1 kwiecień 2011
3,9 km
28,5 min
7:30 min/km
Komentarz:
Dziś biegania nie było w planie. Ale rano okazało się, że jeśli nie dziś, to w tym tygodniu okazja do człapania może się już nie nadarzyć. No więc nie było się co nad tym zastanawiać, trzeba było sznurować buty i ruszyć na trzecie w tym tygodnie szuranko.
Tym razem wyszłam z domu z założeniem, co samo w sobie jest swego rodzaju nowością. To miał być krótki bieg (4 km) z narastającą prędkością. Co więcej, był kolejny warunek: to nie ma być człapanie, a trucht przechodzący w bieg. A jak wyszło? Już piszę.
Staję na wyimaginowanej linii startu (czyli tuż za progiem domu) i na dzień dobry dostaję w twarz ten sam podmuch wiatru co wczoraj. Nie ma co załamywać rąk, robić zwrotu w tył, trzeba brać co dają, nie marudzić i zapychać pod wiatr.
Zaczynam człapaniem, ale nie trwa ono zbyt długo. Już po 6 minutach człapanie przechodzi w trucht. Tempo praktycznie się nie zmienia, ale ciało zaczyna odczuwać, że więcej od niego wymagam. I tu zaczyna się lekko buntować, sygnalizując swoje niezadowolenie kolką. To moja wina, bo nie odczekałam wystarczająco długo po posiłku, a i ranek miałam nerwowy. No nic, truchtam dalej.
Trucht staje się coraz bardziej dziarski. Na drugim kilometrze już wiem, że ciężko będzie mi dobiec do 4 kilometra w tym tempie, a założone wcześniej przyspieszanie stanowić będzie nie lada wyczyn. No i tu się nie pomyliłam. Było ciężko.
Wiatr dalej drwił sobie z moich wysiłków i starań, ale kolka już tak nie dokuczała, a ciało było dobrze rozgrzane. Nieznacznie przyspieszyłam czując, że oddycham głęboko, połykając powietrze ustami. Na ok. 600 metrów od wyimaginowanej mety miałam dość. Dłużyło mi się, każdy krok był wiecznością i sporym wysiłkiem. Ale już nie truchtałam sobie dziarsko. Biegłam. Wtedy uzmysłowiłam sobie, że to już nie jest dotychczasowe człapanie "bez celu", trening podobny do poprzednich. To był wyścig z samą sobą. Na tym etapie bieg nie był dla mnie przyjemnością i daleko mi było do zwyczajowego banana na twarzy. Na ok. 200 m przed końcem łapałam powietrze łapczywie, a moja twarz wykrzywiona była w grymasie zdradzającym wewnętrzną walkę. Było mi lekko niedobrze. Chciałam, żeby to się już skończyło, żebym już nie musiała biec. Ale nie chciałam się poddać. I tego nie zrobiłam! Dobiegłam resztkami sił do mojej mety. I wtedy byłam z siebie dumna.
I teraz powiecie: co to za wyczyn, przelecieć 4 km ze średnią prędkością 7:30 min/km?
Ano, jak się biegnie cały czas pod wiatr, za bieganiem się nie przepada, walczy się z kolką i mimo tego, że jeszcze dwa tygodnie wcześniej siedziało się za biurkiem i nawet o aktywności fizycznej nie marzyło, no i najważniejsze - jest się mną, perspektywa zmienia się o 180 stopni i taki "wyczyn" cieszy mimo wszystko.
Biegu na bieżąco nie monitorowałam, ale wydawało mi się, że biegnę szybciej niż w rzeczywistości

. Po treningu zerknęłam na oprzyrządowanie i mam dwa zaskakujące wnioski:
- udało mi się zrealizować plan biegu z narastającą prędkością! Nie wiem jak to się stało, ale z mojego pięknego wykresiku wynika, że praktycznie co każde 500 m przyspieszałam, a w dodatku te przyspieszenia są równomierne i względem siebie proporcjonalne! Bardziej niż intuicja, to chyba determinacja
- nie wiem co się podziało, ale ów wykres wskazuje, że prędkość trzykrotnie spadła do zera. Czyżby GPS znów tracił orientację w związku z nieciekawą pogodą? I czy w takim razie mogę uznać te pomiary za miarodajne? To dla mnie zagadka, ale jak już wspominałam: wszelkie pomiary traktuję z przymrużeniem oka i nie są one dla mnie wyznacznikiem treningu. Jeśli trening się odbędzie i ja nie zejdę w trakcie jego trwania na zawał lub znużenie, trening automatycznie klasyfikowany jest jako UDANY
I spokojnie mogę powiedzieć: DO NASTĘPNEGO!
