Solo Maraton
Samotność długodystansowca w moim przypadku nabrała bardzo realnego znaczenia.
Chyba jako jedyny z forum pobiegłem solo dystans maratonu. Niestety Jacek z przyczyn niezależnych od niego odpadł. Jak było? Bardzo dobrze, mianowicie:
Ostatnie dwa tygodnie przed maratonem to była huśtawka nastrojów. Od bardzo pozytywnych po treningu 10km w 3:58 bieganego na 146(83%) do ciężko bieganych BS i bólu w dupie i nodze, czyli problemów z przyczepem lewego dwugłowego do guza kulszowego. Bolało trochę w dupsku i promieniowało po lewej dwójce. W czwartek było OK ale w piątek przed biegiem ból wrócił i to dość mocny. Już do kierownika nie pisałem. Postanowiłem, że biegnę bez względu na problemy.
W piątek miałem urlop, odpoczywałem i ładowałem węgle. Z piątku na sobotę dobrze spałem, zero stresu. Umówiłem się z kolegą na 8 rano. Pojechaliśmy na odmierzoną trasę. Mniej więcej w połowie prostej jest ławeczka, gdzie czekał mój kolego zaopatrzony w czteropak piwa żeby mu się nie nudziło oraz kilka butelek 0,33ml wody dla mnie. Cała odmierzona kołem miarowym „pętla” ma dokładnie 6239m czyli dostęp do wody miałem mnie więcej co 3 km. Bardzo dobrze. Na prawym nadgarstku rozpiska z miedzy czasami po zakończeniu każdej pętli. Założyłem delikatny NS czyli cztery pętle po 4:16 i trzy pętle po 4:14. Taka taktyka miała dać na mecie czas 2:59:26.
Prognoza pogody była dobra czyli rano około 8C z symbolicznym wiatrem. W miarę upływu czasy miało się dość szybko ocieplać i wzmacniać wiatr. Wiatr oczywiście wiał idealnie wzdłuż prostej czyli ze wschodu. Rano było mi zimno. Miałem koszulkę z krótkim rękawem, rękawki i bluzę. W kieszeniach spodenek żele DR WITT z Lidla. Specjalnie je zachowałem na ten bieg mimo że już lekko przeterminowane. Postanowiłem pierwsze kilometry biec w bluzie. Krótka kilometrowa rozgrzewka łykam jeden cały żel czyli około 45g węgli i wio!!
No i oczywiście od razu po starcie problemy czyli zsuwający się pas z klaty. No myślałem, że @#$%^ mnie strzeli. Przecież jeszcze w czwartek biegłem BSa i nic z nim się nie działo. Nic z nim nie kombinowałem to jakim cudem spada? Do tego zajebisty puls. 145 i więcej !!! No nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Przecież jeszcze nie dawno biegłem na tym pulsie w dużo wyższej temperaturze po 3:58 a teraz ledwie 4:16. @#$%^, myślę pewnie pas luźny albo się zjebał. Po kilometrze wkurwu, odpinam pas w biegu, dociągam, ślinię jeszcze raz elektrody i zakładam. Nie spada, jest OK ale puls dalej w kosmosie. Momentami widzę nawet 150 czyli jestem pod progiem!!! Ja pierdole co się dzieje??? Przecież to powinno iść na pierwszych kilometrach około 135 max 140.
Nic, lekko wkurwiony po około 5km mijam kolegę, rzucam mu bluzę i biorę wodę i lecę już w rękawkach. Cały czas puls w kosmosie. Co chwilę zwalniam, żeby nie wchodzić na 150. Jedyne co mnie ratuje od Paniki to spokojny oddech i bardzo mocne nogi. Kolejne kilometry lecą jeden za drugim. Przy drugim lub trzecim wodopoju nie chwytam butelki. Palce trochę zgrabiałe i mi wypadła. To mnie akurat nie ruszyło. Nie chciało mi się pić.
W końcu na chyba trzynastym kilometrze zacząłem notować puls około 140-143. No myślę sobie, nareszcie @#$%^ się serducho opamiętało. Tylko ile mi to bieganie pod progiem sił zabrało??
Trasa prawie pusta. Od czasu do czasu jakiś grzybiarz na rowerze. Pełne słońce ale trasa jest w cieniu. Piękne kolory, świeże powietrze super bieganie. Jest w końcu dobrze. Kolejne kilometry w przyjemnym bieganiu. Co 6 km jadłem pół żela. Na pierwszym punkcie kontrolnym po 6,24km jestem 5s do przodu, na drugim 10s, na trzecim 20s. To już zbyt szybko ale to olałem i postanowiłem że jadę teraz do końca na równym tempie. W zegarku miałem ustawiony alarm na mocne i wolne tempo, czyli 4:10 i 4:20. Biegnę bardzo równo, może 2-3 razy piknęło, że zbyt mocno. Zajebista funkcja.
Dziwie się że prawie nikt z tego nie używa. Po początkowych kłopotach wszystko idzie pięknie.
O dziwo nikt mnie nie wyprzedza ani ja nikogo nie wyprzedzam. Biegnę na pierwszej pozycji.
Pozbywam się rękawków bo zaczyna mi się ciepło robić. Pierwsze krople potu na czole.
Zaczyna narastać zmęczenie ale wszystko tak jak to sobie wyobrażałem. Na około 25km wcinam całego żela, jest git. Na 29 km dobiegając do nawrotki na parkingu, zaczyna mi po głowie krążyć pomysł żeby tak może trochę docisnąć i powalczyć o coś więcej jak lekkie sub3 ???
Nawrotka, wejście na prostą i po chwili około 600m lekki podbieg na którym odrazy dostaję wiaterkiem w ryj. Nie, nie był to mocny wiatr nawet nie wiatr. Taki wiaterek w porywach troszkę mocniejszy ale @#$%^ zaczął zabierać. W połowie podbiegu nagle nie wiem czemu JEB trzy szybkie szarpnięcia w lewej dwójce. Jakby mi ktoś trzy razy prąd przyłożył. Aż mi się lekko noga ugięła.
No pięknie @#$%^, znowu to samo co w zeszłym roku jak zaliczyłem na 30km DNF. Odruchowo lekko zwalniam i maksymalnie staram się rozluźnić uda. Tempo spada do 4:25. Jestem zesrany ze strachu. Jeszcze 12km a mi już moje cudowne dwójki siadają. Od razu porzuciłem myśli o przyspieszeniu chociaż kopyto jeszcze było i skupiłem się na jak najluźniejszym biegu. Podbieg się kończy i wracam do tempa. Jakoś idzie ale optymizmu w głowie już nie ma. Biegnę bo co mam zrobić? Mogę ewentualnie z kumplem browca walnąć jeśli jakiś mu jeszcze został. Zmęczenie powoli narasta. Piję wodę wcinam pół żela. Zaczyna narastać zmęczenie ale jest OK. Tak jak powinno być na tym etapie.
Na 35km już czuję mocno nogi. W Połowie 36km znowu nawrotka pod wiatr i na lekki podbieg. Jestem w czasie ale zgubiłem kilkanaście sekund.
Poi nawrotce i wejściu na prostą na wiatr mnie trochę przygięło, zaczęła się walka i chyba się spiąłem bo znowu ta sama historia z lewą dwójką. Staram się rozluźnić ale już ciężko bo nogi ciężkie, spięte mięsnie i ubite. Jakoś puszcza, po chwili podobne uczucie w prawej nodze, puszcza. I tak biegnę dalej. Dwa, trzy razy jakby łapało mi całe nogi na ułamek sekundy. Wkurwiałem się bo czułem że jeszcze jest moc. Owszem byłem już bardzo zmęczony ale cały czas trzymałem tempo. Nie było ściany, zjazdu. Tylko problemy z tymi cholernymi dwójkami. Z tych nerwów zapomniałem o żelach. Łapię wodę od kolegi i krzyczę mu żeby już szedł na linię mety. Cisnę pod lekki wiatr modląc się żeby dobiec w końcu do końca prostej i zawrócić na ostatnie około 3km z wiatrem. W połowie 40km nareszcie dobiegam i zawracam. Bardzo ostrożnie, wolno po łuku, żeby czasem zbyt mocno nóg nie obciążać. Wchodzę na prostą i wio. Te trzy kilometry były odczuciowo najgorsze w całym biegu i jedne z trzech najwolniejszych(31km 4:23 ten z przykurczami, 37km 4:20; 38km 4:23) reszta równo poniżej 4:20,
Teraz z lekkim wiaterkiem w plecy. Mniej więcej płasko. Nagle zaraz po nawrotce zegarek pika 4:59.
Nie wiedziałem czy piknął taki chujowy czas całego ostatniego kilometra czy, że tak mocno chwilowo zwolniłem. Teraz wiem że to był alarm na tempo chwilowe, które spadło na nawrotce ale podczas biegu wystraszyłem się, że tak słabo pobiegłem cały kilometr i że jestem z czasem już na styk a nie z 30 sekundowym zapasem. Dociskam, 39km kończę z czasem 4:16. Ok, myślę przestałem tracić ale pewnie jestem na styk. Trzeba cisnąć ale nie mogę na chamca bo się boje o dwójki. Jeszcze staram się rozluźniać. 40km również w 4:16. Zaczyna mnie znowu lekko szarpać. Znowu się wkurwiam bo jest siła w nogach ale @#$%^ szarpie. Znowu lekko zwalniam 41km w 4:20. Mijam kumpla trzymającego wodę ale go mijam. Teraz już jest leciutko z górki. Patrzę na zegarek, z dystansu wychodzi że chyba nie zdążę. Przestałem myśleć logicznie. Ogień, co ma być to będzie. Zapierdalam i wyczekuję wielkiego M na asfalcie. Zapierdalam już poniżej 4:00. Nogi idą jak złoto. Cały czas czułem że mam zapas tylko te zasrane dziwne odrętwienia w dwójkach. Ostatni pełny kilometr wpada w 4:02!!! Nareszcie jest Meta, łapię czas 2:59:13.
Debil ze mnie bo nie potrzebie zapierdalałem. Ogromne ryzyko. Trzeba było tyko logicznie myśleć to bym wiedział, że jestem idealnie na czasie. Gdybym na ostatni kilometr pobiegł normalnie czyli w 4:15 to byłby czas co do sekundy taki jaki zaplanowałem.
Nawet kolan nie podparłem. Bardzo duże zmęczenie ale do jakiegoś wyczerpania daleko.
Bywałem już dużo bardziej wymordowany po maratonie. Nogi oczywiście napierdalały, żeby nie było nieporozumień.
Przychodzi kumpel, gratulacji i zdjęcia.
Podsumowanie:
Mogę napisać że do trzech razy sztuka mimo że to był mój 10ty maraton.
Dwa lata temu biegłem na 3:15 ale na 39km skurcze i skończyłem w 3:19
Rok temu biegłem na 3:05 ale zaliczyłem DNF.
Za trzecim razem zaskoczyło. Przygotowanie i pogoda do której w poprzednich biegach nie miałem szczęścia.
Pogoda: lekki narastający wiatr ze wschodu wzdłuż trasy. Początek 8C koniec 18C w słońcu.
Kadencja 187, długość kroku 125cm(tu są ogromne rezerwy)
Mój kierownik to geniusz. Przygotował mnie super z czterech treningów w tygodniu.
Zajebistą formę miałem już na początku lipca. Jak on mnie dociągnął aż do 19 września to nie wiem. Owszem nie była to jeszcze forma maratońska a raczej pod HM i miej ale byłem prawie pewny że tego nie dowieziemy. Łącznie z pandemicznymi treningami które były bardzo ciężkie miałem 21 tygodnie zapierdalania. Odjąłem pierwszy i ostatni bo były truchtane. Mimo że poszło super mam wrażenie że trzeba to było biec 2-3 tygodnie wcześniej ale tego pewny nie jestem. Weszło i tyle. Ten bieg oraz jak łamałem 4 godziny to moje najlepsze biegi. Nie było ściany. Równo mocno do końca. Jestem bardzo zadowolony.
W tym roku zrobiłem ogromny postęp. Nie z wagi bo 63kg/180cm to mam już od ponad roku.
Treningi pod pandemiczny tysiak wyniosły mnie na inny poziom. Tempa które kiedyś były całkowicie niewyobrażalne stały się spokojnie wykonywalne. To były całkowicie inne bodźce dla organizmu który dostał kopa. Jakby turbo włączyć.
Kierownik też mi powiedział że te treningi bardzo dużo dały.
To jest dowód, że nie ma co się długo trzymać jednych i tych samych metod. Zmiany, nowe bodźce dobrze działają. Pchają do przodu. W życiu też tak jest.
Co dalej? Teraz tydzień luzu i zaczynam treningi pod 10km w Nysie 11 listopada.
Tam chcę pobiec poniżej 39 minut.
Potem roztrenowanie i przygotowania pod kolejny maraton. Znowu zapiszę się do Łodzi na 11 kwietnia. Rozmawiałem z kierownikiem jak to będzie mniej więcej wyglądać.
Najpierw szlifujemy znowu szybkość ale nie pod 1km ale pod 10km potem zmieniamy na treningi już czysto maratońskie . Ile tygodni pod 10k a ile pod maraton, tego jeszcze nie wiem.
Będzie dużo biegania pod 10km bo przed roztrenowaniem będę miał przecież 7 tygodni treningów do 10km w Nysie. Nowe bodźce więc mam nadzieję na kolejny progres.
Aha, w Łodzi chcę znowu pobiec sub 3. Jeśli się uda wtedy pomyślimy o mocniejszym bieganiu.
Ufff ale się rozpisałem!!!!
Pozdrawiam wszystkich trzymających kciuki
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.