W 2025 roku przebiegłem niewiele ponad 2100km wliczając w to sędziowane mecze. Znowu skandalicznie mało.
Na głównych dystansach startowałem po 1 razie:
5k-16.43
10k - 34.31
HM- 1.18.32
M- 2.49.23
Znowu nie było słabych biegów - to na pewno cieszy.
Miałem takie postanowienie, aby biegać więcej, w sumie nadal je mam, przy czym rok rozpocząłem od kontuzji.
W czasie świąteczno-noworocznej rozpusty przytyłem 5kg. No ale trzeba było trochę pożyć "normalnie".
Plan na styczeń zakładał wybieganie 300km. Z tego nici - mam 161 a jutro Top Cross.
4 stycznia byłem umówiony z kilkunastoosobową grupą na wybieganie. Obiecałem że przyjdę, w końcu tyle razy do mnie pisali. Specjalnie wstałem w niedzielę wcześniej a za oknem śnieżyca. Widok wyjątkowo rzadki w Toruniu - bo tu pada sporadycznie.
Do umówionego miejsca miałem ponad 3km. Nie było lekko, ale zdążyłem. Na miejscu zapytałem o trasę biegu. Akurat wiało i sypało z północnego-zachodu więc zaproponowałem, aby biec w kierunku pn-zach, gdzie po 1.5km dotarlibyśmy do lasu (dającego osłonę) koło Barbarki i dalej w kierunku Motoareny, tak aby w drugiej części mieć wiatr w plecy. No ale zarządzono inaczej. Jako że nie chciałem być apodyktyczny i niemiły, tylko pokręciłem nosem i ruszyliśmy w kierunku odwrotnym. Najpierw lasem a powrót z wmordewindem. Niestety przebijaliśmy się przez zaspy. Potem wracając z Łysomic do Torunia biegliśmy pasem przeciwpożarowym. Jakieś 30cm nawianego śniegu a pod spotem przeorana ziemia. Zacząłem czuć ból z tyłu za kolanem - a do domu na oko to jeszcze z 7km...pod wiatr.
Razem wyszło 21.58km. Nazajutrz nie chodziłem, kuśtykałem.
W perspektywie były 4 z 9 zawody cyklu Łubianka GP Cross w niedzielę 11 stycznia. Postanowiłem, że odpocznę i w weekend zdecyduję czy pobiec, a bardzo mi zależy na ukończeniu tej rywalizacji. Należy pamiętać że też pracuję na dobry wynik drużyny Biegowi Przyjaciele i nie mogłem ich zawieść.
11.01 nd
ŁUBIANKA GP CROSS - edycja 4/9 ZAMEK BIERZGŁOWSKI
Tego dnia bardzo wiało z północy. Przenikliwy, mroźny wiatr a trzeba było jakoś sobie poradzić. Wymyśliłem sobie, że założę nakładki (takie z Decathlonu co zabieramy do chodzenia po prostych szlakach w górach). Wybrałem się na rozgrzewkę ze znajomymi, ale po klikuset metrach zawróciłem. Nie chciałem szarpać się z wiatrem. Do tego, kompletny brak formy. Jadłem i piłem i nie była to tylko coca cola. Przytyłem 5kg. Oczywiście w głowie miałem swój plan na bieg. Zwycięstwo było zarezerwowane dla Miłosza Tomaszewskiego "Muchy". Pisałem o nim wiele razy. Bieganie jest dla niego terapią na zło tego świata. Jest niesamowity. 1.07 w półmaratonie na trudnej trasie to nie jest jego szczyt możliwości. Chłopak w ramach rozgrzewki przybiegł kilkanaście km Zamku Bierzgłowskiego. Zdeklasował nas i wrócił biegiem do domu. Na szczęście biega w naszej drużynie - tzn wystartował 1 raz - no ale wynik do klasyfikacji drużynowej wszedł. Indywidualnie aby zostać sklasyfikowanym trzeba 6 razy przekroczyć linię mety. Jego nie było podczas 3 pierwszych edycji.
A co do mnie...hmm - miałem zacząć wolno i w miarę możliwości przesuwać się do przodu.
3-2-1- START
O matko czemu oni biegną tak szybko? Byłem gdzieś na 10-12 pozycji. Przede mną patrzę jakiś no trochę taki grubasek. O jeżu ale się zapuściłem. Ale spokojnie to dopiero początek. Po kilkuset metrach nie mieliśmy osłony lasu i dostaliśmy centralnie w twarz wiatrem. Tzn ja sprytnie biegłem za kimś, nawet przesuwając się lekko do przodu. Nakładki trzymały dobrze. Ci którzy ich nie mieli, niestety ślizgali się. "Muchy" to już prawie nie było widać. Potem biegł samotnie Bartek, Damian , dalej dwójka niezłych biegaczy (jeden z nich 18.14 na 5km, okazało się że też kolega namówił go do naszego teamu). Potem paru zawodników z poziomu 19-20/5km i ja.
