem dopada mnie najgorszy kryzys w całej tej imprezie. Fizycznie nie jest dobrze, ale to z pewnością nie jest jeszcze owiana złą sławą "ściana", jednak psychika bardzo źle przyjmuje spostrzeżenie, że znowu jest pod górkę - przecież miało być w dół już do końca, nie? Ten podbieg ma raptem pół kilometra, za mną już dłuższe i bardziej strome, ba - nawet ten konkretny już raz dziś biegłem, ale wtedy to był pierwszy czy drugi kilometr i takie podbiegi to ja wtedy wciągałem nosem. Teraz odbierałem go jako złośliwość losu. 41-szy kilometr był z pewnością najgorszy, ale przetrwałem i zasłużyłem na nagrodę - stromy zbieg w dół Rue des Colonies. Normalnie bieganie w dół po kocich łbach nie należy do przyjemności i wcale nie można się tam jakoś specjalnie rozpędzić, ale nade wszystko miałem dość podbiegów, a w dół to nie pod górę, tak? Jeszcze jeden zakręt, dworzec centralny. Jacyś uprzejmi kibice próbowali częstowac biegnących piwem, ale jakoś już mi nie dokuczało pragnienie. Starówka, galerie św. Huberta i Grand Place, pamiętałem z zeszłorocznej połówki, że między innymi tu czają się fotopstryki, więc biegłem z gracją na jaką tylko mogłem się zdobyć. Wybiegam Grand Place, mijam budynek giełdy i 42-gi znacznik. Niektórzy niebiegający znajomi upewniają się czasami - maraton ma 42km, tak? Nie. Przede mną jeszcze minuta biegu, próbuję o tym nie myśleć - całą uwagę skupiam na wypatrywaniu żony i dzieci w publiczności. Założyliśmy, że organizacja finiszu będzie identyczna jak rok temu i umówiliśmy się, że będą stać po lewej stronie bo na mecie są dwie bramki - maraton na lewo, połówka na prawo. Mimo całej mojej koncentracji, to oni wypatrzyli mnie pierwsi - usłyszałem swoje prawidłowo wypowiedziane imię. Od razu minęło całe zmęczenie. Przypomniało mi się wreszczcie po co to robię. Między innymi właśnie po to.
W takim euforycznym nastroju przekorczyłem linię mety, zatrzymując zegarek na 3:32:59 - ładnie! Zwłaszcza tą końcówkę lubię - ostatnią połówkę też tak pobiegłem na 59''. Odbieram medal i inne dobra. W sumie pakiet finiszera jest fajniejszy od startowego bo oprócz butelki izotoniku, butelki wody, ciastek, gofrów, dezodorantu, koca termicznego w jego skład wchodzi... browarek. Mała buteleczka Duvel'a

)
No to było by na tyle. Dzwonię do żony ustalamy miejsce spotkania za strefą finiszu... i wtedy dostrzegam coś co nawet moje nadwątlone synapsy interpretują jako błąd rzeczywistości. Niektórzy kolesie, którzy wyszli już ze strefy mają medale na taśmie w kolorach flagi belgijskiej, a moja taśma podobnie jak taśmy wszystkich osób wokół mnie w strefie są w gustownym różu... Rzut okiem na medal - "Belfius Brussels HALFmarathon 2015 finisher". WTF??? Odwracam się i już wiem - w tym roku bramki są ustawione odwrotnie niż w ubiegłym. Przebiegłem przez metę półmaratonu. W głowie najczarniejszy scenariusz - DNF... po trzech i pół godziny walki będę niesklasyfikowany. Wracam na początek strefy i oddaję swój medal. Przechodzę przez płotek dzielący strefy i odbieram właściwy medal. Chociaż tyle z tego będę miał. Wychodzę ze strefy dołączam do żony, dzieciaków i koleżanki, która też przyszła z córką przywitać mnie na mecie. Dzielę się z nimi swoim zmartwieniem i znajdujemy jedyne rozsądne rozwiązanie - idziemy do pierwszej knajpy gdzie znajdziemy wolny stolik i zamawiamy piwko. Mimo tłumu i słoneczka z miejscami w kajpianych ogródkach nie było problemu. Sącząc zimny browarek odpalam stronę z wynikami - ufff, jest i mój - taki sam jak na Gremlinie. Bramki jak się okazuje mają znaczenie jedynie organizacyjne.
Teraz już mogę to zmartwienie zastąpić kolejnymi - gdzie biegnę na wiosnę i po jaki czas? Z 3:30 trzeba by się rozprawić chyba?