Sobota 12/10/2013
Defis du Jubile, 51km +1198m -1198m, ok.8h10'; buty NB WT110
Optymistyczne plany po trailowej wiośnie, letnia kiszka biegowa i nagły jesienny zryw z forumową motywacją. Dokładne studiowanie prognozy pogody, map i profilu trasy. I na koniec mogłoby nic z tego nie być, bo budzik nie zadzwonił, kiedy miał. Na szczęście wszystko miałam absolutnie wszystko przygotowane wieczór wcześniej. W ciągu 15 minut byłam ubrana, kanapki i herbatka w dłoni i zmierzaliśmy do samochodu. Siąpiło, ale powtarzałam sobie uparcie: po ósmej już ma nie padać. Do drodze ponuro i jedna ulewa, ale na horyzoncie, nad doliną Rodamu przebłyskiwało słoneczko. A jeśli jakiś szczyt wynurzał się spośród chmur to urzekał pięknej swej zimowej szaty - w końcu kilka miesięcy tego nie widzieliśmy. Podjechaliśmy najpierw do Saint Maurice, zostawiłam torbę z rzeczami do przebrania, uciekłam tuż przed startem drugiej tury o 9ej i pojechaliśmy dalej do Evionnaz - mojego miejsca startu. Nie pada, słoneczko nieśmiało przebija, ale rześko - 4 stopnie. Na tym zdjęciu chucham, bo miało być widać parę z ust w powietrzu.
Grzeję się w budynku przez ostatnie minuty, wreszcie wołają na start. Na punkcie jest trochę zamieszania, bo sporo tych, którzy wystartowali o 7ej z Saint-Maurice właśnie się pożywiają, ale pani starterka bezbłędnie wyłapuje tych do wystartowania - po czystych butach.

Jeszcze zakładam rękawiczki za radą męża, zabiły dzwony i ruszamy. W przelocie ostatni buziak na dobry bieg.
Nie robiłam rozgrzewki, zaplanowałam rozgrzanie się na pierwszych pięciu płaskim km. Pilnuję, żeby biec własnym tempem i nie dać się porwać grupie. Słońce zaczyna świecić tak mocno, że aż trzeba oczy mrużyć, dolina wokół wygląda pięknie. Skaliste szczyty w śniegu, na lesistych zboczach wyraźnie widać izotermę 0 stopni - powyżej drzewa "polukrowane", poniżej zielone. Jestem ostatnia, ale to zupełnie nieważne, ważny jest mój duży cel. Po jakimś czasie przeganiam jednego pana, życzymy sobie nawzajem dobrego biegu. Mijamy miejscowości Balmaz i Mieville (przy barze panowie żartują - "to jeszcze tylko 80km tam prosto"

), doganiam dwie dziewczyny, które przystanęły, by zdjąc kurtki. Potem będziemy się jeszcze kilkakrotnie się zamieniać. Na końcu Mieville ukazuje się nam wodospad Pissevache, czyli nie mniej nie więcej tylko "Krowi sik".
Nie odmawiam sobie okazji do zdjęć, jako że mój plan to "kluczem do sukcesu tylko brak pośpiechu". Macie więc jeszcze wodospad en face:
Za plecami dziewczyn truchtam aż do stóp drogi diliżansów. Nogi są odrobinę sztywne, ale zdecydowanie lepiej niż np. w środę w tych samych butach. Czyżby opaski kompresyjne? Tej myśli się trzymam - mam kolejny atut na dziś. Droga diliżansów to dawna droga z doliny Rodanu do Chamonix, wybudowana w połowie XIX wieku wraz z rozwijająca się turystyką w Dolinie Trient. Teraz tę trasę pokonuje się pociągiem, dla samochodów droga diliżansowa jest za wąska, ale została pięknie odrestaurowana dla piechurów i rowerzystów. Zaczyna ją słynne 37 serpentyn - nawet liczyć się trzeba, bo na skałach ponumerowane. Serpentyny atakuję marszem po rozłożeniu kijków - zresztą nie tylko ja, bo nagle zbiera nas się spora grupa. Podejście jest bardzo regularne i dzięki serpentynom nie za mocno nachylone. Można się zanurzyć w myślach i hop, zakręt nr 37:
A za plecami w nagrodę taki widok:
Niedaleko już do pierwszego punktu kontrolnego, wypłaszczyło się, więc biegnę. Bufet jest w sali, byśmy nie marzli i stoły uginają się od smakołyków. Przyjacielska atmosfera i łatwo byłoby się zasiedzieć, ale wolałabym nie żałować tych brakujących minut później. Biegnę przez Salvan taką uroczą wąską uliczkę między domami, potem świeżym, ledwo wczorajszym asfaltem - no, nawet to dla nas przygotowali.

