Teraz jest Pn, 17 lutego 2020, 06:47

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 35 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: Pt, 20 sierpnia 2010, 14:00 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
Witajcie!

Tytuł nie jest kokieterią, oj nie. Mnie zawsze do biegania zmuszano, nigdy nie powiedziano mi natomiast jak to robić, żeby nie wypluć płuc na pierwszym zakręcie i nie zrobić sobie krzywdy. I wiem, że jest więcej takich osób, które na początku swojej przygody z bieganiem żywiły względem niego podobne uczucia. A potem powychodziły z tego piękne przygody, za co szczerze podziwiam obecnych na tym forum biegaczy :usmiech:

No więc pokrzepiona sukcesami innych i ja chciałabym dać sobie szansę na poskromienie tego, czego tak bardzo nie cierpię (niestety bieganie nie pozostaje mi dłużne i też pokazuje co do mnie czuje!). No cóż, zobaczymy co z tego wyjdzie i które z naszej dwójki pierwsze wyciągnie kopyta... :oczko:

Zaznaczę jeszcze, że już próbowałam zmierzyć się z tematem, jednak wciąż brakuje mi motywacji, a może raczej... wytrwałości. Dlatego niniejszy blog jest dla mnie ostatnią deską ratunku, no bo przecież wstyd odpuścić, gdy zdeklarowałam się tu PUBLICZNIE :hej:

Obrazek

Imię: Magdalena
Wiek: 24
Wzrost: 171
Waga: 76

Obrazek

- biegać (czytaj: szurać, kłapać, powłóczyć nogami) REGULARNIE 3-4 razy w tygodniu przez MIESIĄC (cele minimalistyczne są najbardziej realne) -
16.09.2010 - CEL OSIĄGNIĘTY, A NIEMOŻLIWE STAŁO SIĘ MOŻLIWYM!

- biegać regularnie 3-4 razy w tygodniu przez kolejny miesiąc (do 11.10.2010)

- zupełnie przypadkiem, od niechcenia i z zaskoczenia :hahaha: przejść do niższej kategorii wagowej

- wykrzewić wszelkie złe wspomnienia związane z przymusowym bieganiem i zastąpić je nowymi, bardziej przyjemnymi doświadczeniami.

Obrazek

Asics Gel 1150


Heh, może pomoże...
Mam nadzieję, że czasem, gdy mi to będzie potrzebne, albo gdy sobie zasłużę, ktoś mnie kopnie w zacną część ciała i siłą rozpędu... pobiegnę dalej :taktak:


Ostatnio edytowano Cz, 16 września 2010, 15:26 przez giz, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: Pt, 20 sierpnia 2010, 14:25 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
Żeby nie było, że zakładając własny blog treningowy porywam się z motyką na słońce, zanotuję treningi z mijającego tygodnia. A, no i dodam, że nie zrywam się z fotela po kilku latach zasiedzenia, lecz od zawsze staram się ruszać. Z różnym skutkiem, ale jednak.

W tym tygodniu truchtanie odbywa się na bieżni. Po upływie terminu ważności karnetu na siłownię, wyruszę w teren.


16 sierpnia 2010

Obrazek

5,5 km
7,5 km/h


18 sierpnia 2010

Obrazek

6,22 km
7,5 km/h


19 sierpnia 2010

Obrazek

4,5 km
7,5 km/h



Komentarz:

Póki co to zabójcze tempo jest dla mnie maksymalne. Tylko w ten sposób jestem w stanie "biec" przez 45 minut. Naczytałam się trochę różnych rzeczy na bieganie.pl i w obliczu znalezionych tu informacji dla początkujących, jestem w stanie się nawet tego tempa nie wstydzić :oczko:

Widziałam, że inni nie podają prędkości w formacie km/h, a raczej tempo w min/km. Jak dla mnie jest to czarna magia. Czy to pulsometry/gpsy to wskazują czy to się oblicza? Może w wolnej chwili gdzieś to doczytam, ale na razie nie wydaje mi się to sprawą priorytetową w moim szuraniu.
Grunt, że zebrałam się w sobie i poszłam poczłapać 3 razy w tym tygodniu! Toż to dla mnie wielki sukces i powód do dumy :hej:

Co do odczuć... chyba za wcześnie odszczekiwać deklarację o nienawiści, ale nie jest to już ta nienawiść z gatunku zaciekłych i jadem kapiących. Może dlatego, że nikt do biegania mnie nie zmusza...

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: N, 22 sierpnia 2010, 15:04 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
21 sierpnia 2010

90 minut ganiania za piłą po korcie.



22 sierpnia 2010

Obrazek

6,13 km
7:48 min/km (!)


Komentarz:

Ludzi o słabych nerwach i sercach uprzejmie uprasza się o nie czytanie poniższego wpisu, gdyż grozi to śmiercią z nudów lub też zejściem na zawał od nadmiaru banałów w mych osobistych spostrzeżeniach i przemyśleniach.