Pierwszy kilometr: 4.17
Przetrzymałem odcinek pod wiatr. Czasami biegłem za, czasami obok, ale po prostu chciałem to przetrwać.
Zbliżał się skręt w lewo w stronę lasu, gdzie był bardzo intensywny zbieg. Kawałek przed zakrętem oderwałem się od swojej grupy i ruszyłem do przodu. Gdzieś na początku zbiegu strzelił drugi km w 3.59. Widziałem, że kilku kolegów ma problem z utrzymaniem równowagi, ja natomiast zbiegłem na pełnej [...] wskakując na 5 pozycję. Przy dobrych wiatrach zakładałem, że uda się ograć nieznajomego a do Damiana (biegającego 16.39/5km) mogę już stracić. W klasyfikacji generalnej liczy się suma miejsc więc to czy przegram o minutę czy sekundę nie ma znaczenia.
3km w 3.46 - był to efekt tego zbiegu. Cały 4 kilometr po lodzie przykrytym odrobiną śniegu zrobiłem w 3.54 - ale tam wiało w plecy.
Biegnąc w trójkę, zbliżaliśmy się do tego wielkiego podbiegu. Tam na blisko 500m zegarek wyliczył 36 metrów przewyższenia zarówno na pierwszym jak i drugim okrążeniu więc te dane są wiarygodne. Absolutnie nie zamierzałem forsować tempa. Nieznajomy kolega wyprzedził mnie, a następnie Damiana na podbiegu i oddalił się na kilka metrów. 5km zamknąłem w 4.28 - ponad pół minuty wolniej niż miesiąc wcześniej. Ten bezsensowny atak pod koniec pierwszego okrążenia kosztował go jednak bardzo dużo i mimo, że biegliśmy wolno (tempo chwilowe nawet 4.40), to minęliśmy go bez problemu kawałek dalej. Teraz do pokonania był 6km (4.21) na przetrwanie pod wiatr a dalej należało pokazać cojones i dotrwać jakoś do mety walcząc ramię w ramię z bardzo dobrym zawodnikiem. Bezdyskusyjnie - nie umordowałem się tak podczas maratonu. Wyjątkowo rzadko doprowadzam się do takiego stanu (np Top Cross w styczniu 2025 gdzie finisz znajduje się po 170m podbiegu).
Nie ukrywam, liczyłem że na zbiegu kolega trochę odpuści, ale nic z tego - obaj biegliśmy na granicy upadku. 7km w 3.44,5 po śniegu i lodzie to dobry wynik. 8km w 3.50,5 - obejmował odrobinę biegu przez łąkę i dalej z wiatrem po lodzie. I tutaj nakładki pomogły - mozolnie, z każdym krokiem oddalałem się o kilka cm. Chwilę wcześniej spojrzałem, gdzie jest Bartek - miał spokojnie z 200m przewagi. Ok zatem powstrzymując odruch wymiotny, ścisk żołądka trzeba było pokazać że nie słabnę i liczyć że kolega za plecami pogodzi się z 4 miejscem. Został jeszcze ten cholerny krzyżacki podbieg. Miałem wrażenie że się zaraz zatrzymam. Krok po kroku zbliżałem się do szczytu wzniesienia. Obejrzałem się przez ramię i wiedziałem, że nie oddam 3 pozycji. Miałem już wystarczającą przewagę. O dziwo do Bartka zbliżyłem się może na 20-30 metrów, ale on już skręcał w prawo na dziedziniec. 10s później zrobiłem to samo - przy czym pozwoliłem sobie na kilkanaście kroków marszu, po czym spokojnie dobiegłem do mety.
Zawody 8.8km z czasem 35.52 (tempo 4.04/km) ukończyłem na 3 pozycji. Z całą pewnością prowadząc się sportowo byłbym oczko wyżej. Nie żałuję jednak. W końcu spędziłem czas z rodziną. Odwiedziłem 3 seniorów rodziny (razem kończyli w grudniu 283 lata!)
Dzień po zawodach poczułem bardzo silny ból w prawej stopie. Tak jakby bolało to główne ścięgno, które widać przy zadzieraniu stopy do góry (tak wiem nie ścięgno, ale przyczep chyba boli

Pewnie to efekt tych podbiegów i nakładki. No nic znowu było 5 dni wolnego - potem 3 dni biegania - potem ból z tyłu kolana (taki przeciążeniowy). Znowu przerwa. Obecnie jestem po 3 dniach truchtania 11-13km i odpukać jest w miarę dobrze.
Jutro Top Cross Torunia na dystansie 6666m w temperaturze -15 stopni przy odczuwalnej -20

A po zawodach uroczystość podsumowująca cykl z 2025 roku, który wygrałem.
Cały czas coś się dzieje, a motywacja do treningów tylko większa.
Choć dla mnie trochę za zimno. Trochę - o jakieś 40 stopni
