Cześć,
śledzę forum od jakiegoś czasu i trochę szkoda że zaczynam od aktywności w takim smutnym temacie
Biegam z przerwami około roku, intensywnie zaczęłam maj/czerwiec. Regularnie 3-4 treningi w tygodniu, stopniowo zwiększany wolumen. Codziennie jeżdże na rowerze MTB, powoli zaczęłam też treningi na szosie.
Najłatwiej będzie mi przestawić problem czasowo. Wszystko było pięknie ładnie, jakieś niewielkie dolegliwości które nigdy nie powodowały przerwania treningu. Biegam po twardych nawierzchniach.
31 sierpnia wystartowałam w zawodach na torze wyścigów (bardzo miękko, trawa, nierówno), biegło mi się kiepsko. Nie przytrafiło mi się żadne skręcenie ani nierówne stąpnięcie - przynajmniej tego nie pamiętam. Czas jako taki, blisko życiówki ale bez napinki. Nie wiem czy to co stało się na rozgrzewce ma jakikolwiek wpływ ale skoro już się spowiadam ze wszystkiego - przed biegiem w czasie rozgrzewki dostałam porządnego kopniaka od rozgrzewającego się obok kolegi. Robił wymachy i piętą przygrzał mi w lewy piszczel. Pobolało, pośmialiśmy się że chce mnie wyeliminować i tyle. Miałam potem dość długo siniaka w miejscu kopnięcia.
Po biegu łapały mnie skurcze w lewej łydce.
1 września poszłam na regularny trening. Niemal od początku czułam dyskomfort w łydce, na górze achillesa. Zrzuciłam to na zmęczenie mięśni, skurcze i zakwasy i biegłam dalej. Po ok. 5 km zaczął się ból z przodu. W moim odczuciu jest to ból kości, trochę przypominał takie łamanie grypowe.
Przerwałam trening. Następnego dnia ledwo chodziłam.
4 września zrobiłam chyba swój największy błąd - wzięłam 3 tabletki przeciwbólowe i poszłam na trening. Pierwsze 6 km elegancko, potem zaczął się horror. Nie wiedziałam jak stawiać nogę żeby unikać bólu. Trening skończył się na ziemi ze łzami w oczach. Po tym treningu brałam przez 3 dni najsilniejszy Olfen. Bez rezultatów.
Wybrałam się do ortopedy. Skupł się na tym kopnięciu, mimo że nie wiem czy to ma znaczenie tutaj. Zlecił usg, które oprócz wspomnianego krwiaka (siniak w miejscu kopnięcia) niczego nie wykazało. Kazał czekać.
W międzyczasie konsultowałam to z drugim ortopedą - kazał czekać 3-4 tygodnie.
Fizjo zleciła masaże łydki wałkiem i "kulanie" piłeczek tenisowych podczas siedzenia przy biurku.
Wybieram się też na badanie stóp - podobno lewa kostka (lewa noga to ta od kontuzji) ucieka mi do środka i może przyczyniać się do takich dolegliwości. Tylko aby zrobić badanie muszę przestać kuleć. A mam z tym problem.
Noga boli mnie gdy tylko próbuję wykonać szybszy krok, podbiec kawałek. O bieganiu nie ma mowy.
Na rowerze jest ok, a nawet wolę jechać niż iść. Używam SPD, które w moim odczuciu odciążają chore miejsce (a może wręcz przeciwnie?).
Wczoraj chciałam spróbować ćwiczeń z art powyżej, czy jest sens jeżeli odczuwam dość silny ból przy chodzeniu na palcach?
Od ostatniego treningu 4 września próbowałam jeszcze raz wyjść na lekkie truchtanie - 3 października i było jeszcze gorzej. Od pierwszych kroków mocny ból.
Czas zlecony przez ortopedę powoli mija a ja dostaję kociokwiku.
Chyba nie muszę się rozpisywać, jak psychika mi przez to siada

Najbardziej irytuje mnie bezsilność, wyczekiwanie na poprawę. Mam poczucie że mogłabym coś robić ku polepszeniu, a nie mam zupełnie pomysłu...
edit. może dodam, że początkowo nie było opuchlizny. po bieganiu na siłę, mimo bólu pojawiała się. teraz jak patrzę na łydki z przodu to nie ma różnicy. Gdy przypatrzę się z boku - lewa kostka jest mniej widoczna niż prawa, jakby było jeszcze opuchnięte odrobinę.