- czwarty raz w tym tygodniu założyłam buty do biegania (sukces!)
- biegałam... w terenie (sukces!)
- w terenie biega się o wiele trudniej niż na bieżni (banał nad banały)
- bieganie o 11.30 w tak słoneczną pogodę to samobójstwo, zwłaszcza w czarnym wdzianku. Rytm dnia to na mnie wymusił - biegać o tej porze lub nie biegać wcale. Ciekawość jak to będzie jednak zwyciężyła.
- 3,2 km w nogach - "Zaraz stanę, już nie mogę, nie wytrzymam, po co mi to, no po co?! Jak za 1,5 min nie zobaczę plaży, staję, jak mamę kocham". 1,5 min później: "Gdzie ta cholerna plaża?! Zaraz ducha wyzionę, ale nie stanę, o nie! Dorwę ją, znajdę, ale się nie zatrzymam, za dużo mnie to kosztowało"! (akurat z górki było, inaczej bym stanęła. A może to złość i desperacja mnie pchała? Miałam serdecznie dość. A to dopiero połowa pętli. No przecież dokładnie w połowie nie zawrócę! :oczko: No więc byle do plaży i jakoś poszło.
- 4,8 km - "NIENAWIDZĘ BIEGAĆ! NIENAWIDZĘ BIEGAĆ! NIENAWIDZĘ BIEGAĆ"!
- 5,3 km - "NIENAWIDZĘ BIEGAĆ! NIENAWIDZĘ BIEGAĆ! NIENAWIDZĘ BIEGAĆ"!
- 5,5 km - "Gdzie ten pieprzony ostatni zakręt? Gdzie? Już dawno powinien tu być"!
- 5,8 km - "Ostatnia prostaaaaaaa!" Tu myślenie się urwało, kapiąca jadem nienawiść nagle odpłynęła z ostatnią myślą, a nad głową zaświeciła się taka chmurka jak w komiksach o jaskiniowcach - obrazek z przekraczaniem linii mety. I impuls. Czysty instynkt. Tak bardzo chciałam, żeby to się skończyło, tak bardzo chciałam już tam być, że rzuciłam się przed siebie sprintem (tu nie zadławić się kęsem/śliną czy co tam właśnie przełykacie). Wiem, że to bluźnierstwo i profanacja używać na tym blogu terminu SPRINT, ale dla mnie ten zryw właśnie tym był. Z rozwianym włosem, świstem wiatru w uszach, rozdziawioną buzią, szaleństwem w wybałuszonych oczach, siejąc postrach wśród przerażonych rowerzystów nadjeżdżających z przeciwka (musieli trochę zmienić planowaną trasę i poprzytulać się do krzaków) dopadłam metę. Boże! Skończyło się! Nie muszę już biec! Ledwo łapiąc oddech zdążyłam jeszcze pomyśleć, że kolejne 200 metrów i nastąpiłaby eksplozja serca i płuc. Sprawdzenie wyniku - wielka ulga i myśl, że już tak bardzo nie nienawidzę biegania jak przez blisko kilometr mej trasy.
- wszyscy mówią o swoich życiówkach to i ja górnolotnie i na wyrost powiem, że miałam dzisiaj swoją własną życiówkę na tej trasie (kilkanaście razy w życiu już tę pętlę przebiegłam), a już na pewno na takim dystansie (śmiech na sali, cóż to za dystans. A jednak dla mnie maraton...) Do tej pory rekordowe tempo to 8:48 min/km przy tym właśnie dystansie.
- tu, już na spokojnie, należy się wyjaśnienie co to właściwie znaczy sprint (teraz można się śmiać. Ja sama się śmieję z politowaniem, ale uwierzcie, wtedy był to dla mnie wyczyn nadludzki) - 4:29 min/km.

Fajnie, że jutro nie muszę biegać. Ale co będzie za dwa dni? Już jestem tego bardzo ciekawa :taktak:

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: Wt, 24 sierpnia 2010, 11:08 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
23 sierpnia 2010

Obrazek

6,12 km
8:36 min/km


Komentarz:

Znów mam sporo zaskakujących mnie przemyśleń.

- dystans dzisiejszej trasy pokrywa się z wczorajszym, a różnica jest taka, że wczoraj obiegałam jeziorko, a dziś latałam między blokami. Ciekawe odkrycie.

- dzisiejsza trasa była bardziej wymagająca ze względu na bardziej zróżnicowany teren.

- o niebo lepiej biegało się o 23, po krótkim deszczu. To oczywiste ;)

- obserwując deszcz przez szybę doszłam do druzgocącego wniosku - nie wyobrażam sobie, no po prostu nie wyobrażam mnie biegającej podczas deszczu. Okropność, nie wiem czy kiedykolwiek się przełamię, gdyby zaszła taka potrzeba. Brrr. Na szczęście przestało padać i jednak poszłam szurać.

- biegłam wolniej niż wczoraj, na początku mniej się męczyłam, ale dwa razy musiałam przejść do szybkiego marszu. I jestem bardzo ciekawa jakie są tego przyczyny. Mam dwa podejrzenia: pierwsze to to, że wczoraj jednak na treningu dałam z siebie wiele (tak, wiem, że to śmiesznie wygląda gdy się zerknie na moje osiągnięcia, ale jednak jestem początkującym, nieprzychylnie nastawionym (wciąż) szuraczem z nadwagą) i nie zdążyłam wypocząć. Drugie podejrzenie: wymusił to na mnie teren. Na odcinkach, na których przeszłam do marszu (raptem minutowego) jest lekko pod górę, ale za to ciągnie się to w nieskończoność. Ilekroć tamtędy przebiegam, kończy się to tak samo jak wczoraj. A może to jedno i drugie na raz?

