Chciałem tu kiedyś wstawić ten obrazek i dzisiaj jest powód
VII Bieg Ursynowa (5 km)
Czas: 20:51
Międzyczasy:
1 km 4:19
1 km 4:14
1 km 4:16
1 km 4:06
1 km 3:56
Przyjechałem na miejsce o 10:30. Odebrałem swój pakiet z koszulką w rozmiarze L. Fajna, ale... na szczęście miałem białą z poprzedniego biegu we właściwym rozmiarze. Potruchtałem, trochę się rozciągnąłem, zrobiłem dwie przebieżki. W międzyczasie spotkałem Sylwka - nic nie zapowiadało jeszcze dzisiejszej tragedii

Dobrze, że udało mi się przepchać do mojej strefy, inaczej połowę energii zmarnowałbym na slalom. Ruszamy z kopyta. Czuję, że biegnę dobrym tempem i pierwszy kilometr mijam w pełni sił. Patrzę na zegarek, zadowolony z niezbyt szybkiego startu i już potem jakoś się układa. Biegnę od grupki do grupki, tak by choć trochę schować się przed wiatrem. Nie wiało mocno, ale nawet drobny wietrzyk przeszkadza przy takim tempie jak cholera. Na trzecim kilometrze patrzę na zegarek i już wiem, że będzie dobrze. Mam kilkanaście sekund "straty" do 21 minut na mecie, ale nie jest bardzo źle i jeszcze trochę przyśpieszam. Czuję chłód potu na mojej głowie... jeszcze tylko mniej niż dwa kilometry, czyli wytrzymam. Ostatni kilometr to była męczarnia. Na szczęście na horyzoncie widzę niebieską bramę, metę, i biegnę coraz szybciej. Na ostatnich stu metrach wyprzedzam jeszcze kilka osób i całkiem wypruty wpadam na metę. Stoję chwilkę, siadam na krawężniku i odpoczywam... Nie ma to jak wybiec się do cna

Tak, że aż głowa boli, a nogi... miękkie jak wata, ciężkie jak ołów. No i co dalej... bardzo się cieszę i oby tak dalej, Maksiu

Wziąłem ze sobą tatę, więc mogłem zostawić mu swoje rzeczy, wysiąść z tramwaju i potruchtać do domu, ciesząc się życiem
5,5 km E (6:35/km)