Mijam boisko i ścieżka w lesie zaczyna iść ostro w górę. Jeszcze tylko fotka:
nieudana próba wysłania jej do męża, żeby wstawił na forum i podchodzę. Było dość stromo, ale to jak szybko się zagotowałam, nieco mnie zmartwiło.

No nic, szybko przyszła droga w dół i potem w miarę płaskie, gdzie biegnę. W pobliżu dwie miłe kobitki, z którymi będę się często mijać, Szwajcarka i Nowozelandka. Szwajcarska rozmawia przez telefon, gdy ją mijam, wydaje isntrukcje porzuconej rodzinie w sprawie obiadu - gdzie znaleźć sos pomidorowy itd. Moje "leciutkie" kroki dobrze było słychać, bo pada pytanie, czy ona biegnie. Odpowiada: "Nie, ktoś biegnie koło mnie, ja truchtam". Sprostowuję: "Ja też co najwyżej truchtam" i wybuchamy śmiechem. Za Marecottes i Tretien zaczyna się dalsza część drogi diliżansów. Zdejmuje bluzę i atakujemy. Szybko dogania mnie Nowozelandka, nie może za bardzo biec po twardym, bo jakieś ma problemy z biodrem, ale na podejściach jest piekielnie mocna. Gawędzimy miło, ale tempo robi się za szybkie dla mnie, rozsądek każe się pożegnać. Zobaczymy się na pukncie lub gdzieś na płaskim.

Jesteśmy na wysokości ponad 1000m n.p.m. Tu nie było deszczu tylko śnieg.
Drzewa jeszcze mają dużo liści, więc wyłapały spore jego ilości, teraz w słońcu topi się to na potęgę - na nasze głowy. Trochę jak deszcz, ale czasem można dostać i większa grudą. Pod iglastymi mniej kapie, staram się trochę slalomować. Las paruje, słońce załamuje się w spadających kropelkach, pięknie jest. Osiągamy najwyższy punkt trasy i z górki na pazurki do Finhaut. Stąd już pięknie widać szczyty w dolinie Mont Blanc.
Znów wypasiony bufer na słonecznym tarasie przy kościele. Fajna ekipa się zebrała, ponad 10 minut zabawiłam. Bulion, herbata, kawa, zimne napoje, owoce (pomarańcze, jabłka, cytryny, winogrona), pyszne ciasta (marmurkowe było the best), orzechy - uczta. Zaliczam również czyściutką toaletę i wytrzepuje kamyki z butów. Obok Nowozelandka przykleja plasterki na stopy, kilka osób zaoferowało się z pomocą, ale na szczęście to prewencyjnie tylko, żadnych szkód nie było. Żegnam się z tymi, którzy na tej stacji już kończą, a z rudowłosą koleżanką mówimy sobie - do zobaczenia na podejściu.

Biegnę przez Finhaut, po chwili jednak marsz, by się jedzonko lepiej uleżało. Za moment przejście przez tory i prawdziwie techniczny zbieg. Stromo i kamieniście, a tu do tego jeszcze tak mokro (francuskojęzyczni takie warunki nazywaja "mydelniczka" - trafione). Z kijkami radzę sobie nieźle, dopiero na koniec załaduję całą stopę do potoku - płynącego idealnie obok mostku pod krzakiem zamiast pod mostkiem. Zresztą za moment to samo zrobił goniący mnie chłopak - chyba puszczonej przez niego wiązanki nie dało się inaczej zinterpretować. Na dole kanionu przy pierwszy mostku przepuszczam chłopaków. Chwila marszu wzdłuż brzegu, drugim mostkiem wracamy na ten sam brzeg i zaczyna się ostre podejście - prawie lustrzane odbiecie tego pionowego zbiegu. Na szczęście prawie robi różnicę, niemniej uważam bardzo, żeby się na tym podejściu krańcowo nie zagotować - przecież to dopiero będzie półmetek. Błoto, śnieg, dużo korzeni, a na koniec schody i drabinki - oj nogi już czuję.
Wreszcie wynurzam się na szosie koło Tete Noire. Teraz 1km wzdłuż tej ruchliwej drogi. Trochę biegnę, ale w końcu postanawiam tu odpocząć w marszu - bo i tak jest mało fajnie. Doubieram się, bo słońca już nie ma i chłód podszczypuje. Po kilometrze odbijamy z asfaltu i zaczynam biec. Dogania mnie Nowozelandka, podobnie jak ja miała wątpliwości na podejściu, czy nie zboczyła z trasy - ucieszyła się więc na mój widok. Przegania mnie szybko, ale pozostaje w polu widzenia, to motywuje, kontynuuję bieg i w miarę szybko łapię rytm - teraz jest już fajnie. Mijamy różne przysiółki i teraz przed nami ostatnie podejście na trasie. Na drogowskazie ktoś ręcznie dopisał - ślisko i ekspozycja, najpierw uważam, że przesadził, ale potem ciekawsze momenty rzeczywiście były. Źle zapamiętałam sobie z profilu, że punkt kontrolny będzie na szczycie tej sekcji pod górę i im bardziej zbiegamy, tym bardziej się niepokoję. Że przegapiłam skręt, trzeba będzie wracać. Chociaż rozsądek mówi - na ścieżce są ślady butów biegowych, w nocy lało, one muszą być dzisiejsze. No ładnie, to znaczy że skróciłam trasę i mnie zdyskwalifikują.

Wreszcie na jakimś zakręcie dostrzegam wyczekiwaną wioskę, lecę z nadzieją - oby to była ta właściwa. Jest strzałka! I punkt i machająca z daleko koleżanka. Oglądamy razem mapkę - widzę swój błąd, kontrola miała być po kawałku zbiegu właśnie. Koleżanka planuje zrobić bonusik przez Alesse - "bo na płaskim kiepsko mi idzie", ja realistycznie mówię "to dla mnie będzie za dużo". Ona rusza więc pierwsza, ja jeszcze kończę herbatę.
Teraz długi zbieg. Na początek asfalt - nie za fajnie. Potem droga gruntowa, lepiej. Jednak mięśnie już są "nieco" wytrzęsione. Mijam jakiś maszerujących chłopaków, chyba jakaś kontuzja. Trasa się wypłaszcza, przechodzę do marszu i ja, żeby żelik wciągnąć. Dość gęsty się zrobił w tej temperaturze, nie idzie tak łatwo.

Potem znów biegnę. Przemykamy opłotkami wioski, tym razem znaczki gęsto, bo ma się wrażenie, że ścieżynka zaraz się na czyimś podwórku skończy. Na koniec wioski źle skręcam w lesie, ale życzliwi koledzy przywołuja na trasę - przed chwilą zrobili to samo, co ja. Przed nami ostatni techniczny zbieg. Duże, mokre kamienie nieźle śliskie są, gdyby się kijki trzy gleby by były - zmęczenie odbiera nieco prędkości reakcji. Mijam sporo piechurów kończących swą trasę w Vernayaz, gdzie niebawem docieram. Jesteśmy na powrót w dolinie Rodanu, pogoda już wyraźnie gorsza.
Nie tak dużo osób wybiera się do Saint Maurice na piechotę. Chłopak obok podpytuję obsługę o bonusik- ile czasu trzeba na niego liczyć, bo to tylko 3km - no tak godzinkę. Jest to 500m w górę i w dół, pokazują nam, która to góra - ja dziękuję. Może i bym się na styk na czas wyrobiła, ale walka z płaskim po takim bonusie...Wystarczająco mnie już teraz przeraża ta ostania dłuuuga prosta. Pakuję kijki i człapię sobie powoli w kierunku Dorenaz. Miejsce dobrze nam znane wspinaczkowo, punkt kontrolny przy rondzie. Jeszcze wciąż mam prawo iść na bonusik (za 10 minut zamykają rozgałęzienie), ale trzymam się wcześniejszej decyzji. Szuram przez wioskę i na horyzoncie widzę następną. Łudzę się, że to w połowie drogi do mety (mam jeszcze 14.5km). Mijam winnice z kuszącymi pięknymi kiściami ciemnych muscatowych albo innych pysznych. Wcinam jednak batona z własnych zapasów, bo same płyny w żołądku jakoś chlupocą. Po batonie do wioski biegnę bez przystanków. Ostatni punkt kontrolny, piję bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby, pan piechur, który przyszedł tuż za mną zamiast napojów sportowych bierze po znajomości czerwone winko, którym rozgrzewali się wolontariusze. Na punkcie są jeszcze dwie osoby, które zrobiły bonusik, w tym jedna kobitka - szacun! Ruszam niewiele po nich i szczególnie panią będę długo mieć na horyzoncie. Okazuję się, że przede mną jeszce całe 10km.

Po alfalcie biegnie się źle, ale trawa na poboczu za wysoka - spory wysiłek takie podnoszenie nóg. Przechodzę do marszu, gdy szosa idzie delikatnie w górę, ale staram się sporo biec poza tym. Asfaltowa mordęga wkrótce się kończy, skręcamy nad Rodan. I chociaż ta ścieżka faluje, są kamienie, korzenie, błoto - posuwam się nią dużo szybciej. Woda ma niesamowity kolor, wielkie głazy też robią wrażenie:
Nawet panią bonusową doganiam. Na ostatnie kilometry ma obstawę pana w czerwonym, widać, że jest równie zmęczona jak ja. Nie gonię ich na siłę, ale utrzymuję stały dystans. Zaczyna kropić. Przebiegamy pod autostradą, wróciliśmy na właściwą stronę doliny. Widzę wreszcie w oddali dzwonnicę w Saint Maurice (prawie wszystkie punkty są przy kościołach, więc na każdym etapie wypatruję się wież). Zaciskam zęby, ale pani w białym jednak mnie odsadzi. Pada coraz mocniej, ale teraz to mnie juz mało obchodzi, dworzec kolejowy, boisko, zakręt i tam w dole to już brama mety i mój mąż przy niej. No to honorowe przyspieszenie, łapię go za rękę i razem przebiegamy bramę. Wow, udało się. A nie powinno, przy moim anty-treningu. Jakaś niesamowita siła mnie niosła i czas płynął gdzieś zupełnie poza mną. Nie docierało do mnie zupełnie, że to już 5, 6, 7 godzina w trasie. W górach jest moc - także moc wyciągnięcia z człowieka tego, co w nim najlepsze.
Mąż odebrał dla mnie medal, a ja się przebrałam. Do samochodu wsiadaliśmy prawie w ulewie. Po godzinie bezruchu wysiadłam jak ostatni połamaniec, szczególnie w Achillesach jakoś sztywno. Dziś na szczęście Achillesy OK, czuję lekko mięśnie korpusu i czwórki konkretnie skasowane, ale poza tym jest dobrze. Wieczorem jeszcze nieźle dawały poduszki w stopach, ale dziś przeszło. Odcisków czy naciągnięć zero.