- zmęczyłam się mniej niż jakiś czas temu na tej ścieżce. Pod koniec, a dokładnie na ostatnich 300 metrach przyspieszyłam! Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że BIEGŁAM :usmiech: Wprawdzie na finiszu ledwo oddech łapałam, ale nie było mi niedobrze, więc obyło się bez agonii.

- miałam biegać we wtorek, czwartek i sobotę, ale proza życia zmusiła mnie do biegu w poniedziałek (przedwczesna była ta niedzielna radość na dzień odpoczynku) - przeżyłam, nie wykluczam, że jeszcze kiedyś w życiu wyjdę poszurać, co jest już pewnym sukcesem po 5 odbytych treningach z dosyć dużą jak na mnie intensywnością. W końcu "biegam" ciuraskiem po 47-57 minut, a potem jeszcze się rozciągam. Za co, znając siebie dość dobrze, piewy pochwalne w duszy sobie odprawiam :hej:

- a i jeszcze jedno spostrzeżenie. Wiadomo mi, że powinnam szurać "w tempie konwersacyjnym". Wczoraj biegałam w towarzystwie (w pewnym momencie to towarzystwo mnie opuściło i niczym struś pędziwiatr... zniknęło pozostawiając za sobą tumany kurzu. Potem okazało się, że owo towarzystwo biegło w tempie 2 min/km. Jak daleko? Nie wiem, bo zdążyłam je z oczu stracić. No, ale wracając do meritum...). I tu krytyczne spojrzenie na naturę kobiety: biegać w tempie konwersacyjnym oznacza biec i MÓC rozmawiać bez przeszkód, a nie biec i ROZMAWIAĆ bez ustanku! :hejhej: No więc składam samokrytykę, bo strasznie mi to gadanie przeszkadzało w bieganiu. Zupełnie inaczej wtedy pracuje przepona, inaczej odczuwa się pracę całego brzucha. Zużywa się masę energii językiem, a nie nogami. Wezmę na to poprawkę podczas następnego towarzyskiego truchtania.

Nie ma bata, dziś siedzę grzecznie na czterech literach i każdą formą ruchu gardzę :taktak:

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: Cz, 26 sierpnia 2010, 01:22 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
25 sierpnia 2010

Obrazek

3,67 km
7:45 min/km


Komentarz:

To był tragiczny dzień. Kosztował mnie sporo nerwów. A skutki dzisiejszych wydarzeń będą miały swoje echo, więc to nie koniec emocji i problemów. W dodatku nachodziłam się dzisiaj w świeżo nabytych butach, co zaowocowało pozdzieraną do krwi skórą na piętach i palcach (takie właśnie są uroki zbyt delikatnych stóp). Słowem - wszystko sprzysięgło się dziś przeciwko mnie, a jeszcze bardziej przeciw bieganiu. A dziś wypadał dzień treningu. Zrezygnowałam. Byłam wyczerpana, wściekła i zniechęcona.

I nagle w mojej głowie pojawiła się myśl. O nie, nie odpuszczę! Aż kipiałam ze złości, że nic się nie układa, a raczej że rozsypuje w drobny mak. A w moim przypadku złość jest najsilniejszym bodźcem do wyżycia się poprzez sport. Przypomniałam sobie, że to dzięki niej na dnie mojej szuflady leżą dyplomy i medale. Więc założyłam buty biegowe i wystrzeliłam w czerń nocy.

Prawdopodobnie dzisiejszy trening był bezużyteczny. Biegałam raptem 28 minut, a i dystans marny, jednak tym razem mogę powiedzieć, że nie szurałam (gdy szuram, uda mam praktycznie złączone i wywijam jedynie łydkami). Dziś uda ocierały się o siebie w wolnym, ale jednak biegu.
Stopy krwawią, pojawił się lekki ból piszczeli (czyżby coś niedobrego czyhało za rogiem?), a w pewnym momencie podczas biegu poczułam ból między sercem, a żebrami. I to płuca i ten ból nie dały mi biec dalej, bo nogi były chętne do współpracy. W każdym razie złość przekułam w wysiłek.

Dobrze, że nie odpuściłam. Inaczej mogłabym tym wszystkim rzucić w kąt. A tak, jestem zadowolona, że się przełamałam. To dobrze wróży oswajaniu...

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: Wt, 31 sierpnia 2010, 14:52 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
29 sierpnia 2010

Obrazek

6,25 km
7,20 min/ km


Komentarz:

To bardzo dziwny bieg był. Zupełnie nowy i zaskakujący.

Pierwszy raz w życiu zeszłam z bieżni, betonu, asfaltu czy żwirowej trasy. Mimo, że zawładnęła mną silna awersja do biegania (po trzech dniach obżarstwa!), wyrzuty sumienia opanowały moją głowę i poczułam potrzebę pobiegania... po puszczy. No i muszę zaznaczyć, że to pierwsza rzecz w bieganiu, o której mogę powiedzieć, że mi się spodobała! A konkretnie do gustu przypadła mi jedna sytuacja. Cisza, spokój, zero ludzi, z lewej i z prawej strony wąziutkiej, lekko podmokłej ścieżki ściana strzelistych drzew. Wprawdzie gdzieś tam ludzie migali, ale nie było to bieganie najbardziej popularną wśród rolkarzy, biegaczy i rowerzystów trasą wokół okolicznego jeziorka (która nota bene staje się dla mnie zbyt monotonna). No i pierwszy raz doświadczyłam zjawiska wycieczki biegowej :usmiech:.

