Wszystko zaczęło się rok temu... hm to już pisałem.
Niedziela znowu piękny poranek i ranne truchtanie zapowiadało fajne bieganie, ale od początku. Rok biegania 3 tys km w nogach więc sobie myślę dobrze biegałem na połówkach no to w Warszawie pobiegnę na 4 godz. Żona mówi nie szalej, Leo na privie to samo, więc myślenia miałem na tydzień. Piątek w pracy nie mogę wytrzymać bo dwa dni nie biegałem, dotarłem do domu około 18 -tej szybko w się przebrałem i nad zalew. Biegnę sobie spokojnie po kółko mam zrobić szybkie. Nad zalewem wyrywam już od początku jak nigdy, najlepszy czas jaki miałem na treningach to 22:58 min, a tu bach 21:46 min - nie no myślę rewelacja. W sobotę jedziemy do znajomych pod Warszawę, zarejestrowałem się w biurze, poznałem Fredzia, Remusa, Benneta (biegajznami) było sympatycznie. Wracamy z Wojtkiem na kolację, pokazał mi bieżnię tartanową koło szkoły, tam usłyszałem od jakiegoś młodego człowieka, że na lekkoatletę nie wyglądam

(jestem grubasem przecież).
Rano w niedzielę po porannej przebieżce z Wojtkiem, załatwiam wszystkie sprawy jelitowe więc jest dobrze. Jedziemy na start Wojtek z córą i moja córka. Jaś i Maciek wraz z naszymi żonami mają dojechać na 24 km. Staję na starcie po lekkiej rozgrzewce. Szukam od razu grupy na 4:30 z Maciasem obiecałem żonie, że będę biegł przy Mciasie. Jest wesoło fajna grupa z Króliczkiem. Startujemy biegniemy równym tempem ale dopiero po 1 min 40 s tyle trwało dotarcie do linii startu. Cały czas gadamy poznając się na wzajem. Potem już tylko ja i Macias gadamy i żartujemy sobie z kibicami i resztą biegaczy, Na 10 km wzdycham, że tak wolno to jeszcze nie biegałem, śmiech, kibice w centrum i na starówce super. Potem Most Gdański (ale fajnie się tam biegło), potem Most Świętokrzyski, tunel wzdłuż Wisły potwornie tam mi się biegło (to nie klaustrofobia) smród po samochodach

21 km a ja biegnę i gadam i śmieję się no super. 23 kilometr a tu mój przyjaciel Adam z rodziną co za radość (gadałem z nim kilka razy przez telefon, nie chciał mnie przegapić

) Macias pytał czy to dyrektor z pracy kontroluje moje postępy w bieganiu. 24 moi przyjaciele Wojtek i Jola z dzieciakami i moja rodzinka Asia (żona), Dominika i Jasio, pomachali dodali otuchy a ja mknę do Wilanowa (mogę napisać, że mknę bo od 21 km nasza grupa mimo, że zaczęła się sypać to wyprzedzała, że ho ho). Po 25 km to już biegliśmy jak rakiety. Na 34 km znowu rodzinka i przyjaciele mówią, że nieźle wyglądam

więc biegnę z Maciasem. Na 30 km trochę odskoczyłem od grupy ale przyszło opamiętanie i poczekałem na nich. Na 38 km lekko ściśnięte łydki i znużenie Macias mówi, że na 40 km przy wodopoju zwalniamy do marszu, żeby się przygotować na powitanie mety, więc nie gadam przez półtora kilometra, wodopój no i już do mety. Na 41 km śpiewam szantę (chyba nieźle bo dostałem brawa

), 200 m przed metą biorę Jasia na ramiona i razem z nim biegnę do mety. Czas 4:29:20 REWELACJA.
Skurczy nie miałem bo:
słucham ludzi na forum

i żony. przez tydzień nie piłem takiej ilości kawy jak zwykle, brałem środki z potasem, sodem i magnezem (jutro napiszę jak się nazywały). Zgodnie z zaleceniami Decka piłem izotoniki podczas biegu nie wodę, wciągnąłem żel i ssałem pigułki energetyczne 2 sztuki.
Dziękuję Wam bo to tylko dzięki Wam i rodzinie zrobiłem to o czym marzyłem jestem MARATOŃCZYKIEM.
Dziękuję szczególnie:
Leo
Tomaszowi
Michalj (też poznałem i Jego żonę)
Deckowi
Fistowi (coś go ostatnio nie widać)
Fredziowi
DZIĘKI!!!
Nie wiem co jeszcze napisać.
to jest finisz:
jeszcze bez Jaśka jak znajdę taką fotę to też wkleję
Pozdrawiam szczęśliwy