Nie ma trenowania, nie da się. Póki co jakiekolwiek plany nie mają sensu – jedyny plan – doprowadzić zdrowie do porządku. A potem zobaczymy.
…
Blisko trzy tygodnie w pięknych, wysokich górach. Wakacje marzeń i gdyby nie ten jeden szczegół byłabym naprawdę zachwycona. Długo czekałam na Ronda del Cims, starałam się przygotować jak najlepiej, życie jednak pokazało, że plany są dobre, póki ich coś nie obali.
…
Andorra
Co do samych zawodów – mimo negatywnej opinii lekarza wystartowałam. Obiecałam jednak rodzinie, że nie zrobię niczego ponad swoje siły i jak tylko zacznę się gorzej czuć – zejdę z trasy. I że nie będę biec, tylko maszerować. Mięśniowo czułam się naprawdę OK. Za to wydolność – miazga. Do tego problemy z koordynacją, koncentracją i zachwiania równowagi. Póki był dzień (ruszaliśmy o 7 rano) – było ok. Pod koniec dnia zaczynały się kłopoty z arytmią. Na podejściach ciemno w oczach i spore spadki tętna. No, to z tym nie ma żartów. Przede mną podejście na najwyższy szczyt Andory – Comapedrosę – jeszcze za dnia, ale schodziłabym już po zmroku, a potem nocne strome zejścia po piargach i klamrach. Wystraszyłam się, że stracę równowagę i gdzieś odpadnę, runę w dół, więc mimo sporego zapasu czasu do limitów – zeszłam z trasy. Zamiast więc 170 km i 13500 mD+ : 55 i 4800 mD+ wliczając zejście do Arrinsal.
Żal mi było jak nie wiem, bo oczywiście jak już byłam na dole – poczułam się lepiej i myślałam, że niepotrzebnie za szybko zrezygnowałam. To takie myślenie jak przy kupowaniu nieobowiązkowego ubezpieczenia.
Ale:
w Andorze byłam aż 8 dni i codziennie, ale to codziennie, wyłączając jedynie dzień poprzedzający start – wychodziliśmy w góry. Nie byle jakie. Piękne, wysokie, bardzo stare, dzikie, bez turystów. Cudowne! Na wysokości 2600 mijaliśmy stada wolno pasących się koni, zdarzało się, że krążyły nad nami pilnujące swoich gniazd orłosępy, trafialiśmy na polany świstaków. Na wierzchołkach szczytów podziwialiśmy chmury od ich górnej strony.
…
Maroko
Można książkę napisać. Obawiałam się wyjazdu do Afryki w samym środku lata i do tego z niepodjętym jeszcze leczeniem hashimoto. Niepotrzebnie – bo choć było gorąco – suchy klimat bardzo mi sprzyjał.
Wiedziałam wcześniej, że tam koniecznie trzeba się targować; zanim jednak się tego nauczyłam – kilka razy przepłaciłam. Z 1200 dihramów (ok 110 eur) zbiłam cenę taksówki z lotniska w Marrakeszu do górskiej berberyjskiej wioski Imlil (70 km) na 500. Ponoć gdybym była bardziej cierpliwa pojechałabym i za 300. Wystarczy ignorować kupców, taksówkarzy – sami będą biegać za klientem licytując się wzajemnie. Podróż do podnóża masywu Atlas trwała 3x mniej czasu niż pierdylion rozmaitych kontroli granicznych. Czarnoskóry kierowca wsadził nas do starej rozpadającej się furgonetki. W środku kurzyło się bardziej niż na Saharze. A na zewnątrz – jak ktoś nie ma mocnych nerwów – lepiej nie patrzeć. Od połowy drogi wąskie serpentyny bez zabezpieczonego pobocza za którymi urwiska. W klimat wprowadzały nas głośne dźwięki arabskiej muzyki. Pustkowia. Chłopaki na mapach google podejrzliwie sprawdzali, czy aby Hassan wiezie nas we właściwym kierunku, a nir np do kolegów, którzy wyegzekwują wyższą stawkę.
Po nieco ponad godzinie byliśmy w Imlil. Uff

. Na granicy wsi kończył się ponoć rewir taksówkarza, dalej nie mógł wjechać. Przed nami jeszcze ok 20 minut drogi lekko pod górę. Gdyby nie jedna duża torba można by spokojnie podejść z plecakami.
Imlil to wioska turystyczna, jedna z popularniejszych baz wypadowych na najwyższy szczyt Afryki Północnej – J’bal Toubkal. Są turyści, to i są chętni na nich zarobić. Natychmiast dopadła nas chmara miejscowych, usiłujących sprzedać: bransoletki, chusty, osła, usługę przewodnictwa, wodę i nie wiem co jeszcze. Osła nie kupiliśmy, ale wynajęliśmy muła. Chłopaki ustalili cenę „sixteen dihram”. Pytałam się, czy oby na pewno – bo to dość nisko. Na pewno. Tylko, że pod drzwiami riadu okazało się, ze sixteen to 60. Poligloci. Póżniej już przezornie ceny ustalaliśmy nie tylko słownie, ale i rysując.
Wejście na Toubkal
Przewodniki, przewodnicy – wszyscy zalecają rozłożyć trasę na 2-3 dni. Robi się to tak: rano wyjście z Imlil (1880), ok 10 km w kierunku schroniska położonego na wys. 3200. Tam 1-2 dni aklimatyzacji. Po czym wcześnie rano, tuż przed świtem wyjście w kierunku szczytu (4167 m), zejście, ewentualny odpoczynek w schronie albo jeszcze tego samego dnia zejście do wioski.
Zrobiliśmy to inaczej.
Na 3 rano poprosiliśmy Husseina (gospodarz) o śniadanie. Do plecaczków zapakowaliśmy przede wszystkim zapasy wody i jedzenia + coś ciepłego na grzbiet. Awaryjnie koc NRC. Ustaliliśmy, że idziemy na lekko, a jeśli będzie spanie po drodze – to w tym co mamy na sobie.
Przed 4:00 byliśmy już w drodze. Przy czym pierwsze 45 minut poświęciliśmy na niezwykle skuteczne błądzenie. W końcu, gdy między nogami zaczęły nam biegać skorpiony – zeszliśmy z powrotem i próbowaliśmy na nowo namierzyć ścieżkę. Szlaków oznaczonych nie ma, za to mnóstwo odnóg ścieżek – to taki sposób na turystów, żeby chętniej najmowali miejscowych przewodników.
Zbliża się świt – słychać po nawoływaniach muezinów z meczetów. Magnetyczne to jest – muszę przyznać.
Ścieżką idzie mężczyzna w długiej białej kiecce. Próbuję go zapytać o kierunek, ale mnie zignorował, zupełnie jak powietrze. No tak, baba, bez nakrycia głowy i w lajkrach zamiast w dżilabie.
Z ciemności wynurza się kolejny gość. Jedzie na mule. Machnął ręką, żebyśmy szli za nim, ja już się na wszelki wypadek nie odzywam. My z czołówkami, a on – w kompletnych, ale to kompletnych ciemnościach po wyboistej krętej i niewyraźnej ścieżce. Ale jak on to…?
Robi się jasno, po kilku kilometrach docieramy do czegoś w rodzaju kolorowych slumsów – wysoko położona górska berberyjska osada, w której mieszkają 2-3 rodziny. Ale… mają kawiarnię. Jesteśmy tam ok. 7 rano. Nasz samozwańczy przewodnik tutaj kończy – niedługo będzie otwierał kramik w którym handluje świeżo wyciskanymi sokami, zimną coca-colą w szklanych(!) butelkach i słodyczami.
Ale póki co budzi śpiącego na tarasie nastolatka – zaspany spiesznie otwiera klatkę z napojami i ręcznie wyciska dla nas pomarańcze.
Maroko to ciepły kraj – jak dodać do tego pełnię lata – to wiecie… osada że tak powiem na krańcu świata, sklecona z tektury, gliny i patyków. A napoje zimne jak należy. Przyjrzałam się ich super hiper technologii:
Rurami doprowadzają wodę w bliskiego górskiego potoku. Na końcówkę rury montują, za pomocą taśm montażowych, plastikową butelkę PET, gęsto podziurkowaną. I tak oto mamy lodowaty prysznic, który pracuje 24h/dobę skutecznie chłodząc wszystko w „butiku”.
Maszyneria do wyciskania równie skomplikowana – zwykła ręczna prasa. Za to sok – wyborny. Jakoś tak się układało – że nie przejmowałam się nadto kwestiami sanitarnymi – jadałam uliczne żarcie, piłam soki chłodzone potokiem w którym czasami rozkładają się ciała zwierzyny, piłam zieloną herbatę ze wspólnych szklaneczek z Berberami. Nic mi nie dolegało. Jedynie woda – wyłącznie butelkowana + częste mycie rąk. I to wszystko.
Po upływie 4,5 godziny byliśmy w Refudge de Toubkal – schronisko prowadzone przez CAF. Tam kawa, pół godziny drzemki na murku, bo trawniki uwalone łajnem mułów. I dalej w drogę. Zaraz za schroniskiem zaczęła się zabawa. Od razu stromo w górę – jak nie po głazach to po osypujących się piargach – coś w stylu dwa kroki w górę – jeden w dół. Pięknie. Niezwykle cicho. Trochę niepokoił nas brak turystów idących w tę samą stronę – wszyscy schodzili. Ponoć to już niewłaściwa pora na wejście.
Wejście nie jest jakoś specjalnie wymagające technicznie, bez problemów dotarliśmy na górę, nawet szybciej niż planowaliśmy. Powyżej 3800 m mieliśmy bardzo lekkie objawy wysokościowe – uczucie ucisku w głowie + delikatne zawroty. Ogólnie w porzo. Późne wejście na szczyt – mimo, że nas odrobinę stresowało – zdecydowanie się jednak opłaciło – byliśmy tam jedyni. Nie licząc biliona much.
A widok – coś pięknego! Czysty błękit nieba, rdzawe skały i żółtawy pył Sahary.
Zejście miejscami było trudniejsze niż wejście. Serce co prawda odpoczywało, ale zjeżdżaliśmy co chwila, bo piargi nic a nic nie trzymały się zbocza. Herbatka w schronie na 3200, omlety, godzina odpoczynku i w dół - znów soczek u Berberów na 2400. We wsi byliśmy o 21:00. D z A zmęczeni poszli do Riadu, ja z J poszłam coś zjeść, najlepiej tadżin i byle jak najbliżej, bo jako kobieta nie byłam odpowiednio ubrana, biorąc pod uwagę, że Imlil to jednak prowincja.
Trafiliśmy do lokalsów i to bardzo bardzo lokalsów. Szefu usilnie chciał nas usadzić na tarasie, ale zmęczeni nie mieliśmy ochoty na łażenie po krętych schodach, uparliśmy się jeść na dole w kącie ulicznej knajpki. Po chwili żałowałam – idealnie na wprost zachodziły transakcje białym proszkiem. Nie wiedziałam jak siedzieć i w którą stronę patrzeć. Schowałam telefon, żeby nikt nie pomyślał, że próbuję robić zdjęcia czy nagrywać i skupiałam się na łażących między stoliczkami bezdomnych kotach. Piwa się tam nie kupi, berberyjskie whiskey to po prostu zielona herbata, ale kokę i hasz można dostać na każdym zakręcie bez problemu.
Za to tadżin wprost z glinianego naczynia był genialny. Mniam.
Wyjść w góry na ścieżki było znacznie więcej, nie sposób wszystkiego opisać. Po kilku dniach miejscowi nas już rozpoznawali. Dostawaliśmy zaproszenia na niekończące się herbatki i do hammamu. Zanim przyjechałam do Maroka – myślałam (mimo, że daleka część mojej rodziny stamtąd pochodzi) że to niezwykle hermetyczna społeczność. Dziwiłam się, że kobiety ubrane tak, że widać tylko oczy, nawet w rękawiczkach – zapraszają nas do swoich domów na czajniczek „Berber whiskey”.
Po trzech dniach czułam się u nich już tak dobrze, że odważyłam się nawet zwiedzić miejscową dzielnicę slumsów. No, powiem, że to było przeżycie. Ciasne strome ścieżynki na szerokość jednego muła, lepianki i anteny satelitarne, baterie słoneczne. Nieprawdopodobnie trudne do życia warunki, a z domostw wychodziły tak przepiękne kobiety, że w innych okolicznościach – powiedziałabym, że to księżniczki jakieś muszą być. Gdybym tylko mogła – zamieniłabym ze dwa dni w późniejszego pobytu w Marrakeszu na jeszcze dwa dni u Berberów.
…
W przeddzień wyjazdu przeszłam się w kierunki postoju taksówkarzy – sprawdzić albo autobusy (tanie, tylko zatłoczone i bardzo długo jadą) albo potargować się o taksi.
Mała wieś, a stoi kilkanaście taryf różnej wielkości. Zagadnęłam niby od niechcenia

o transport do Marrakeszu. A nie wiem, kiedy – może dziś, a może jutro, a może pojutrze. A może autobusem. Nieee, 500 dihramów? No men, are you crazy? I’ve a lot of time. I can go by bus.
Nie przyparta przez czas do muru, bez bagażu dość szybko i o wiele łatwiej wytargowałam cenę: 300 dihramów. Taryfiarz podjechał nam pod drzwi riadu (to jednak mogą?) dokładnie o czasie, i jeszcze zniósł bagaże. Podróż powrotna po serpentynach emocjonująca, ale zdążymy ochłonąć, bo przed nami stolica i nocne życie w Marrakeszu. To już zupełnie inna historia.
…
I czo tera?
Ano nie wiem.
Wczoraj na przykład wieczorem truchtałam z tętnem w okolicy 120 bpm. Kto mnie trochę zna wie, że to bardzo, bardzo nisko. Poprawiałam pas, sprawdzałam palcem na szyi – nie chciało być inaczej. A przy tym czułam się, jakbym się dusiła. Wcale mi nie było lżej.
Niższe hr po części może być efektem długiego jednak przebywania na sporych wysokościach. Przez blisko 3 tygodnie nie schodziłam poniżej 1800 m wysokości (na tych wysokościach spałam i w Andorze i w Maroku) i regularnie wychodziłam w góry 2500-3000 m n.p.m. w Pirenejach i pow. 4000 m n.p.m. w Atlasie.
Ale – niższe tętno to też wynik złej pracy tarczycy. Przy wysiłku męczę się okropnie. Po byle czym bolą mnie mięśnie i stawy – o wiele dłużej się regeneruję. Musze się nagimnastykować, żeby utrzymać wagę i nie dopuścić do charakterystycznego przy niedoczynności tarczycy tycia. Problem ze spaniem, skórą, płytkim oddechem, apatia i w ogóle nic tylko kłaść się i nakryć wieczkiem. Czekam na wizytę u endo i leki, a póki co – sport o bardzo rekreacyjnym charakterze i nie za często, nie za długo. Jak już się ureguluje poziom hormonów – podobno w ciągu kilku miesięcy powinnam zacząć czuć się dobrze i na nowo funkcjonować normalnie, jak wcześniej.
Dobrze, że jestem cierpliwa!
Pireneje i konie na wysoko położonych pastwiskach:
Zbliża się burza gradowa. W pewnym momencie z powodu gwałtownego załamania pogody organizatorzy zamknęli trasę Rondy i nakazali zawodnikom zejście trasy:
Na Pic de la Serrera:
Imlil, widok z tarasu:
i w druga stronę:
Cafe u Berberów na 2400:
Ze szczytu:
