sobota 29. - niedziela 30. czerwca
na niedzielne zawody w Małym Cichym wyjechaliśmy dzień wcześniej; sobota, 5:10 rano odjazd z dworca PKS, planowany przyjazd do Poronina ok. 9. rano; no ale od czego plany, jak nie od tego by je zmieniać

?
w Krakowie kwadrans postoju, więc chwila na toaletę i do baru po kawę; z kilkuminutowym zapasem czasu wracamy na stanowisko busa .. stanowisko jak było tak jest, ale busa nima

... co jest grane??? w wielkim skrócie napiszę tylko, że zwyczajnie odjechał nam z bagażami; co za przeprawę przeszliśmy na dworcu to nasze

ustaliliśmy szybko, że za chwilę jedzie następny, że tamten kończy bieg w Zakopcu, dyspozytornia w Zakopanem już czekała powiadomiona na nasze bambetle, bo zachodziło ryzyko, że jak nie zdążymy, to do Słupska będziemy po rzeczy jechać
jak już szczęśliwie znaleźliśmy: się i bagaże w Zakopanem - 10 rano - pada propozycja co by tu?
padło na Kasprowy Wierch
weszliśmy nań od strony Myślenickich Turni (trasa przewidziana na 3-godzinny spacer, 4 km up 1100m - uwinęliśmy się w 1,5 h), po drodze mijając M. Świerca z grupą którą obecnie trenuje; powrót z Kasprowego Upłazem, równie żwawo

, schodząc zaczęliśmy się zastanawiać, czy to rozsądnie było w kontekście niedzielnych zawodów

;
na wieczór zajechaliśmy na kwaterę do Poronina; okazało się że u gospodarzy było Władysława, cza było po kielonku, potem na drugą nogę, na koniec okazało się, jak nam policzyli - że po trzy nogi mamy i nie było wyjścia

a że nalewka spirytusowa to i wesolutko się zrobiło

; ugościli nas na bogato, tak więc wieczorna przebieżka z kotletem po przełyk, jakieś 6 km

; tak było śmiesznie, że prawie wturlaliśmy się do wartkiego potoka :uuusmiech:
....
niedziela 
start: 21 km, suma przewyższeń ok. +-1200m; czas: 2:15:47
kaca nie było, za to tyłek trochę bolał po wczorajszych Tatrach; padła nawet koncepcja, że dzisiejsze zawody to raczej w ramach rozbiegania po-wczorajszych zakwasów
trasa: 2 pętle po ok. 10,5 km, odrobina asfaltu, reszta - błotnisto-kamieniste ścieżki, od początku dość stromo - już pierwsze 2 kilometry to ok. 160 m. w górę, początkowo po asfalcie, a po 300 metrach zaczął się prawdziwy ugór

wypłaszczeń było niewiele, jak nie pod górę to w dół, niektóre zbiegi nie dość, że prawdziwie wariackie, to i bardzo długie; zbiegało się albo po bardzo grząskim błocie albo kamienistymi wąskimi żlebami, albo łąką, na zakrętach ciężko było wyrobić i wyhamować; po drodze potok ok. 4 m szeroki, dość płytki z kamienistym dnem, przez potok prowadziła kładka 0,5 szerokości przy której zrobił się zator; ja już przyzwyczaiłam się, dzięki "nocnej czołówce" biegać "na mokro" więc bez zbędnego zastanawiania dałam prosto w potok i przebiegłam go w poprzek

mijając kolejkę kładkowiczów

pod koniec pierwszej pętli, na błotnistym zbiegu dogonił mnie wiking

; pokonwersowaliśmy po drodze jakieś 2 kilometry, fajny kolega

- bo poczekał na mnie chwilę, zaraz po tym jak dostałam po oczach gałęziami świerkowymi, z minutę potrwało jak odzyskałam wzrok i mogłam biec dalej;
zaczyna się druga pętla, cały czas biegniemy razem, znowu podbieg i tu wiking już taki koleżeński nie był - bo mnie najzwyczajniej porzucił

;
znając już co mnie czeka deko zwolniłam na podbiegu, potem kawałek szłam, ale bez wstydu, bo doniesiono mi, że czołówka też w tym miejscu podchodziła

; na szczycie, gdzie wypłaszczenie, myślę sobie - czas już chyba wrzucić 2. bieg

; dla ułatwienia zadania natychmiast lunęło; prawdziwe oberwanie chmury wraz z gradobiciem; tak jeszcze nie biegałam

, chciało ze skóry obedrzeć ; było tam trochę asfaltu ale to co się działo podczas deszczu - prawdziwa rzeka

, znowu wariackie zbiegi i buty jeszcze cięższe i jeszcze bardziej uwalone

na drugiej pętli nikt mnie nie wyprzedził, na podbiegach trzymałam się spokojnie, na zbiegach - trochę szalałam i po kolei pykałam ostrożniejszych - tu muszę napisać, że inołajty poradziły sobie znakomicie, ani razu się nie poślizgnęłam, doskonale trzymały, niezależnie od warunków

, czułam się bardzo bezpiecznie

; zresztą cała druga pętla poszła mi o 7 minut lepiej niż pierwsza; wcześniej, na starcie ustawiłam się trochę z tyłu, plan był taki, że pierwsza pętla na ostrożnie i spokojnie a jak sił starczy - przyspieszę na drugiej - i w sumie tak też udało mi się zrobić
najgorsze były ostatnie metry, meta na dość sporym podbiegu, myślałam, że uda mi wybuchną, tak się gotowały, resztkami sił walczyłam by nie przejść do marszu i nie przeszłam : )))))) ; próbowałam jeszcze dogonić takiego jednego, nie udało mi się go przegonić, ale razem wbiegaliśmy

)
...
na koniec lodowaty prysznic, grzane piwo i do domu

dzisiaj boli mnie tylko tyłek - o dziwo kolana po szalonych zbiegach mają się świetnie
25.08 następne zawody z cyklu - tym razem Babia Góra
fotek z biegu jeszcze nie mam, jak będą to się pochwalę
aaaa, jeszcze jedno

- na Koniczynce taki sam dystans i b. podobna suma przewyższeń - wczoraj byłam szybsza o ok. 20 minut; kolega z którym biegłam i Koniczynkę i wczorajszy bieg - miał czas słabszy o kilka minut i mówił, że wczorajsza trasa trudniejsza