Na początek było małe rozciąganie na parkingu, potem 10 minut marszu. No i szuranie. Założyłam sobie, że po prostu będę szurać przez 40 minut, przy czym dotlenię się, odpędzę lenia, zagłuszę wyrzuty sumienia i zwiedzę sobie niedostępne dla mnie zazwyczaj tereny. Słowem: luz. Nie chciałam jedynie przechodzić do marszu, ale nie wiedziałam czego mogę się spodziewać po nowym terenie i nowym środowisku. Szybko, bo już po 5 minutach okazało się, że mnie to przeraźliwie nuży, czas mi się wlecze i osiągnięcie 40 minut jest nierealne. I właśnie w tym momencie pierwszego kryzysu nastąpił bieg z górki. "Jak dam radę zbiec i nie być śmiertelnie umęczoną, biegnę dalej". Nie byłam, odpoczęłam sobie nawet trochę. Później sytuacja się powtórzyła na 3,4 km, w momencie kiedy zbiegałam z górki mając świadomość, że muszę wrócić tą samą trasą. Dobiegłam do 4 km i zawróciłam. Ale wtedy miałam już w głowie plan. Nie dam się, podbiegnę pod tą górkę, to jest zachowam "ruch biegowy", niezależnie od tego czy szybciej byłoby mi po prostu z tego zrezygnować i najzwyczajniej na świecie podejść pod to zbocze. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że właściwie ta stromizna tylko tak strasznie z góry wyglądała! Fakt, biegło się niemiłosiernie ciężko, brakowało mi tchu, prawie się nie przemieszczałam, a uderzenia serca czułam każdym fragmentem ciała i modliłam się o koniec. Ale wbiegłam! :taktak: Jakże ja byłam szczęśliwa, że przede mną pojawił się asfalt prowadzący na parking! Przez pierwsze kilkaset metrów dochodziłam do siebie. Na kolejnych czułam się nawet wypoczęta. No więc postanowiłam sprawdzić co to będzie gdy przebiegnę (szybciej niż zazwyczaj truchtam) ostatnie półtora kilometra. I co? I przebiegłam! PRZEBIEGŁAM! Nie mijałam już ślimaczym tempem rodziców spacerujących z wózkami. Zostawiałam ich w tyle całkiem szybko. Co więcej, trwało to nie 100, nie 300, nie 500 metrów, a 1,5 km. Na finiszu jeszcze przyspieszyłam i o dziwo, choć byłam zmęczona, nie umierałam.

Pochodziłam sobie jeszcze 10 minut i dobrze się rozciągnęłam. Sprawdziłam wynik i prawie tam zemdlałam :hej: W ŻYCIU nie udało mi się przebiec takiego dystansu w tempie 7:20 min/km. Tym bardziej byłam zdziwiona, bo przecież nie udało mi się do tej pory tak szybko biec po asfalcie, a tym razem pod moimi stopami mijały kilometry lasu (od samego początku czułam różnicę i tęskniłam za gładziutkim, równiutkim asfaltem). Wiem, że średnie tempo wynika z powolnego człapania po lesie i szybszego biegu po asfalcie, ale nie przeszkadza mi to zupełnie :usmiech:

Ciekawe czy to tylko jednorazowe osiągnięcie czy taka sytuacja będzie się u mnie powtarzać...

W tym tygodniu również udało mi się zrealizować założenie biegowe. Biegałam trzy razy. I jestem na półmetku. Jeszcze dwa tygodnie i cel z pierwszego wpisu, ten zakładający regularne bieganie, zostanie osiągnięty. A co z oswojeniem biegania? Dobrze, że mam na to jeszcze trochę czasu :hej:

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: Wt, 31 sierpnia 2010, 23:25 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
31 sierpnia 2010

Obrazek

7,5 km
8 min/km


Komentarz:

O mamo, ależ mi się nie chciało! Za oknem od rana mokro i padać nie przestaje. Absolutnie nie brałam pod uwagę biegania w deszczu, bo mnie to przerasta. Na samą myśl mam ciarki.

Obliczyłam sobie, że mam biegać nie mniej niż trzy razy w tygodniu, a dziś już wtorek. Weekend mam zawalony, więc jak nic, jak odpuszczę to zabraknie mi dni na treningi! No dobra, mamrocząc z niechęcią pod nosem, odszukałam karnet na siłownię - lepszy rydz niż nic. No i pojechałam z założeniem, że odbębnię te 40 minut truchtania, tak dla uspokojenia sumienia.

W skrócie: zaczęłam truchtać i myśleć etapami. Oby do 10 minut. Poszło całkiem gładko. Oby do dwudziestu. Przy piętnastej minucie pomyślałam, że to już przecież połowa 30. I do 30 jakoś zleciało. W 36 minucie poczułam działanie endorfin. Biegający obok pan zaczął się co jakiś czas odwracać i na mnie spoglądać - po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że biegnę z bananem na twarzy! :usmiech: No i głupio było mi przerywać to uczucie w 40 minucie, więc postanowiłam pobiec 45 minut. I potem myśl: "a jak by to było przebiec ciuraskiem 7 km? nigdy tego nie zrobiłam". Dobiłam do tych 7 km i wtedy stwierdziłam, że nigdy też nie biegłam 60 minut. Brakowało ich tylko kilka. Już od jakiegoś czasu towarzyszyło mi zdziwienie, że biegnę i nie muszę się zatrzymywać, że moje ciało nie domaga się odpoczynku. Dotarłam do 60 minuty. I do 7,5 km. I czułam, że mogę jeszcze! Byłam lekko zmęczona, ale nie zasapana. Szybko doszłam do siebie. Tempo nie było zawrotne, jednak dzisiejszy trening, choć na bieżni w siłowni, to swego rodzaju rekord (czas i dystans).

A z tego wszystkiego najbardziej cieszy mnie to, że mimo wielkiej niechęci do jakiegokolwiek ruchu, tym bardziej do biegania, jednak zebrałam się do kupy i ruszyłam z miejsca. To chyba jest najtrudniejsze.

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: Pt, 3 września 2010, 14:09 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
2 września 2010

Obrazek

5,73 km
8:28 min/km


Komentarz:

To bieganie to jednak okropieństwo jest...
Cały dzień nie było jak pobiegać, możliwość pojawiła się dopiero po 23. Nie chciało mi się straszliwie. Patrzę za okno, a tam mokro i wody wciąż przybywa. Poddałam się, to nie na moje nerwy. Ale nie ma lekko, zostałam siłą wyciągnięta za uszy na zewnątrz. Serio, miałam łzy w oczach. Nie lubię deszczu. Nie lubię biegać. Nienawidzę biegać w deszczu, po ciemku, zmęczona i z bólem piszczeli. Ale te usprawiedliwienia na nic się zdały. No więc cóż mi pozostało... poszłam człapać.

Trasa nieco skrócona względem standardowej pętelki, bo nie dawałam rady. Z kondycją nie jest źle, na pewno czuję różnicę na plus, jednak od pierwszego kroku czułam te cholerne piszczele. I to nie pobolewały sobie, a bolały przez cały czas. Może dlatego w tym biegu nie było dla mnie nic pozytywnego. I ten deszcz... koszmar!

Nie chcę odpuszczać treningów, bo jeśli wypadnie mi jeden czy drugi, to będzie koniec tej zabawy. Wiem, bo już to niejednokrotnie przerabiałam. Z drugiej strony, jak zlekceważę ból, prędzej czy później zapracuję sobie na przymusowy odpoczynek. Dlatego boję się kontuzji.

Póki co to był pierwszy trening z regularnym bólem. Na noc zastosowałam zimny okład i maść przeciwzapalną. Z rana wygrzebałam informacje odnośnie bólu piszczeli - co, kiedy, dlaczego i jak się chronić. Znalazłam fajne ćwiczenia o tu i od razu je wykonałam. Co za ulga, to działa! Jutro lub pojutrze spróbuję pobiegać, a jeśli ból faktycznie ustąpił, będę je wykonywać przed każdym treningiem.

Ech, ten bieg w ogóle nie dał mi satysfakcji. Żadnej.
Pierwszy kryzys? Możliwe, ale dam sobie jeszcze szansę. A właściwie dam ją bieganiu :oczko:

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: Wt, 7 września 2010, 22:15 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
7 września 2010

Obrazek

5 km
8 min/km


Komentarz:

Kilka słów komentarza do poprzedniego tygodnia:

- biegałam tylko dwa razy;
- w piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek moje obolałe piszczele miały fajrant (co zważywszy na pogodę, totalny brak czasu, lekki kryzys objawiający się narastającym obrzydzeniem względem biegania oraz nawracający ból, zrobiło mi dobrze);
- piszczele udało mi się doprowadzić do stanu używalności.

Dziś wtorek. Czuję, że nadciąga jakieś sezonowe choróbsko. Dlatego też nie zdecydowałam się na bieganie na zewnątrz, zdecydowanie nie chcę, a wręcz nie mogę się teraz załatwić. Dlatego odwiedziłam siłownię i jej cuda techniki (pedały bez dwóch kółek, wiosła bez łódki i uciekający chodnik).

Trening na uciekającym chodniku trwał 30 minut. Biegłam stałym tempem 8 min/km przez 20 minut, a ostatnie dziesięć przeznaczyłam na pierwsze na bieżni interwały. Może to i nic i dla innych zabrzmi śmiesznie, ale biegłam systemem:

1 min - 6'/km
1,5 min - 8'/km
1 min - 6'/km
1,5 min - 8'/km
1 min - 6'/km
1,5 min - 8'/km
2 min - 6'/km

plus 15 minut coraz wolniejszego chodu. Może to niewiele, ale znów mam ze dwie uwagi.

1. Fajnie biega się szybciej (byle nie za długo :hej: ).
2. Gdy biegnę szybciej, nie podskakuję tak do góry, a własciwie chyba w ogóle nie podskakuję (podobno przy truchcie wykonuję "ruch spławikowy :hahaha: )
3. Ostatnie dwie minuty biegu dały mi w kość.

(Ups, uwagi wyszły aż trzy :bleble: )

Z tych dwóch minut jestem dumna dlatego, że to miała być jedna pełna minuta, ale pod koniec jej trwania postanowiłam sprawdzić kiedy mnie taśma wciągnie. No więc po dwóch minutach byłam lekko zdyszana, ale nie wciągnięta. No i wdzięczna, że mogę już przestać biec, przy czym czułam, że mogłabym jeszcze chwilę tak pobiec.

Jeśli wydobrzeję na tyle, że będę mogła biegać i po tym ziąbie co wieczorami ulice ogarnia, w ramach zadośćuczynienia za zeszłotygodniowe przestoje, w tym tygodniu pobiegnę cztery razy. Tak mi dopomóż chodniku szeroki i pogodo łaskawa. No i płuca.

:taktak:

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: Cz, 9 września 2010, 01:53 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
9 września 2010

Obrazek

5,12 km
8:14 min/km


Komentarz:


Za ciepło się ubrałam na dzisiejsze bieganie. Wezmę to pod uwagę następnym razem.
Bieg całkiem ok, bez większej traumy wydolnościowej. Wydawało mi się, że biegnę szybciej, jednak po końcowym odczycie tempa i prędkości okazało się, że jednak się mylę.
Muszę też mniej gadać jak biegnę, bo to potwornie męczy.


Dalej proszę lepiej nie czytać, szkoda czasu i nerwów, bo to przemyślenia i obserwacje frustratki, taki uskarżający się bełkot. Niemniej jednak napisanie tego jest dla mnie kwestią potrzeby i już.


W ramach pokuty za zeszły tydzień, w obecnym się sprężam i mimo awersji do biegania, dalej ciągnę ten wózek nieszczęść. Gorszy okres chyba mam. Dlatego postanowiłam wpisać to, co widzę na plus, ale też przyznam się do porażek.

Na plus:

- biegam regularnie (średnio 3 razy w tygodniu),
- umiem przebiec i przebiegam praktycznie za każdym razem (!) nie mniej niż 5 km bez zatrzymań i palpitacji (ale wciąż się męczę),
- jestem w połowie czwartego tygodnia tych szuro-wygibasów (nie wierzyłam, że tyle wytrwam),
- sylwetka nieznacznie, ale to nieznacznie się poprawiła (zwłaszcza pupa),
- biegam, choć nie lubię (co czyni mnie zawziętą heterą, a tego mi właśnie trzeba było - zawziętości. Nie heterowatości, bo do tej pory byłam tylko heterą :oczko: )

Na minus:

- wciąż biegam bardzo powoli i nie widzę póki co perspektyw na poprawę,
- dalej nie lubię biegać. Po prostu nie czuję tego i już.
- często nie chce mi się wychodzić na trening. Po nim jest już lepiej, ale zebrać się w sobie... okropność.
- wieeeelki zawód co do chudnięcia (temat szerszy, rozwinę zaraz):
- wzrost wagi!
- zwiększenie obwodów ud i łydek!
- brak mniej lub bardziej spektakularnych, ale widocznych gołym okiem postępów (szybkość, wytrzymałość, spadek wagi czy obwodów), co zdecydowanie wpływa negatywnie na moje nastawienie. Do tego chyba włącza mi się jesienna chandra i razem to wszystko może dać mieszankę wybuchową...



Co do odchudzania...

Tak, stosuję dietę (zero słodyczy, małe porcje co 3 godziny, zazwyczaj małe kolacje białkowe na 3h przed snem, dużo wody, prawie całkowite ograniczenie cukru, używam zdrowych, nieprzetworzonych produktów o niskim indeksie glikemicznym (choć ostatnio zdarzało mi się jeść makaron 2-3 razy w tygodniu), wybieram pełnoziarniste makarony i "dobre" tłuszcze z oliwy, orzechów, nasion, awokado, jeśli jem węgle to generalnie te złożone, sporo by dalej pisać). Oczywiście są i wpadki, ale to ludzkie i nie jakieś nagminne.

Mam kilka poważniejszych problemów zdrowotnych, które sprawy odchudzania (a nawet utrzymania wagi) nie ułatwiają. Ale z drugiej strony też nie ograniczają możliwości uprawiania sportów w granicach rozsądku. Jestem pod opieką lekarzy.

Ruszam się 3-4, a czasem 5 razy w tygodniu, z czego 3 razy biegam wolniutko i jak na mnie całkiem sporo.

Nie ważę się codziennie, nie wpadam w panikę i w skrajności, nie stosuję głodówek, nie mam napadów kompulsywnego jedzenia. Nie mam obsesji na punkcie idealnej wagi, chcę się tylko pozbyć nadwagi i dobrze się ze sobą czuć.

Nie jestem w ciąży.

Ja wszystko rozumiem. Różne czynniki nakładają się na siebie. Trzeba być cierpliwym, systematycznym i konsekwentnym. Rezultatów nie widać z dnia na dzień. Mięśnie są cięższe od tłuszczu. Może należy zmodyfikować trening lub/i ćwiczenia. Może, może, może...

Ale czasami po prostu wiedzieć i rozumieć to nie wszystko. Czasami najzwyczajniej w swiecie nadchodzi taki dzień, że w obliczu niepowodzeń albo braku pozytywnych rezultatów tupię sobie nogą z naburmuszoną miną i jedyne co potrafię powiedzieć to to, że świat jest niesprawiedliwy i ja kategorycznie żądam poprawy, bo ja CHCĘ i już.

Napisałam co musiałam. I liczę na to, że wylanie smutków pomoże. Ale nie pozostaję bierna, jeszcze się nie poddałam, o nie!

- dociągnę to moje bieganie do pełnego miesiąca, choćby nie wiem co,
- dziś zaczęłam stosować sprawdzoną już (skuteczną, zdrową i kontrolowaną przez lekarza w poprzedniej fazie odchudzania) dietę South Beach. Ona działa, nie jest drastyczna, uciążliwa ani szarlatańska, opiera się na głównych założeniach dobrego i zdrowego żywienia, przynosi mi rewelacyjne samopoczucie i poprawia wyniki badań. Gdyby głupota ludzka znała jakieś granice, nie zeszłabym na manowce i nie musiałabym teraz jojczyć, żem wielka jak wojskowy wóz opancerzony. Do tego wyładowany C4.

Tylko spokój nas uratuje :oczko: :taktak:

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: So, 11 września 2010, 13:13 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
10 września 2010

Obrazek

Nieopomiarowane wygibasy na uciekającym chodniku.


Komentarz:

Zebrałam się w sobie i stwierdziłam, że trzeba jednak iść się poruszać. Tu ukłon w stronę Aktyny :taktak:
Na zewnątrz zimno i mokro, a ja ostatnio gorzej się czuję.
Oczywiście w moim przybytku kultury(stycznym) znów nie było wolnej bieżni. Pokręciłam pedałami na rozgrzewkę i po jakimś czasie udało się dopaść chodnik. Rany, ależ mi się fatalnie biegło! Jak nigdy. Było mi od samego początku duszno, gorąco i jakoś nieswojo. Dałam radę przebiec 20 minut, co dało jakieś 2,5 km. I nagle zrobiło mi się niedobrze. Ale nie tak wysiłkowo, tylko raczej chorobowo... Z wielkim trudem powstrzymałam się przed uzewnętrznieniem zjedzonego ok. 2 godziny wcześniej obiadu. Zwolniłam, pomaszerowałam pod górkę kolejne 20 minut i pożegnałam siłownię po blisko godzinie aerobów o zróżnicowanej intensywności. Słaby dzień, jeszcze słabsze bieganie.

Trzeci trening w czwartym tygodniu zaliczony. Zostaje jeszcze jeden. A za oknem chlapa. Mimo wszystko mam teraz w pamięci moje samopoczucie z siłowni i ZA CHINY LUDOWE nie zamierzam tego doznania powtarzać. Choć jestem z cukru i wody z nieba unikam jak tylko mogę, chyba już wolę pobiegać dziś czy jutro po kałużach...

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: So, 11 września 2010, 22:16 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
11 września 2010

Obrazek

ok 4,3 km (mierzone online)
31 minut


Komentarz:

A dziś na nic nie narzekam, bo w moim dzisiejszym bieganiu widzę same plusy.
Przeszłam przez granice, które bardzo rzadko przekraczam, więc zaserwuję sobie autopochwałę :bleble:

- poszłam biegać w deszczu (za to wręczam sobie koronę i ogłaszam się królową świata, hiehie)
- biegałam sama, a to praktycznie mi się nie zdarza (bo nie lubię)
- spotkało mnie kilka śmiesznych przygód - wyśmiała mnie grupa trzynastolatek, pan z budowy krzyknął, żebym biegła powoli, przemoczony biegacz nadciągający z przeciwka ze zrozumieniem wyszczerzył w mą stronę całe uzębienie, a spacerująca z tatą dziewczyneczka w żółtej pelerynce wskazała mnie palcem i zapytała: "Tatusiu, a co ta pani robi"? "Ona biega kochanie". I tak stali i patrzyli jak oddalam się ciapiąc po kałużach (wiem tylko dlatego, że co jakiś czas odwracałam się z bananem na gębie w ich stronę).
- wprawdzie miałam przebiec ten dystans wolniej, ale deszcz mnie gonił i pospieszał, a że nie miałam z kim gadać podczas biegu to i tę oszczędzoną energię przejęły nogi :oczko:
- pokonałam biegiem najdłuższy podbieg w moim życiu. Było ostro, ale jak się okazuje, można.
- wykonałam czwarty w tym tygodniu bieg i nic to, że krótki :usmiech: A dziś sobota dopiero :oczko:

No, to był dobry dzień :taktak:

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: Cz, 16 września 2010, 15:20 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
15 września 2010

Obrazek

4,5 km
8 min/km

+ 25 minut marszu w tempie 6,5 km/h


Komentarz:

Miałam długą przerwę w bieganiu, o wiele dłuższą niż bym chciała. Biegałam w sobotę, chciałam wyjść w poniedziałek, ale ogarnęła mnie babska niemoc. Dopiero w środę byłam w stanie zmierzyć się z człapaniem. I muszę przyznać, że poszło mi całkiem nieźle.

Biegałam na siłowni. Dystans 4,5 km pokonałam zadziwiająco gładko. Biegłabym może dłużej, gdyby nie obawa, że się przeforsuję. No bo nie doszłam jeszcze całkowicie do siebie, a na dodatek na siłowni było potwornie duszno. Aż się słabo robiło z braku powietrza. Ale jeśli chodzi o formę fizyczną, nie była zła. Właściwie wcale się nie zmęczyłam, choć muszę powiedzieć, że bolał mnie brzuch i było mi niedobrze. To moja wina, bo na ok. godzinę przed ćwiczeniami zjadłam makaron z kurczakiem, szpinakiem i serem feta. Podczas biegu czułam to na żołądku, zwłaszcza gdy łykałam odrobinę wody, robiło mi się niedobrze. No ale czasem nie mam jak wydłużyć tego czasu pomiędzy jedzeniem i ćwiczeniami.
Dziś mnie wszystko boli :usmiech:


Ważna sprawa:

Dziś minął miesiąc mojego biegania.
Szurałam średnio 3 razy w tygodniu!
Żyję.
Jeden z celów z pierwszego posta został osiągnięty.
Jestem z siebie dumna, bo nigdy w życiu tyle nie biegałam!
Sylwetka mi się poprawiła (niewiele, ale na tyle, że sama to widzę).
Schudłam kilogram.
Mam lepszą kondycję niż miesiąc temu.



Co dalej?

Nie wiem czy mogę już powiedzieć, że oswoiłam bieganie. W końcu ja dalej tylko sobie szuram... Nie wiem czy to co robię można nazwać bieganiem. No i cóż to jest jeden miesiąc! Dlatego czas na postanowienie numer dwa:

Biegać regularnie 3-4 razy w tygodniu do dnia 11 października 2010.

Później moje życie wywróci się do góry nogami, nie wiem jak to będzie z bieganiem. Więc oby do 11 października! Jeśli do tego czasu uda mi się podtrzymać szacunek do biegania i do samej siebie w biegu, będzie to kolejny sukces :usmiech:

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: N, 19 września 2010, 22:58 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
19 września 2010

Obrazek

5,2 km
7:41 min/km


Komentarz:

Bieg spontaniczny, możliwy dzięki zmianie planów towarzyskich. Sobotnie poranne spotkanie zostało odwołane, dlatego też przejeżdżając koło Błoń nastąpił krótki postój na truchtanie :usmiech:

A, zrobiłam sobie test na maksymalne tętno. Po 4 km truchtania przyspieszyłam i przebiegłam pędem (jak na mnie, bo ze średnim tempem 3:50min/km) 300 m. Wyszło mi, że HRmax= 193. Test trzeba będzie powtórzyć, gdyż okazało się, że pulsometr wywinął mi niezły numer, a mianowicie na pewnych odcinkach wykazywał, że nie żyję, albo coś mu się tam mieszało. Z tętna 183 przeskakiwał nagle na 79 i tak sobie trwał całymi minutami, po czym wracał w okolice 175-180. Prawdopodobnie słabo zmoczyłam pasek i coś tam nie kontaktowało jak trzeba. Nie wiem na ile wynik jest wiarygodny, więc po prostu wkrótce powtórzę pomiar.

Zastanawiające jest to, że gdy truchtam moim tempem w granicach 7,5-8 min/km, nie czuję zmęczenia i w miarę swobodnie rozmawiam, pulsometr pokazuje mi np. HR 170-182. A gdy biegnę tak, że własne płuca gubię, charczę, sapię, świszczę, stękam i dyszę jak lokomotywa, osiągam 193. Strasznie mała różnica! Jeśli miałabym rzeczywiście biegać na intensywności 70% HRmax, musiałabym biegać wolniej niż ten mój nie męczący mnie wcale trucht czyli w granicach HR 135... Właściwie musiałabym spacerować bardzo powoli, no wręcz tak, jak po niedzielnym obiadku spacerują całe rodziny. Czy to nie jest dziwne? A może faktycznie na początku pulsometr jeszcze dobrze działał a potem pasek wysechł i Polar zaczął świrować? Wierzyć mi się nie chce w tak małą różnicę między tętnem spoczynkowym, tym przy truchcie i przy bardzo intensywnym (dla mnie kolosalnym) wysiłku. Czy to jest możliwe? Normalne?


Technika tylko mąci mi w głowie.
Ale też zabija ćwieka, bo może ten Polar jednak ma rację, a ja biegam na zbyt dużych intensywnościach i dlatego nie tracę kilogramów? Bądź tu mądry i pisz wiersze... :lalala:

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Giz: od nienawiści do oswojenia biegania
Nowy postNapisane: Wt, 5 października 2010, 10:47 
Offline
Wyga
Wyga
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 26 kwietnia 2010, 13:36
Posty: 111
Nie biegam.
Choruję.
Przeprowadzam się.
Choruję.
Wrócę do szurania jak to wstrętne choróbsko się skończy. A trwa już dwa tygodnie...
Niechże się już lepiej poczuję, bo forma spadła, sylwetka znów się rozłazi a mnie... brakuje ruchu.

Zbieram siły. I nie chcę chorować!

_________________
BLOG
KOMENTARZE


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 35 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL