Mam wrażenie jakby mnie tu wieki nie było.
Czwartek 12/12/2013
Wspinaczka 2h
Gościnnie na ściance we Frybourgu. Niezły obiekt choć mogłoby być mnie tłumnie. Byłam z koleżanką, przy obcych zawsze jakoś człowiek bardziej trzyma strach na wodzy.

Trening siłowy przy okazji zaliczony, z wybieraniem ciężkiej i grubej liny, masakra.
Sobota 14/12/2013
Lausanne Midnight Run, 7.2 km, czas ok.49', buty Hyperspeed
To był dłuuugi dzień. Wieczór wcześniej była impreza bo kolega oficjalnie doktorem został. Wyrobiłam normalną dniówkę w pracy, bo jednego dnia wakacji mi brakowało na dwutygodniowy świąteczny urlop. Wróciłam pod wieczór wściekle głodna, wtrząsnęłam michę makaronu i położyłam się na drzemkę - nerwową jednak, bo bałam się zaspać na bieg. Przed dziesiątą wieczór byłam umówiona z koleżanką, bo numery startowe musiałyśmy odebrać do 22ej. Do numeru był ładny okolicznościowy buff i prościutka koszulka techniczna z wielkim logo sponsora. Zasiadłyśmy na godzinkę w ogrzewanym namiocie, zostało nam miejsce blisko głośników - przynajmniej nie przysypiałam. Porzuciłyśmy ciepełko i wyszłyśmy na wspólną rozgrzewkę, ale załapałyśmy się ledwie na końcówkę, mimo że stawiłyśmy się wg planu. Trochę szkoda. Koleżanka była też niepocieszona, bo przez późne zapisy nie miałyśmy imion wypisanych na numerach. Obie trochę się tego biegu obawiałyśmy, więc postanowiłyśmy, że założenia tylko dwa będą: 1)skończyć przed północą, 2) biec cały czas. Szczęśliwie pogoda była w tym roku dobra, choć bruk pozostał wilgotny po porannym deszczu - nauczona doświadczeniem wzięłam coś lepiej przyczepnego niż Zenki. Z zeszłorocznego stroju zachowałam natomiast rogi renifera.
O 23ej ruszyłyśmy na trzy kółeczka po bardzo pofałdowanym ścisłym centrum Lozanny. Na pierwszym staramy się biec bardzo rozsądnie. Hyperspeedy trzymają dobrze na mokrych płytkach i bruku, więc na zbiegu puszczam nogi luźno. Myślami jesteśmy już na głównym podbiegu - krótko stroma "ściana" a na szczycie na poprawkę zakręt i długo po mniejszym nachyleniu. Niemniej jakoś mniej się to dłużyło niż w zeszłym roku. Na moście staramy się wyrównać oddech, bo jeszcze czeka nas wspinaczka pod samą katedrę. Gdy wreszcie tam jesteśmy nogi są ciężkie a tu trzeba gazować na stromym zbiegu w stronę starto-mety. Na sam koniec okrążenia jeszcze malutki podbieg. Przebiegając pod łukiem startowym z ulgą odliczamy: jeden! Drugie okrążenie idzie wciąż nieźle, może troszkę wolniej, ale główny podbieg ładnie połknęłyśmy (z dużo lepszym odczuciem niż rok temu na tym etapie). Niestety gdzieś koło katedry zaczyna mnie coś ciągnąć w dole brzucha. I im dalej tym gorzej. Po wycedzeniu przez zęby: dwa! mówię koleżance, że na trzecim kółku może być problem. Ona mnie dzielnie zabawia komentując witryny wszystkich mijanych sklepów, ja przebieram nogami, choć nie za szybko. Niestety na długim podbiegu już się poddałam, bo się bałam, że zaraz mi się słabo zrobi. Dospacerowałyśmy aż do podnóży katedry, zaczęło się zimno robić, więc znów spróbowałam poszurać i po chwili nagle ból ustąpił. Jeszcze nieśmiało wczłapałyśmy pod katedrę, a potem w dół piękny finisz, z podtrzymaniem tempa również na finałowym podbiegu. I zmieściłyśmy się nie tylko w mniej niż godzinę, ale i mniej niż 50 minut, w 49 w zasadzie. Za metą uściski, ciepła herbatka, bardzo byłyśmy z siebie dumne, ale przede wszystkich szczęśliwe ze wspólnej przygody. Bez spacery wykręciłybyśmy około 46 minut.
Impreza fajna, jak rok temu. W grudniu Lozanna jest udekorowana różnymi instalacjami świetlnymi, wiele było na naszej drodze. Kibice dopisali, nieśli dopingiem niesamowicie (gdybym na tym podbiegu była zwyczajnie zmęczona, ale nie skręcona z bólu, to bym na bank poderwała się znów do biegu). Pomimo braku imion na numerach startowych wciąż dostałyśmy sporo indywidualnych słów zachęty i uznania jako renifer i mikołajka - warto było choć trochę się przebrać. Choć do świetnych biegnących choinek, prezentów, superbohaterów to się nie umywało.
Dziś odsypiałam te nocne szaleństwa, potem przebijałam się przez mgłę w kierunku lotniska w Genewie, by odebrać męża. W bagażniku miałam biegówki i mieliśmy w drodze powrotnej mały spacerek w Jurze zaliczyć, ale po przekąszeniu czegoś stwierdziliśmy, że zbyt zmęczeni jesteśmy na błądzenie w mgle.