Niedziela- Silesiaman Triathlon 1/8IM
Wynik: 1h16min24s, miejsce 33/174, w kat.M30: 12
Godz.10:45 debiutowy start w zawodach triathlonowych na krótkim dystansie. Spróbuje fajnie wszystko opisać, może ktoś wyciągnie z tego jakieś niuanse w ramach swojego pierwszego startu
Już sama organizacja tego typu zawodów potrafi nie lada namieszać w głowie, oczywiście wszystko w układzie lokalnym sportowca z historią tylko biegową. Tam sprawa , w dużym uproszczeniu, polega na dotarciu na miejsce startu, włożeniu butów i go! W przypadku triathlonu, trzeba pozabierać cały niezbędny szpej, część zostawić w strefie zmian-poukładane w odpowiedniej kolejności. Część mieć gdzieś przy sobie na etap pływania. Ja oczywiście milion myśli naraz i tak oto wracałem do samochodu bo po naklejeniu wszystkich naklejek zapomniałem tej od depozytu, a ponadto nie włożyłem bidonu do roweru, bo skupiony byłem na poklepywaniu się po ramieniu jak to zarąbiście poprzyklejałem żele na ramie. Strefę musiałem opuścić ponad godzinę przed moim startem, wiec przy sobie w plastikowej taszce jednorazowej miałem tylko piankę, czepek i okularki.
Niedziela BASEN
0,43km ~2:30/100
Oficjalny czas:
10m:52s miejsce 122
Wystrzał z pistoletu, wspólny start...tego się bałem. Ustawiliśmy się z bratem w środku stawki. Po strzale szybko pobiegliśmy na prawą stronę szukając troche wolnej przestrzeni. Trasa w kształcie trójkąta. Do pierwszego zakrętu płynęło mi się extra, miałem miejsce i robiłem swoje, widziałem że dużo osób wyprzedzam, czasem nawet lekko brutalnie... No i tuż przed boją, zaczął się kocioł, a ja wszedłem w tą walkę o każdy stroke...no i przegrałem...Szybko musiałem się odsunąć dalej w szuwary, wpadłem w panike po tych kilku podtopieniach, miałem ochotę zerwać z siebie piankę bo w środku się gotowałem...musiałem przejśc do żabki, i to tej z wychyloną głową, nie umiałem się nawet zanurzyć... po chwili postanowiłem płynąc na plecach szukając spokoju, najważniejsze było odzyskanie oddechu...niestety nie udało się, będąc na tych plecach jeszcze kilka razy mnie ktoś podtopił... no dramat, jakby mi kto zaporponował wyjście z wody to korzystam.... Po drugim zakręcie na ostatniej prostej podejmuje próby płynięcia kraulem, kompletnie nieudane, zrezygnowany jakoś dryfuje do końca, widzę, że brat wychodzi jakieś 50m przede mna i zaczynam być świadom tej straty. Na treningach na jeziorze zawsze to ja byłem pierwszy na odcinku 250m z przewagą ok 30s... mam wiele do zrobienia w aspekcie tego pływania...
NA końcowych metrach nie mam nawet sił na wytrenowany wcześniej sposób z przeskokami na płyciźnie. Cała energia, która miała drzemać w nogach została spalona przy płynięciu na plecach...
T1 : Wychodze z wody niepewnym truchtem zmierzam do strefy zmian, powoli odzyskując oddech. W strefie myle rząd, przechodzę pod barierką na drugą stronę, zaczynam ściągać pianke i nagle orientuje się, że nie jestem nawet przy swoim rowerze...Dostałem takiego mindfucku od tej wody że hej...Kiedy kończę już zakładać buty SPD( te górskie MTB, w któych da sie biegać) jestem już w miare ogarnięty, mózg się dotlenił i kumam czacze, wybiegając ze strefy jestem już sobą, wyprzedzam ludzi w samej strefie jak i na jej końcu, gdzie powoli gramolą się na rowery, ja przebiegam obok i w biegu wskakuje zyskując trochę czasu.
Oficjalny czas:
1m:44s miejsce 84
Niedziela(28.08) ROWER
DYSTANS- 21 km
ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ- 33,6 km/h
WZROST WYSOKOŚCI-47 m
ŚREDNIE TĘTNO- 160ud./min
MAKSYMALNE TĘTNO- 166 ud./min
Oficjalny czas:
40m:23s miejsce 49
Pierwsza pętla to dobry pościg, podoba mi się moja moc na podjazdach. Tutaj agrafki wyznaczające pętle były umieszczone na wzniesieniach, centralna część położona niżej. Popełniłem chyba jakiś rażący błąd bo wyprzedziłem kogoś robiąc nawrót, ależ oburzenie, dogonił mnie po chwili zjeżdżając w dół, zrugał, że mam wyprzedzać na prostych a nie kombinować na winklach, a po chwili na podjeździe zostawiłem go daleko za sobą... wtedy postanowiłem mu nic nie mówić, pewnie miął trochę racji, ale finalnie myśle, że zachowałem pewną dozę bezpieczeństwa, a on był dla mnie porostu za wolny...jakbym był hujkiem, to bym go podsumował wyprzedzając na górce, że spadać to on potrafi...Wiadomo, że ci najszybsi mi już uciekli a ja straciłem tyle na pływaniu, że miałem co odrabiać, byłem znacznie szybszy od niektórych na tych podjazdach do nawrotek i nie widziało mi się sztuczne wyhamowywanie... wziąć zakręt dynamicznie to też umiejętność. Pierwszy żel wziąłem zaraz na początku, drugi 2km przed końcem, jakaś kolka mnie tam dopadła, ale jak sie pare razy przeprostowałem, to wyciszyła się i w biegu była tylko lekko odczuwalna. Cały czas starałem się mieć tętno pod kontrolą, aby nie wychodzić po za próg LT, co ogólnie sprawiło, że całość jazdy była dla mnie intensywna, ale z zapasem, może tu też popełniłem błąd, może powinienem polecieć parę oczek BPM do góry
T2: Schodzę z roweru, powolutku truchtam do strefy zmian, w obawie, że się wywalę, jakoś tak miękko. Teraz w miarę sprawnie (o ile można tak powiedzieć o zmianie, w której normlanie wiąże się sznurówki w butach:P ) Kask odwieszony, dobrze, że nie zapomniałem...
Oficjalny czas:
1m:04s miejsce 99
Niedziela (28.08)
Próg
DYSTANS- 5,34km
ŚREDNIE TEMPO- 4:09 min/km
WZROST WYSOKOŚCI-43m
ŚREDNIE TĘTNO- 162ud./min
MAKSYMALNE TĘTNO- 170ud./min
Oficjalny czas:
22m:21s miejsce 15
Wybieg na trase i BOOM, nogi waciakowate, wrażenie jakby się plątały, a ja biegnę jak pokraka. Początek trochę asekuracyjnie, czuje że krok drobniutki, niepewny, ale dosyć szybki. Kadencja pierwszego km 185! potem trochę spadała i finalnie średnia z całości 183. PO chwili czuje się już extra i chce przyspieszać, w końcu biegnę w okolicach tempa i tętna progowego, wszystko się zgadza, wystarczy docisnąć i wejśc w tempo 5k, utrzymać je i zdychać 2km do końca, bułka z masłem...Dlaczego nie potrafię? Nie wiem... biegnąc tym tempem 4:10 czuje sie dobrze, jakby to było tempo połówki, natomiast kiedy próbuje przyspieszyć czuje, że mnie zalewa takie zmęczenie, że grozi wyraźnym osłabieniem w niedługim czasie...Może znowu wyszła moja niechcęć do bólu... Udało mi się jedynie zmusić do ostatnich kilkuset metrów, żeby wystrzelić z wątroby i głowy i dochodząć tym samym zawodnika na żyletki.
Widać, że mało tu biegaczy, musze to wykorzystać w przyszłości. Pytanie kiedy następnym razem nabiorę odwagi by wejść do wody z taka gromada ludzi... Rower to w mojej ocenie głownie funkcja wyjeżdżonych kilometrów, nie realizując konkretnych treningów czułem jak w sezonie przesuwałem się do góry ilościami pzejechanych kilometrów, a tych i tak nie było jakoś specjalnie dużo. podsumowując, zerwać 2minuty z pływania nie stanowi problemu, rower dwie miniutki brzmi podobnie realnie, więcej profesjonalizmu w strefie zmian to i tam jest ponad minuta do zerwania, i tak oto mam wrażenie, że gdybym w to poszedł, to 1h:10min (w plusie) jest dla mnie realna na przyszły sezon.
Obiecałem sobie już wcześniej jednak, że rzucam ta dyscyplinę na jakiś czas zważywszy na czas jaki zabiera. Ale u mnie to nigdy nic nie wiadomo... hehe.
Jeżeli chodzi o czas to na mecie myślałem że zmieściłem się w swoich widełkach 1h15min. Widziałem na zegarze 2h00m:XXs ( to czas liczony od tych co startowali w 1/4 o g.10:00), wiec odejmując 45min różnicy miało być prima sort... no jednak znowu nie udało mi się spełnić założeń...