Teraz jest Śr, 19 lutego 2020, 06:50

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 457 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 27, 28, 29, 30, 31
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: mihumor- Pół wieku poezji czyli bełkot z równi pochyłej
Nowy postNapisane: Śr, 15 stycznia 2020, 14:06 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6288
Lokalizacja: Kraków
Półśmieszne domykanie półwiecza

Ostatni tydzień września luźniejszy, 65km w pięciu jednostkach z dniami odpoczynkowymi po akcentach. Do tego dużo przykładania lodu do ścięgna, mocny środek przeciwzapalny w tabletkach, terapia manualna i masaż. To wszystko zadziałało od razu tak, ze aż się zdziwiłem i huśtawka z poziomu wychylenia w obszary rezygnacji przeleciała na wychylenia superoptymistyczne. Obrzęk ścięgna zszedł, uczucie ciepełka także znikło, bolesność się zmniejszyła i w zasadzie była spora tylko w dniach poakcentowych. Organizm na mniejszych kilometrach nagle złapał świeżość i końcem tygodnia machnąłem 14 km ciągłego w TMie ze średnią 4.02 i weszło pięknie. Wynikowi na pewno pomógł też super warunek ale jak mawiał klasyk warunek sam nie biega i głowa zaraz przeliczyła te cyferki na odcinek łączący pewną dziurę w Attyce z Atenami i to działało na wyobraźnię jak i na motywacje. Wrzesień zamknąłem przebiegiem 380 km - nieźle w sumie jak na gościa z naderwanym ścięgnem. Kolejny tydzień to też 5 jednostek ale już 78 km, dłuższe jednostki, tempo ciągłego 4.03 wiec jest jakaś powtarzalność, dojadam do końca prochy i ból nawet w dniach po akcentach jest sporo mniejszy, rzekłbym niewielki. Jestem bardzo zadowolony. Tak bardzo, ze postanowiłem to wszystko spieprzyć. Było 3 tygodnie do maratonu, ścięgno wydawało się ok, tempa ciągłych też dobre a obawę tylko miałem o wytrzymałość czyli zupełnie inaczej niż zawsze. W poniedziałek wiec olałem porady ortopedy i pobiegłem sobie 29 km longa. Weszło fajnie ale dzień później ból achilesa był spory. No po longu boleć musi. Ale ten ból niestety pozostał po tym wybryku na większym poziomie już do maratonu. Druga przyczyną mogło być zejście z zażywania środka przeciwzapalnego. Nie chciałem jednak do tego wracać bo obawiałem się o żołądek i nie chciałem tego już brać w BPSie. Nie było już tak sielankowo ale też bez tragedii. Machnąłem tydzień 89km na 5 jednostkach i nagle na dwa tygodnie przed startem zaobserwowałem spory postęp na wadze, zszedłem do 73 kg tak jakoś niespodziewanie. To już była prawie waga startowa. Przedostatni tydzień to już luzowanie i oszczędzanie członków bo samo bieganie szło lepiej, luźniej i jakbym wzrósł. Ostatni ciągły (15 km) przed startem miał pokazać mi gdzie jestem. Zacząłem dosyć spokojnie i na budziku pierwsze dwa km-y zamknąłem bardzo spokojnie po 3.59. Nie cisnę a idzie, bomba, może to efekt tej mniejszej masy i wyostrzenia formy? Każdy to zna z treningów, idzie to nagle wydarzyło się ten cud na jaki się liczy, takie czary i otrzymanie łaski od bóstw biegania. Ale cudów nie ma i z gówna bata nie ukręcisz. Trzeci km jeszcze szedł ale potem to nagle koniec premii i walka o byt przy tempie 4.05. Miałem przerwać tą nierówną walkę ale zwarłem p[oślad i w mękach to dojechałem po 4.05, średnia wyszła 4.03 ale w porównaniu do biegnięcia tego równym tempem to to była lekcja pokory. Dobrze, ze ja dostałem na krakowskiech błoniach a nie na frankfurckim Mainhatanie. Miałem dowiedzieć się gdzie jestem ale dowiedziałem się tylko gdzie mnie nie ma. Bolesna lekcja. Po tym trenie byłem tak zmęczony i dojechany, ze czułem to w nogach do końca tygodnia. Ostatni akcent w piątek, nie wiedziałem co biegać bo czułem się zmęczony i lepiej byłoby chyba poleżeć. Ale obowiązek i przyzwyczajenie zmusiło do ruszenia dupy. Nie wiedziałem co biec bo czułem się anemicznie wiec pomyślałem, ze sobie tak nie zobowiązująco pobiegam odcinki w tempie nieco szybszym niż TM. Tyle, ze pierwszy odcinek to totalny brak mocy i ledwie w TMie to szło wiec podumałem, ze zrobię może dwie piątki w TMie. Po pierwszej piątce czułem się tak słabo, że pomyślałem by biec dalej by wyjaśnić temat czy jest totalna padaka czy też tylko słabszy dzień. No i dobrze, ze pobiegłem bo jakoś się rozbiegałem, jakoś zaczęło iść. Nie, że super i nagle łoł, po prostu szło jakoś tak jak odśnieżanie podwórka, jak zwalanie węgla do piwnicy. Mozolnie ale szło, 4.03 na końcu i choć bez błysku to na końcu po 10 km byłem umiarkowanie zmęczony.
Kilka dni później klik i przeskoczyłem do M50. Siedzę i grzebie widelcem w torcie a dupę ściska lęk przed maratonem bo achiles jednak boli nieco a i do swego przygotowania nie mam zaufania.

Kwestie parytetu

O przygotowaniach Lidki też coś wspominałem i one równolegle szły z moimi przy zastosowaniu tej samej metody treningowej. Plan był by biegała po 50-80 km/tydzień i by próbować we Fra łamać 3.15. W sierpniu było dosyć słabo ale powolutku szło do przodu. We wrześniu zaczęła na ciągłych osiągać poziom na 3.15 ale treningi dobre przeplatała bardzo słabymi. Brakowało powtarzalności i wyglądało to dużo słabiej niż rok wcześniej gdy wszystko wchodziło tak jak było napisane i nawet był lekki zapasik. Teraz to szło słabiej, w kratkę co nie działa zbyt dobrze głównie na głowę. Końcem września w najcięższym objętościowo tygodniu pobiegła w miejsce treningu w Biegu Kobiet - dwa kółka krakowskich Błoń czyli tak ok 7km. Była piąta open (na 1500) i mało straciła do podium niemniej wynik nie był rewelacyjny (tempo 4.19) choć może też nie jakiś zły bo bieg na zmęczeniu treningowym. W październiku dalej szło to w kratkę ale więcej było symptomów, że forma rośnie i plan biegu na łamanie 3.15 nie wydawał się już być czymś życzeniowym a raczej jawił się jako pewna sportowa zuchwałość, która pozwala robić wyniki na 110% przy wsparciu doświadczenia, które pozwala na takie rzeczy ze spokojna głową i z wyrachowaniem wierząc w wypracowaną wytrzymałość i tradycyjną, bezwarunkową twardość i determinacje do samej mety. Ja zaczynałem w to wierzyć a poza tym co było do stracenia. I tak sobie siedzieliśmy w nerwowym milczeniu celebrując nasze urodziny praktycznie w wigilie wyjazdu do Frankfurtu.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Pół wieku poezji czyli bełkot z równi pochyłej
Nowy postNapisane: Cz, 16 stycznia 2020, 12:59 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6288
Lokalizacja: Kraków
Klimaty maratońskie - wersja niemiecka

W piątek 25.10 lecimy do Frankfurtu. Po południu odbieramy pakiety i zwiedzamy bardzo duże targi. Stoisk jest mnóstwo a oferta wszelakiego sprzętu biegowego i ogólnie sportowego jest ogromna. Żona sobie kupuje za 90E nowe Bostony bo rozważa czy biec w nówkach czy w starych co mają za sobą wiele maratonów i innych startów i są już na ostatniej swojej prostej. Wzięła też z domu Zante Pursuit ale nie była do tego buta przekonana jako do startówki na maraton i mocno się wahała. By sobie utrudnić wybór kupiła jeszcze te nowe Bostony i zaczęło się rozważanie, które wziąć na bieg. Ja niczego nie rozważałem bo jako startówkę miałem przygotowane NB Zante Pursuit w kolorze niebieskim. Na targach kupiliśmy kilka drobiazgów ale najbardziej podobało nam się stoisko Hoki. Ja zrobiłem jedną szybką rundkę w wokół hali w pięknych i leciutkich butach Hoka Carbon Rocket co to ponoć jest odpowiednik Nike Vaporflya. Oboje jednak mielismy juz stan stresu przedstartowego i w takim nerwie ciężko coś kupić czy wybrać, to oglądanie sprzętu to było raczej zabijanie czasu.
Stres przedstartowy u mnie ma pewien związek z długością dystansu startowego. Powiedzmy, ze bieg jest w niedzielę to gdy to jest maraton nerwy zaczynają się już w poniedziałek, przy połówce w czwartek a przed 10km tow sobotę dopiero po południu. Podobnie miałem z triatlonem, dłuższy dystans dłuższy nerw.
W sobotę była piękna pogoda, normalnie przysłowiowa złota niemiecka jesień. By się odstresować i zrelaksować wsiedliśmy w metro (pociąg w zasadzie) i pojechaliśmy do Moguncji. Kilka godzin leniwego, niezobowiązującego zwiedzania miasta, które na pewno warte jest uwagi. Przy okazji solidne nawadnianie i tankowanie węgli w roztworach Vitargo oraz w formie makaronu. Do tego trochę rozmów o taktyce i warunkach bo to już można było połączyć i snuć twardy plan na bieg. Ja stwierdziłem, ze biegnę na 2.52 czyli tempem przelotowym 4.05 i jak mi coś zostanie to może atakuję a jak nie to bronie 2.54. Żona zaś miała się zabrać z grupa na 3.15 i się ich trzymać, jeśli zaś będą biegli za szybko to ich po prostu odpuszczać i trzymać swoje tempo do skutku. Temperatura na starcie miała być koło 8-10 stopni, średni wiatr zachodni nieco utrudniający bieg na odcinku 14-28 i może trochę lekkiego deszczu na drugiej polówce. To meteo idealnie się sprawdziło. Przyjeliśmy, że lecimy na krótko plus rękawki, nie bylo za bardzo co rozważać.
Noc przespaliśmy zupełnie dobrze bez nerwowości i to było bardzo pozytywne. Gorsza rzecz, która w niedzielę rano wyszła to było to, ze Lidka obudziła się z silnym bólem w karku i górnej części pleców. Próbowałem jej to rozmasować i potraktować maścią przeciwzapalną ale to nic nie dało. Nie było już czasu by cokolwiek z tym zrobić i ustaliliśmy, ze jeśli to będzie jej bardzo w biegu przeszkadzać to ma po prostu zejść z trasy i sobie odpuścić. Niefart jak cholera. Sprawa doboru butów spada z wokandy i ubiera, stare, wysłużone Bostony.
Nasz hotel był około 600m od miejsca startu. Przetruchtaliśmy się więc pod Festhalle i to była nasza cała rozgrzewka zresztą nigdy przed maratonem jakoś specjalnie się nie rozgrzewamy, stawiamy raczej na oszczędzanie energii i rozgrzewką jest po prostu pierwsze kilka kilometrów. W okolicy startu ludzi aż czarno i nie było co się zastanawiać tylko trzeba było się zmieszać z tłumem i pchać się do strefy by zając tam dobre miejsca (Lidka narzeka na ból pleców :grr: ). Strefy we Frankfurcie są bardzo duże i warto naprawdę wejść w nie nieco wcześniej by potem nie przedzierać się przez tłum. Rok temu biegnąc tempem poniżej 4 minuty to w tłumie biegłem w zasadzie pierwsze 10km. Spóźnienie do strefy to bankowe przebijanie się przez tłum trójkołamaczy i ludzi biegnących na nieco słabszy wynik. To jest pewnie grubo ponad tysiąc ludzi. Coś takiego przerabiałem kiedyś w Walencji gdzie przebicie się przez wielką grupę biegnącą na 3.00 zajęło mi 5km i to było bardzo nerwowe i szarpane 5km. Żona miała łatwiej bo biegła ze strefy 3-3.15 na łamanie 3.15 wiec spokojnie mogła startować z końca tej strefy. Teoretycznie oczywiście spokojnie.
W strefie do momentu startu stałem 20 minut i cholernie mi się ten czas dłużył.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Pół wieku poezji czyli bełkot z równi pochyłej
Nowy postNapisane: Pt, 17 stycznia 2020, 13:53 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6288
Lokalizacja: Kraków
Ostatnia frankfurterka hrabiego Barry Kenta

Stojąc w strefie głównie myślałem o achilesie i o tym czy on wytrzyma. Ostatnie dwa tygodnie może nie były złe ale sytuacja była daleko od dobrze. Tkliwość było odczuwalna nawet przy chodzeniu i całą sobotę przetuptałem w butach z przydepniętym zapiętkiem robiąc z niego laczek. Może nieco schizowałem ale z naciskiem na trochę bo to były jednak odczucia realne i zderzały się z ciężarem maratonu. Druga obawa to jak noga mnie będzie bolała po? Czy będę mógł chodzić dzień po? To nie było pieprzenie bo po 15km ciągłego dzień po bolesność była spora a 15km do całego ma się jak Pustynia Błędowska do Pustyni Gobi. Jak szum po trzech głębszych do poważnego kaca giganta. Ale te myśli odpędzałem, tym się zajmę później. 20 minut stresiku to cholernie duzo czasu na przemyślenia.
Ale już The final cauntdown jeno po niemiecku i poszli konie po betonie.
Tłum w strefie ruszył do przodu radośnie i bez obcinki, od razu wchodzę na tempo przelotowe, bez rozbiegówek i przyczajki bo muszę biec za tymi przede mną a uciekać przed tłumem za mną uważając mocno bo taki bieg w takiej ciasnocie na początku tego wymaga. Rok temu było podobnie ale teraz dziwnie dużo ludzi bardzo wolną biegnących ustawiło się na początku pierwszej strefy. Kilka razy musiałem brutalnie przepchnąć się pomiędzy dostojnie truchtającymi koło siebie kilkoma kolesiami, którzy pod wpływem mojego zdecydowanego działania gromko rzucali za mną gównem po niemiecku. Jakbym się nie spieszył musiałbym dać w ryj. Nie za gówno tylko za głupotę. Ale widać kretyni nie tylko w Polsce rodzą się tłumnie na kamieniu. Rok temu tego nie było chyba.
Pierwsze piątka kręta i pomiędzy wieżowcami Mainhatanu w odbiorze identyczna jak rok wcześniej. Biegnie mi się źle i ciężko a ruch w tym tempie w tłumie jest mocno upierdliwy. Garmin pokazuje głupoty ale tempo na znacznikach trzymam równo jak trzeba. Taktycznie jest super, fizycznie do dupy. Druga piątka już nieco lepsza, zaczynam się adoptować i biegnie się nieco lepiej a tłum zamienia się w grubego węża. Dalej jest to dla mnie powtórka z rozrywki tak w odczuciach jak i w odbiorze. Mimo tego jestem w 40.50 na dychu. Wciąż mam deja vu bo ponownie na odcinku 10-15 zaczyna mi się biec dobrze, zaczynam łapać rytm i trans i podkręcam tempo na 4.03. Gruby wąż zamienia się w potężne grupy biegnące jedna za drugą i moja zaczyna trzymać tempo 4.03 co mi odpowiada. Po 14 kmie zaczynamy biec na prosto w kierunku zachodnim i łapiemy nieco upierdliwy wiatr z przodoskosu. Trasa tak biegnie do 28kma wiec tu sie kończą podobieństw z poprzednim rokiem gdyż ten odcinek wtedy był z mocnym wiatrem. Trzymam się w grupie ale ten skośny kierunek wiatru utrudnia trochę skuteczne schowanie się i choć to nie jest mocno uciążliwe to myślę, ze 1-2 sek na kilometr ten wiatr odbiera. Szybko kalkuluję, że to są małe straty i jest bardzo dobrze a tempo wychodzi na 2.52. Po drodze dogania mnie wysoki Polak z napisem Wojciech na numerze, wymieniamy kilka słów i on przyspiesza, wyprzedza moja grupę i potem długimi kilometrami widzę go w grupie nas wyprzedzającej. Połówkę łapie w 1.25.45 i to jest prawie dwie minuty wolniej niż rok temu ale tamten wynik był w innym życiu i teraz walczyć trzeba o inne cele. Z pokorą. Staram się dalej biec spokojnie, wieść się w grupie możliwie tanio i odcinać kolejne kilometry. Z każdym kilometrem plecak mentalny biegu z kontuzja staje się coraz lżejszy i coraz bardziej dochodzi do głowy, ze to się uda, ze dobiegnę - to bardzo pomaga Gdzieś na 28ym schodzimy z linii wiatru, który muszę przyznać był stosunkowo łaskawy i niespecjalnie mnie nadgryzł. Niemniej od razu zaczyna mi się biec lżej czego nie mogę powiedzieć o mojej grupie bo miast podkręcić tempo to widzę, ze ono spada. Czułem się dobrze wiec postanowiłem pociągnąć i nieco podkręciłem by grupa trzymała tempo jak wcześniej. Oni tego nie podjęli i szybko zastali trochę z tyłu i od tej pory do mety już biegłem sam wyprzedzając już nie wąż biegaczy a raczej rozwleczony regularnie różaniec zbudowany z pojedynczych koralików. Na 30 tym jest ok i pierwsze objawy większego zmęczenia to 34km. Od tego momentu te 4.05 to już nie jest spokojne plumkanie ale z każdym momentem coraz mocniejsze ściskanie pośladu. Tu gdzieś wyprzedzam Wojciecha do którego nic nie mówię bo ból na jego twarzy wyraża wystarczająco wiele. Wciaż staram się biec możliwie tanio, na tej granicy tempa za którą już jest tylko ból i droga do zatracenia. Od 35tego wracamy na Mainhatan, Garmin przestaje być pomocny a moje zmęczenie buduje się szybciej na potężnym fundamencie. Wiem, ze delikatnie zwolniłem ale to są straty typu 2-3 sek na kilometrze i je ignoruję bo wiem, że to co zarobiłem wcześniej daje mi ten komfort. Komfort biegu na małej stracie. Nie walczę przecież o sekundy tylko o minuty i wiem, ze to planowane 2.52 trzymam pewnie i tego staram się nie stracić tym bardziej, ze zaczęło mżyć i jest delikatnie ślisko co też nie ułatwia walki i robienia tempa. Biegnę z wyrachowaniem zostawiając ostateczną decyzję na 40kilometr. Wtedy albo walka albo bezpieczne dowiezienie wyniku. Ocena możliwości.
No i jestem na 40tym, 2.43.09 . Głowa szybko kalkuluje, ze trzeba to pobiec niżej 8.50 by złamać 2.52. Odcinek tempem poniżej 4 minuty a ja jestem cholernie już zmęczony (widać to fajnie na filmiku z 40kma gdzie strasznie dziwnie i rozpaczliwie pracuje rękoma). Postanawiam podjąć rękawicę i podkręcam najpierw kilometr po 4.00 a ostatnie 1,2kma już ile jest na składzie. Wszystkie nogi na pokład. Cisnę już bez sprawdzania tempa i z 50 m przede mną widzę grupkę 4 gości i dziewczynę - też cisną. Cel motywacyjny to ich dogonić. Mozolnie i powolutku zbliżam się do nich i na znaczniku 42km tuż przed skrętem na tereny targowe siedzę im już na ogonie. Dobiegamy do bramy Festhalle gdzie się zrównuje z nimi, A potem to wjazd w hali na czerwony dywan, doping, światło i dźwięk oraz brama mety. Jest, mam to, 2.51.55. Cieszę się bardzo, może nie tak jak przy biciu życiówki ale jednak się cieszę. Jestem równie zmęczony co szczęśliwy. Fajnie, ze się zebrałem na 40 tym, ze powalczyłem mocno, ze nie odpuściłem. Jeszcze żyję, jeszcze jestem, jeszcze biegnę. Tak się buduje szacunek dla samego siebie. To jest cholernie ważne i to jest wielka wartość.
Pod halą walę trzy browary (no alko :chlip: ), biorę medal i wychodzę ze strefy mety. Z nikim nie gadam. Samotność długodystansowca. Także za metą.

"Biegnij Lola biegnij"

Wychodzę ze strefy i myślę o Lidce, czy biegnie, czy może zeszła z trasy z powodu bólu pleców. Widzę grupkę Niemców, którzy obczajają wyniki w telefonie. Proszę ich o sprawdzenie jak idzie mojej żonie. Gość daje mi komórkę, wpisuje w szukajkę jej numer i widzę, ze ona już jest na 40 tym, że połówka na 3.15 a potem każda piątka coraz szybciej, że ma minutę zapasu. Patrzę na to jak idiota, nie dociera to do mnie początkowo. Szybko wiec wchodzę do hali, przepycham się bezczelnie do barierek i staję w pierwszym rzędzie publiki. Czekam. Gdy widzę ja w bramie hali to czas brutto jest jeszcze poniżej 3.15 a ona biegła z drugiej strefy więc ma to na bank. Drę się jak popieprzony gdy przebiega, gdy widzę, że ona na tej ostatniej prostej się po prostu uśmiecha finiszując. 3.13.52 zrobione w pięknym negative splicie, 4 te w kategorii' Petarda.
Na początku w strefie nie widziała baloników na 3.15, chyba gości e za późno weszli do strefy i stali na samym końcu albo biegli na początku trzeciej strefy. Przed 15tym ta grupa ją wyprzedziła i gnali jak poparzeni. Stwierdziła, ze biegnie swoje i ich odpuszcza. Po 30 tym ich wyprzedziła, sił starczyło do końca i że biegło się super a plecy trochę przeszkadzały ale nie jakoś specjalnie.
Tytuł z filmu Toma Tykwera będącego zabawą konwencją "Przypadku" Kiślowskiego. Tak jakoś mi się nasunęło bo w sumie to my obije zaczęliśmy biegać przez przypadek i nasze tam bycie wtedy to efekt takich wielu, wielu przypadków

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Pół wieku poezji czyli bełkot z równi pochyłej
Nowy postNapisane: Wt, 21 stycznia 2020, 12:36 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6288
Lokalizacja: Kraków
Być jak Angela Merkel

Około godzinę po biegu odezwał się do mnie achilles i nie był to telefon spod Troji, dwie godziny po zaczął boleć a ja miałem problem z normalnym chodzeniem. Ale jakoś łaziłem co było i tak znacznie powyżej moich oczekiwań. Spodziewałem się, ze z jakimkolwiek chodzeniem może być problem a tu taka miła niespodzianka. Wieczorem siedliśmy w barze hotelowym z Sikorem przy browarku i snuliśmy kombatanckie wspomnienia. Od barmana dostałem dużą reklamówkę lodu, który przykładałem do pięty aż po godzinie zrobiła się kałuża na podłodze.
Byłem zadowolony z tego startu i z tego wyniku, te 2.51 to był maks na jaki mogłem liczyć i z tego przygotowania i stanu więcej urobić się nie dało, może z 30 sek szybciej byłoby do zrobienia ale 2.50 to już było poza zasięgiem i nawet z treningów takie coś liniowo nie wynikało. Diagnoza o pewnym braku bazy też była słuszna bo na ostatniej dyszce walczyłem o przetrwanie i oprócz docinaka 40 meta to była mocna defensywa, prawie obrona Częstochowy. Z drugiej strony tak też bywało gdy byłem super przygotowany więc by to był klarowny wniosek to trochę mało. Wynik jednak niezły i na pewno wstydu nie przynosi a i z samego biegu mogłem być zadowolony bo była taktyka, była realizacja, był spokój i była walka do końca o wynik czyli wszystkie składowe dobrych zawodów.
Żona stwierdziła, ze pierwszy raz jest zadowolona z maratonu :jatylko: :jatylko: :jatylko:
Jak to pierwszy, a rok temu drugie w kat? a miejsca na pudłach? Życiówki? Nawet wygrywanie kategorii?
Rzekła, ze rok temu ten brak sekundy do złamania 3.15 to był pewien szkopuł a teraz było git i nawet 4 te miejsce w kat jest idealne, bo nie trzeba będzie tu znowu biegać :hahaha: :hahaha: :hahaha:
Ok, to są swego rodzaju argumenty bo każdy ma tu swoją krzyżową drogę i sam sobie wyznacza stacje na niej.
Rano pokicaliśmy na lotnisko, ja mocno włóczyłem lewą nogą ale niespiesznie mogłem poruszać się o własnych siłach co było bardzo pozytywne. Teraz mogłem ze spokojem sumienia zrobić 4 tygodnie przerwy jakie zaordynował ortopeda na zrośniecie się tych zerwanych fragmentów ścięgna. Zapowiadał się statyczny listopad i jesienna deprecha.

Na lotnisku siedzieliśmy chwilę bo samolot nam się spóźnił. Lidka zaczęła przeglądać Frankfurter Allgemeine Zeitung a tam na pierwszej stronie lokalnej wkładki duże zdjęcie z maratonu, na którym tłum biegaczy przetacza się przez bramę startową biegu. A na samym środku tego zdjęcia bardzo widoczny, w swojej oczojebliwej, pomarańczowej koszulce kto?

Łubu dubu, łuubu dubu Prezes Naszego Klubu.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Pół wieku poezji
Nowy postNapisane: Cz, 23 stycznia 2020, 14:56 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6288
Lokalizacja: Kraków
My name is Fly. Zoom Fly

Po maratonie 4 tygodnie przerwy. Zero biegania, delikatnie popływałem bo i z rowerem miał być szlaban. Mój biegowy mental nie podupadł jednak jak rok wcześniej bo skala problemów oraz czas przerwy były z zupełnie innej bajki. Maraton mnie naładował pozytywnie i miałem na tej przerwie duży głód biegania. Z braku laku szukałem butów treningowo startowych do biegania zimą i tym tematem zabijałem swój głód i wolny czas. Po opisach forumowych zainteresowały mnie Nke Zoom Fly jako treningowy odpowiednik nieco groteskowych ale skutecznych rekordowych Vaporfly-ów co to może nawet one dopingiem technologicznym są. Pierwsza przymiarka i odczucia mieszane bo but na dzień dobry arcydziwny zwłaszcza przy chodzeniu. Ten mankament w biegu znika niemniej mimo niespecjalnie dużego spadku deklarowanego przez producenta (8mm) odczuwalnie ma się wrażenie, ze ten spadek jest dużo większy. Ja z racji problemów z achilesem i wystającą kością piętową, która powoduje nieustanne napięcie tego ścięgna szukałem czegoś ze spadkiem wiec to było na plus. Druga rzecz, która mnie przekonała to cholewka bez żadnych wzmocnień i usztywnień oraz z totalnie miękkim zapiętkiem. Takie coś to ja kocham i ubóstwiam wiec dokładając do tego pochlebne recenzje userów nabyłem sprzęta mimo tego, że pierwsze wrażenie powinno go skreślać. Końcem listopada wróciłem do biegania. Początki tym razem nie były trudne i biegało się bardzo dobrze. Na początek rytmy, zabawy biegowe z krótkimi i bardzo szybkimi odcinkami (np 20x200m R/200m trucht itp), różne podbiegi itp. Niestety ścięgno przy kości piętowej zaczęło boleć od pierwszego wejrzenia albo od pierwszego treningu. Nie wiedziałem czy to się nie zrosło czy po prostu ta cholerna kość wali w achilesa i boli. Mimo tego biegałem po 50km tygodniowo i szybko złapałem korelacje pomiędzy butami a tym bólem. W zasadzie każde inne buty poza Flyami i Zantami przyczyniały się do dużej bolesności. Trening podbiegów w Speedcrossach (mają masakrycznie twarde zapiętki)doprowadził do takiego bólu, ze miałem kłopoty dwa dni z chodzeniem. Po połowie grudnia przeniosłem wszystkie treningi na Fly i Zante co poprawiało sytuację ale miało taki mankament, że w obu tych modelach bardzo marzną stopy. Szczęściem w tym nieszczęściu jest zima co to nie jest zimą. Powolutku zaczął pojawiać się w grudniu drugi problem, który miałem też wiosna gdy zaczynałem biegać po pięciomiesięcznej przerwie - ból koło tzw gęsiej stopki po wewnętrznej stronie lewego kolana. Początkowo to trochę bolało i miałem nadzieję, ze to kwestia chwilowa jak wiosną i jakoś się rozejdzie wraz z adaptacją. Temat jednak nie przemijał i narastał powoli niemniej dało się biegać. Przed świętami po kolejnej serii podbiegów (w Speedcrossach) noga tak mnie zaczęła nawalać zarówno przy kości piętowej jak i przy kolanie, że postanowiłem dać sobie z tym spokój i zrobić przerwę do nowego roku. Ale wiecie jak to jest, z 3 dni posiedziałem na dupie, bóle się zmniejszyły a warunek był dobry to stwierdziłem, że jeśli będzie się biegło ok to zrobię sobie 10 km ciągłego i na tym zamknę temat. To był taki akt desperacji, takie "Boże tylko jeden taniec". Trening niespodzianie wszedł dobrze, nic nie bolało a i tempo wyszło zacne bo średnia 4.02 została nabiegane z dużą łatwością. Biegłem to w Zoom Fly i dzień po bolesność przy achilesie była mała i to wyglądało obiecująco. Ból kolana też był w miarę ok i postanowiłem nie dramatyzować, biegać coś ostrożnie i monitorować swoje problemy nie stosując innych butów poza tymi dwoma modelami.. Wiadomo, po drodze święta, nowy rok więc tego biegania będzie mniej i może jakoś to będzie, lekko luźniej, lekko mniej i z nowym rokiem nowym krokiem.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Pół wieku poezji
Nowy postNapisane: Wt, 28 stycznia 2020, 15:42 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6288
Lokalizacja: Kraków
"Żyj na huśtawce żyj"

Po Nowym Roku byłem świeży, pełen werwy i ochoty. Pomyślałem, że z wolna trzeba zacząć coś robić na strukturze by poruszać się w temacie Wiosna Nasza. Zacząłem tradycyjnie od sprawdzeni bojem czyli 12x400m w intensywności pod VO2max na przerwach 200m. Trening wszedł pięknie w tempie średnim 3.30 i jak na interwał w tym mocnym zakresie weszło nawet nie bardzo ciężko. To spowodowało falę entuzjazmu w mojej głowie i zacząłem snuć mocarstwowe plany.
Biegając w 2019 latałem kupę ciągłych w tempach 4.03 do 4.10 i gdzieś tam w głowie powstało marzenie by kiedyś pobiec jeszcze luźno i pewnie ciągły tempem poniżej 4 minuty mając to tempo na kontroli, na smyczy, na luzie. Przez te kilka miesięcy widziałem, że to co wydawało mi się stanem do odrobienia i tylko kwestią czasu stało się czymś trudnym, marzeniem i czymś co może nigdy się nie wydarzy. Nastąpiło pewne przewartościowanie i zmiana punktu widzenia. Tak działa czas. \
W trzech króli była piękna pogoda i fajny warunek wiec w drodze ku wiośnie postanowiłem pobiec 10km ciągłego. Pierwsze 6km to rutyna, szło średnio i bez szału ale satysfakcjonujące tempo 4.02 się układało jakby samo. A potem zaczęły sie czary. Początkowo wziąłem to za słynne czary z fabryki snów Garmina tyle, że takie rzeczy zwykle nawet kilometra nie trwają a tu tymczasem dwa weszły po 3.59 i biegło się bardzo lekko. Złapałem po prostu flow, runerhigh czy inne coś co pozwala biec szybciej i bez zmęczenia. Na ósmym byłem świeży jak skowronek i skalkulowałem, że jak pobiegnę dwa ostatnie po 3.56 to spełnię swoje marzenie. Te dwa kilometry poszły nadzwyczaj lekko wspomagane paliwem euforii i biegackiego spełnienia a na mecie czułem się jak ten kolo co pobił rekord świata na 10km, żadnego patrzenia na buty, żadnego zmęczenia, tylko bym zbierał graty i przybijał piątki. Tylko nikogo przy tym nie było. Samotność długodystansowca.
Dzień after z euforii gruzy bo wrócił cholerny ból kolana. Przerwa, lekka poprawa i zamykam interwał 8x600m całkiem nieźle i nastrój rośnie. Tyle, że z kolano znowu boli. Biegam w kratkę, zmniejszam objętość i udaję się do fizjo.
Krótki ogląd i werdykt taki: znowu mam spadek masy mięśniowej lewej czwórki i dwójki. To zapewne efekt odciążania nogi podczas biegania do maratonu z naderwanym ścięgnem. Przerwa po maratonie zrobiła też swoje a powrót do biegania na objętościach 50-60 km ze sporą ilością szybkich jednostek zrobił swoje. Czwórka jest za słaba, nie stabilizuje nogi i w kolanie pojawiają się za duże obciążenia co generuje stan zapalny przyczepów bocznych. To samo było wiosną tylko wtedy dwa miesiące biegałem mało i sporo ćwiczyłem oraz jeździłem rowerem na wzmocnienie tej czwórki. I to wtedy zadziałało i do tego trzeba wrócić. Fizjo się dziwił jak ja pobiegłem maraton nie dysponując mięśniem czwórgłowym bo ten ochłap jaki mam teraz trudno mięśniem nazwać. Na receptę dostałem 10 zabiegów z rehabilitantem, ćwiczenia z gumą, pływanie na basenie na same nogi i takie tego typu różne pierdoły. No i mniej biegać. No i znowu dołek, znowu dupa i lipa. Wiosna nasza, lato Muminków.
Od tej pory bieganie w kratkę 3xtydzień (30-40km), mozolne rypanie na basenie z deską, czarna guma przywiązana na stałe do nogi od stołka w domu i mała salka rehabilitacyjna oraz tabletki przeciwzapalne. Bieganie co 2-3 dni i totalna huśtawka nastrojów. Ale treningi jakościowe jakoś nie najgorzej wchodziły. Raz lepiej raz gorzej, ciągłe po 4.02 raz ciężko a raz totalnie lajtowo, interwały po 3.31 6x800, fajnie ale już 5x1km z opcją prawie puszczenia pawia na koniec. Czyli normalka treningowa, raz lepiej raz gorzej ale zaliczenia w indeksie zebrane. Nastrój od pierdolnięcia tym całym jebanym bieganiem po pełną euforię po udanym treningu. Jak dorastająca panienka.
Ten stan i sytuację w jakiej jestem tu i teraz bo w końcu dogoniłem teraźniejszość w tym parablogowym opisie dobrze oddaje kawałek wierszowany jednego z moich ulubionych twórców:


"Nie idź tak zaraz na szyny. Jeszcze nie o te grasz stawkę.
W wesołym miasteczku dziewczyny chcą z tobą iść na huśtawkę:
lepiej ci będzie z nimi.
Pachnie tak mocno siano, kwiaty się gną od motyli,
jeździ słońce po niebie, światło ucieka, ślad myli,
miasteczko czeka na ciebie."

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: mihumor- Pół wieku poezji
Nowy postNapisane: N, 16 lutego 2020, 19:51 
Offline
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt, 24 kwietnia 2012, 14:14
Posty: 6288
Lokalizacja: Kraków
Synu, bądź dokładny jak Rolex

Od 10 stycznia biegałem co drugi dzień i przez trzy tygodnie to było bieganie 3x na tydzień i przebiegi poniżej 40km. Robiłem dwa akcenty co prawda i klepałem interwały VO2max i jakieś elementy szybkościowe czy delikatne ciągłe typu 10km. Styczeń zamknąłem przebiegiem 200km - no dupy to nie urywa . Ale po styczniu jest luty a ta wstrzemięźliwość biegowa wsparta systematycznymi ćwiczeniami, rowerem i waleniem z deską na basenie obciążeń na nogi zaczęła dawać pierwsze dobre rezultaty. Ból kolana po dniu biegowym stawał się mniejszy i postanowiłem w lutym wrócić do biegania 4x na tydzień. 1.02 zrobiła się nagle masywna wiosna, plus piętnaście i słońce więc ubrałem się na krótko i postanowiłem zakończyć treningi interwałów VO2max jednostką 5x1km w tempie założonym 3.30 bo jakiś progres musi być. Trening choć jak to takie interwały bardzo meczący to jednak wszedł pięknie i zdecydowanie równo. Powiem tylko, że najszybszą kilometrówkę zrobiłem w 3.30.00 a najwolniejszą w 3.30.50. Rozrzut na powtórzeniach do pół sekundy daje zdecydowanie dobrą powtarzalność wykonu. Jak Tatuś dziubek zrobi to nie ma chuja we wsi.
Potem odpaliłem treningi progowe, dwie jednostki w tempie 3.50 - 6x1.5km i 4x 2,5km , weszły też bardzo dobrze odczuciowo i bardzo równo. Te szybsze bieganie wchodziło bardzo fajnie i widać było, że w zimie udało mi się zbudować bardzo fajną szybkość gdyż zdecydowanie rytmy czy szybkie odcinki na fartlekach wchodziły mi dobrze jak nigdy. Jest taka obiegowa i uniwersalna prawda, ze jak poprawi się szybkość to wszystko idzie do przodu też na dystansach i progres jest murowany. Przyszło wiec sprawdzić co ta poprawa wniosła przy dłuższym wysiłku. Postanowiłem wiec zrobić ciągły 12km licząc na poprawę tempa z bieganego już 4.02 i dodanie jeszcze tych 2km do bieganych dyszek. To się nie wydawało specjalnie trudne i podszedłem do tego zadania jak do odbijania karty na zakładzie. Weryfikacja jednak była bolesna bo już po pierwszej piątce zmęczenie materiału było poważne a walka z tempem stała się walka o przetrwanie. Najwyższym wysiłkiem woli dobiegłem te 12km ze średnią z wykonu 4.03 co w papierach tragedii nie robiło ale ja to kończyłem prawie na czworakach. Zmęczenie fizyczne było duże ale psychicznie się czułem jakbym właśnie dostał mocne wpierdol na boisku szkolnym. Weryfikacja odmowna, sobie mogę pohasać na krótkich odcinkach ale większa próba to jeszcze nie dziś i nie na tych papierach.
Po tygodniu do poprawki. Od początku biegło się fatalnie na kiepskich nogach jakby zupełnie bez dynamiki. Biegłem mulaście po ok 4.03 i czułem się jak flegma spływająca po ścianie. Ale mimo takiego wrażenia zmęczenie było zupełnie akceptowalne i choć ten wykon bardziej przypominał odśnieżanie albo zwalanie węgla do piwnicy niż dynamiczny bieg to kolejne kilometry odhaczały się w limicie a ja byłem cały czas w dobrym stanie. Po połowie zaczęło się nawet biec nieco lepiej, nie żeby nagle dobrze ale tylko lepiej a i to już było coś. Lekko podkręciłem i tren wszedł w średniej 4.02 kilka sekund szybciej niż w poprzednim tygodniu ale na końcu miałem wrażenie, ze tego dnia bym tak zmęczył bez większych problemów i półmaraton. Byłem jak irlandzki bokser bez brylantowej techniki co z wdziękiem kołka prze do przodu i jest nie do zaje.......
A kolano ma się lepiej i ostatni tydzień to już było 5x i 66km a to już jest coś. Może sie powolutku naprostuję bo to małe bieganie też poprawiło sprawy achilesowo piętowe.
Jeszcze płynę choć lód już nade mną zamarza.

_________________
Najszybsza kupa złomu w galaktyce

Blog: viewtopic.php?f=27&t=29814&start=345
Koment: viewtopic.php?f=28&t=29813&start=2880


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 457 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 27, 28, 29, 30, 31

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL