Strasb - w pogoni za formą

Moderator: infernal

Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Poniedziałek 23/09/2013

Długie wybieganie 2h

Wczoraj zamiast biegania miałam w końcu coś innego do zrobienia i może nawet lepiej wyszło z tym jednym dniem przerwy. Bieg zaczęłam z pracy (jakoś dziwnie, że juz tak ciemno o tak wcześniej porze!). Trochę zmarznięta byłam na początku od siedzenia w pracy (klima u nas jak szalona), ale szybko się rozgrzałam. Przez pierwsze 2-3 kilometry lekkie drętwienie w stopach, przesuwające się stopniowo wyżej aż ustąpiło. Po jakimś 50 minutach zaczęłam trochę czuć plecy - coś mam naciagnięte po wspinaczce i te ponad 5000 km wysiedziane w aucie ostatnio też niespecjalnie pomaga. Postanowiłąm mimo to szurać. Zawrotkę zrobiłam tuż za boiskiem w Lutry, gdzie jakiś zacięty mecz był rozgrywany (wcześniej minęłam boisko z jeszcze bardziej zaciętym meczem hokeja). A jak już się zawróci w stronę domu to jest - psychicznie - o wiele, wiele prościej. Z zerkania na zagarek i kalkulowania można się przerzucić na zdobywanie kolejnych punktów orientacyjnych: port w Lutry - końcówka trolejbusu w Paudex-sklep z lodówkami Sybir - winnica miejska w Pully - stacja benzynowa - port w Pully - szkoła - światła nr 1 z których już widać na końcu długiej prostej światła nr 2. A dziś sobie jeszcze przypomniałam, że przecież pomiędzy światłami jest pomnik liczby pi. Po światłach nr 2 to już tylko górka i się jest w domu. Tzn. przez jakieś 2/3 jest pod górkę, potem chwile z i na koniec płasko. Najostrzje do przystanku, do ronda mniej płasko ale monotonnie, przy rondzie odsapka, z ronda pod klub tenisowy już pestka choć pod górę. Może ja za często biegam tą trasą? :bum:
New Balance but biegowy
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Środa 25/09/2013

Wspinaczka 3h

Sezon ściankowy uważam za oficjalnie rozpoczęty. Wieczorna sesja z grupą znajomych, jest plan, żeby razem realizować plan treningowy. Tylko że nie za bardzo lubimy ściankę, na której faza pierwsza jest w planie, w tygodniu będziemy więc raczej fikać na "naszej" ściance, a ewentualnie w weekendy z nimi. W każdym razie na środowej sesji zasapałam się niesamowicie i po powrocie usnęłam niemalże z chwilą odłożenia widelca po kolacji.

Czwartek 26/09/2013

1h bardzo E

Rozważałam wybranie się na zajęcia grupy biegowej na uniwerku (w tym roku znacznie rozsądniejsze terminy treningów), ale się nie udało zebrać. Może i dobrze, bo jak sobie szuraliśmy wieczorem z panem małżonkiem, to czułam dobitnie jaka sponiewierana po ściance jestem. :hahaha:
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Piątek 27/09/2013

Wspinaczka, 3.5h

Powrót po dłuuugim czasie na naszą ulubioną ściankę, na której przez lato nieco się pozmieniało. Na początek się zdawało, że głównie drogi się zmieniły na trudniejsze, ale to się okazało głównie naszym nieobyciem z panelem, potem szło nam coraz lepiej. No i spity tak blisko siebie - bezcenne. :hej:

Sobota 28/09/2013

55' E, buty Hyperspeed - ostatnio tylko w nich człapię, więc chyba nie ma po co pisać

W parku nad jeziorem - w sumie dawno tam nie byłam. Pomimo pięknej sobotniej pogody tłum nie był jeszcze aż tak duży i zagrillowanie znośne. Przez pierwsze 5 minut zachwyt - słoneczko, bryza znad jeziorka, żaglówki na horyzoncie - jesień nad jeziorem to jest to, nareszcie! Po 5 minutach - łaaaa, dlaczego jest tak duszno. I tak pozostało do końca treningu. Szurałam wolno, bo zmęczenie pościankowe trochę się dawało we znaki ( np. te fajne nowe drogi na ściance połogiej - one idą w nogi). Jestem wolna i ciężka, wszyscy mnie mijają ze świstem - no ale akurat wiem, dlaczego tak jest. :hahaha: Beztroskie południowe życie. :oczko: Zastanawiam się, czy longa zrobić jutro, czy znów przełożyć na poniedziałek.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Poniedziałek 30/09/2013

Długie wybieganie, 2h22'

W niedzielę jednak było błogie lenistwo i regeneracja, a długie człapanie przełożyłam na poniedziałek. Tym bardziej, że w poniedziałek miałam obiecane towarzystwo. Ale zanim uporałam się z pracą, to już było ciemno i do tego okazało się, że pada. Pierwotny plan - biegnę z pracy do domu, z domu do pracy z mężem i znów sama do domu - musiał zostać zmodyfikowany. Pojechałam normalnie do domu, tam prawie nie padało, więc męża jednak udało się wyciągnąć i ruszyliśmy - tradycyjnie - w stronę liczby pi. :oczko: Szczerze mówiąc, to nie wierzyłam, że uda się zrobić prawdziwe długie wybieganie, jedyne co mi się chciało, to spać. Ale nic, zaczęliśmy bardzo spokojnie szurać. Po 30 minutach mąż miał zawracać. Ale najpierw ja rzuciłam - pobiegnijmy jeszcze 5 minut - pobiegliśmy. Potem on - to już dobijmy do 45', w obie strony będzie 1h30'. Koniec końców zdecydowaliśmy się zawrócić dopiero po godzinie. Trochę już było czuć w stawach i mięśniach wybiegane kilometry, ale wpadłam w trans i równym tempem mogłam, biec, biec i biec. I tak wybiegałam 2h22', bo to fajna liczba. :ble:

Wtorek 01/10/2013

Wspinaczka 2h

Dalej nie zdążyłam odespać i jakoś ogólnie nie był to mój dzień. Szybko się męczyłam i często czułam niepewnie. Po części zwalam to na buty (moje ulubione reanimuje szewc).

Środa 02/10/2013

57' E

Nareszcie się wyspałam i świat jest piękny. :hej: Jedynie trochę mi przeszkadzał odcisk na lewej stopie po poniedziałkowym longu. Powinnam była ubrać inne buty, może w nich by nie uwierało. A tak zaczęłam inaczej stawiać stopę, by nie podrażniać odcisku i czułam to nienaturalne ustawienie. Zaczęłam się nawet obawiać, by czegoś nie nadwyrężyć w ten sposób.

Nudne te moje treningi jak flaki w olejem, tylko easy i easy, ale przed zawodami nic już nie wyczaruję kombinując, pozostaje oszurać się ile się da.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Piątek 04/10/2013

51'E, buty Light Silence

Zaraz po pracy, nad jeziorem i częściowo po campusie, już od rana miała padać, ale upiekło mi się i bieganie uszło i na sucho. W ramach nie drażnienia odcisku ubrałam inne buty - nie zawiodły, miękkie jak kapciuszki.

Niewiele po bieganiu:

Wspinaczka 1h?

W boulderowni byłam umówiona z mężem i ze znajomym. Chłopaki robili jakieś kosmosy, więc ja wspinałam się sama. W pewnym momencie dostałam niesamowitego ataku głodu, więc zamówiłam sobię pizzę. Nieco pomogło, choć dalej trochę ssało. Nie powspinałam się już dużo, bo zdarłam skórę z prawej dłoni, ech.

Jutro w planach long - a ma lać cały dzień...
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Sobota 05/10/2013

Długie wybieganie 1h40', buty Light Silence

Strona z prognozą pogody, z której zwykle korzystam, coś ostatnio kiepsko przewiduje. Co ma plusy dodatnie i ujemne. :oczko: Dodatnie to np. te, że pomimo obiecanego calutkiego dnia równej ulewy, ja prześlizgnęłam się suchą stopą. Tzn. była bym się prześlizgnęła, gdyby...ale o tym za chwilę. Plus ujemny jest taki, że skoro przewidują piękne słońce na zawody za tydzień, to tak naprawdę...no właśnie, wszystko się może zdażyć.

W planach miałam dziś 1h30' - tapering uskuteczniamy. Ale po 1h30' nie byłam wcale pod domem, więc najpierw niby kawałek podeszłam pod górkę, ale potem to już biegłam znów, nie było co marznąć. A na bieganie dziś wybrałam nieśmiertelną Rue du Lac - szosę z Lozanny w kierunku Montreux biegnącą mniej więcej nad jeziorem. To popularna trasa wśród biegaczy - długa prosta, szeroki chodnik, w nocy dobrze oświetlony, nie za dużo świateł, a dla rozrywki falowanie góra-dół, ale na długich, łagodnych odcinkach. Niestety niektórzy z uklepujących tenże chodnik nie wiedzą, gdzie się wyrzuca opakowanie po skonsumowanym żelu...No nic, tak sobie dreptałam przed Pully, Paudex, Lutry aż mnie oświeciło, że przecież pogoda i temperatura już zrobiły się odpowiednio kiepskie na to, by biegać ścieżką nad samym jeziorem - miejscami jest to rzeczywiście ścieżka, miejscami bardziej betonowa półka wisząca nad jeziorem, przytulona do płotów rezydencji. Rezydencję zwykle obsadzone wysoką zielenią, ścieżka ma ostre zakręty - jak jest tłok, to nie trudno było skończyć w jeziorze. Dobiegnąwszy do tabliczki rozpoczynającej miejscowość Villette, postanowiłam zawrócić i jak tylko się dało, to zbiegłam nad jezioro. Początkowy kawałek ścieżki jest najbardziej dziki, wąsko, zamiast równego betonu głazy i przy wysokim poziomie wody i sporym wietrze - jak dziś - okazja do solidnego przysznica. Biegłam czujnie, żeby się na mokrych kamieniach nie poślizgnąć i celowałam pomiędzy falami, które dziś sporo zalewały ścieżkę. Oto przede mną w zasadzie zalane schody, ale trzymając się płotu uda się przemknąć po najwyższym. Przepuszczam jedną falę, cofając nogę, po czym stawiam krok i dostaję kolejną, tym razem większą. Mam mokre oba buty, a wyżej aż do pasa już tylko jedną stronę. No nic, była rosyjska ruletka, na szczęście w biegu nie było zimno. Wiejący wiatr miał taką zaletę, że do domu przybiegłam już z w zasadzie suchymi majtkami. :hahaha: Chmury wisiały nisko nad jeziorem i szybko się zmieniały gnane takim wichrem, piękny spektakl. W pewnym momecie zdawało mi się, że nad Lozanną leje, ale się okazało, że to raczej dwie zatoki dalej. Od Lutry towarzyszył mi tradycyjny statek parowy, tj. systematycznie coraz bardziej mi uciekał, ale dzięki temu, że zawijał do wielu przystani i głośno trąbił, to jakoś tam go mogła śledzić.

Fajnie się dziś biegło, lekko, na koniec pozostał lekki niedosyt - czyli ostrzymy jak trzeba. :sss:
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Niedziela 06/10/2013

Wspinaczka 4h

Wizyta na sali pod Bernem, ale tam fajnie - tyle przestrzeni i powietrza, no i oczywiście wiele ciekawych dróg. Wspinało mi się tak dobrze jak dawno, powraca nadzieja, że odzyskam kondycję z poprzedniej zimy na ściance. Zostałam pochwalona za ładna technikę. I obtarty palec za bardzo nie przeszkadzał. Sponiewierałam się konkretnie, dobrze, że longa zrobiłam wczoraj. :oczko:
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Właśnie wyczytałam, że od piątku nagłe ochłodzenie i śnieg powyżej 800m - czyli na zawodach wesoło będzie. :bum:
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Poniedziałek 07/10/2013

1h E, buty Light Silence

Jakiś taki zmarnowany dzień był, do domu wróciłam dośc póżno i sfrustrowana. Miałam zaraz wyjść pobiegać, ale w sumie najpierw skusiło jedzenie i jakoś tak chyba z godzinę zmitrężyłam. To może jutro rano się pobiega? Już prawie sie do tego przekonałam, ale postanowiłam jednak zamknąć dzień jakimś pozytywnym akcentem. Wyszłam na pętelkę najoczywistszą, na której trening godzinny robi się sam. I się zrobił, choć do idealnej godzinki trzeba było trochę pokluczyć dodatkowo. Czyżbym zaczynała szybciej biegać?
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Wtorek 08/10/2013

Wspinaczka 2h

Bouldering, samotnie, bo pan małżonek się kuruje. Tłok był straszny, ale jakiś kącik dla siebie udało mi się znaleźć. Nie było pasma sukcesów, ale kilka małych owszem. I wyraźnie znów silniejsza jestem.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Środa 09/10/2013

49'E w tym przebieżki 4x100m, buty NB WT110

Bieganko na campusie, w butach terenowych - tak dla przypomnienia stopom i dla skalibrowania footpoda na stadionie. W naszym mini lasku na ostrym zbiegu w ceratowych butkach czułam się znacznie pewniej niż w ZENkach, za to na bieżni nie było najwygodniej. Dla lekkiego rozruszania 4 przebieżki.

No, ze sportowych planów na ten tydzień pozostaje jedynie przeżyć zawody. :hej:
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Dziś najpierw zrobiło się zimno, potem okropnie lało - dokładnie jak zapowiadali. Pod wieczór, wreszcie, po kilku mglistych dniach, za jeziorem ukazały się francuskie Alpy - w śniegu! Odpoczywam, dopinam logistykę okołostartową i przypominam sobie, jak przyjemnie mi sie biegało w zimowych temperaturach w zeszłym sezonie. :hej:
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Sobota 12/10/2013

Defis du Jubile, 51km +1198m -1198m, ok.8h10'; buty NB WT110

Optymistyczne plany po trailowej wiośnie, letnia kiszka biegowa i nagły jesienny zryw z forumową motywacją. Dokładne studiowanie prognozy pogody, map i profilu trasy. I na koniec mogłoby nic z tego nie być, bo budzik nie zadzwonił, kiedy miał. Na szczęście wszystko miałam absolutnie wszystko przygotowane wieczór wcześniej. W ciągu 15 minut byłam ubrana, kanapki i herbatka w dłoni i zmierzaliśmy do samochodu. Siąpiło, ale powtarzałam sobie uparcie: po ósmej już ma nie padać. Do drodze ponuro i jedna ulewa, ale na horyzoncie, nad doliną Rodamu przebłyskiwało słoneczko. A jeśli jakiś szczyt wynurzał się spośród chmur to urzekał pięknej swej zimowej szaty - w końcu kilka miesięcy tego nie widzieliśmy. Podjechaliśmy najpierw do Saint Maurice, zostawiłam torbę z rzeczami do przebrania, uciekłam tuż przed startem drugiej tury o 9ej i pojechaliśmy dalej do Evionnaz - mojego miejsca startu. Nie pada, słoneczko nieśmiało przebija, ale rześko - 4 stopnie. Na tym zdjęciu chucham, bo miało być widać parę z ust w powietrzu. :oczko:

Obrazek

Grzeję się w budynku przez ostatnie minuty, wreszcie wołają na start. Na punkcie jest trochę zamieszania, bo sporo tych, którzy wystartowali o 7ej z Saint-Maurice właśnie się pożywiają, ale pani starterka bezbłędnie wyłapuje tych do wystartowania - po czystych butach. :hahaha: Jeszcze zakładam rękawiczki za radą męża, zabiły dzwony i ruszamy. W przelocie ostatni buziak na dobry bieg.

Obrazek

Nie robiłam rozgrzewki, zaplanowałam rozgrzanie się na pierwszych pięciu płaskim km. Pilnuję, żeby biec własnym tempem i nie dać się porwać grupie. Słońce zaczyna świecić tak mocno, że aż trzeba oczy mrużyć, dolina wokół wygląda pięknie. Skaliste szczyty w śniegu, na lesistych zboczach wyraźnie widać izotermę 0 stopni - powyżej drzewa "polukrowane", poniżej zielone. Jestem ostatnia, ale to zupełnie nieważne, ważny jest mój duży cel. Po jakimś czasie przeganiam jednego pana, życzymy sobie nawzajem dobrego biegu. Mijamy miejscowości Balmaz i Mieville (przy barze panowie żartują - "to jeszcze tylko 80km tam prosto" :hahaha: ), doganiam dwie dziewczyny, które przystanęły, by zdjąc kurtki. Potem będziemy się jeszcze kilkakrotnie się zamieniać. Na końcu Mieville ukazuje się nam wodospad Pissevache, czyli nie mniej nie więcej tylko "Krowi sik".

Obrazek

Nie odmawiam sobie okazji do zdjęć, jako że mój plan to "kluczem do sukcesu tylko brak pośpiechu". Macie więc jeszcze wodospad en face:

Obrazek

Za plecami dziewczyn truchtam aż do stóp drogi diliżansów. Nogi są odrobinę sztywne, ale zdecydowanie lepiej niż np. w środę w tych samych butach. Czyżby opaski kompresyjne? Tej myśli się trzymam - mam kolejny atut na dziś. Droga diliżansów to dawna droga z doliny Rodanu do Chamonix, wybudowana w połowie XIX wieku wraz z rozwijająca się turystyką w Dolinie Trient. Teraz tę trasę pokonuje się pociągiem, dla samochodów droga diliżansowa jest za wąska, ale została pięknie odrestaurowana dla piechurów i rowerzystów. Zaczyna ją słynne 37 serpentyn - nawet liczyć się trzeba, bo na skałach ponumerowane. Serpentyny atakuję marszem po rozłożeniu kijków - zresztą nie tylko ja, bo nagle zbiera nas się spora grupa. Podejście jest bardzo regularne i dzięki serpentynom nie za mocno nachylone. Można się zanurzyć w myślach i hop, zakręt nr 37:

Obrazek

A za plecami w nagrodę taki widok:

Obrazek

Niedaleko już do pierwszego punktu kontrolnego, wypłaszczyło się, więc biegnę. Bufet jest w sali, byśmy nie marzli i stoły uginają się od smakołyków. Przyjacielska atmosfera i łatwo byłoby się zasiedzieć, ale wolałabym nie żałować tych brakujących minut później. Biegnę przez Salvan taką uroczą wąską uliczkę między domami, potem świeżym, ledwo wczorajszym asfaltem - no, nawet to dla nas przygotowali. :hej: Mijam boisko i ścieżka w lesie zaczyna iść ostro w górę. Jeszcze tylko fotka:

Obrazek

nieudana próba wysłania jej do męża, żeby wstawił na forum i podchodzę. Było dość stromo, ale to jak szybko się zagotowałam, nieco mnie zmartwiło. :ojnie: No nic, szybko przyszła droga w dół i potem w miarę płaskie, gdzie biegnę. W pobliżu dwie miłe kobitki, z którymi będę się często mijać, Szwajcarka i Nowozelandka. Szwajcarska rozmawia przez telefon, gdy ją mijam, wydaje isntrukcje porzuconej rodzinie w sprawie obiadu - gdzie znaleźć sos pomidorowy itd. Moje "leciutkie" kroki dobrze było słychać, bo pada pytanie, czy ona biegnie. Odpowiada: "Nie, ktoś biegnie koło mnie, ja truchtam". Sprostowuję: "Ja też co najwyżej truchtam" i wybuchamy śmiechem. Za Marecottes i Tretien zaczyna się dalsza część drogi diliżansów. Zdejmuje bluzę i atakujemy. Szybko dogania mnie Nowozelandka, nie może za bardzo biec po twardym, bo jakieś ma problemy z biodrem, ale na podejściach jest piekielnie mocna. Gawędzimy miło, ale tempo robi się za szybkie dla mnie, rozsądek każe się pożegnać. Zobaczymy się na pukncie lub gdzieś na płaskim. :oczko: Jesteśmy na wysokości ponad 1000m n.p.m. Tu nie było deszczu tylko śnieg.

Obrazek

Drzewa jeszcze mają dużo liści, więc wyłapały spore jego ilości, teraz w słońcu topi się to na potęgę - na nasze głowy. Trochę jak deszcz, ale czasem można dostać i większa grudą. Pod iglastymi mniej kapie, staram się trochę slalomować. Las paruje, słońce załamuje się w spadających kropelkach, pięknie jest. Osiągamy najwyższy punkt trasy i z górki na pazurki do Finhaut. Stąd już pięknie widać szczyty w dolinie Mont Blanc.

Obrazek

Znów wypasiony bufer na słonecznym tarasie przy kościele. Fajna ekipa się zebrała, ponad 10 minut zabawiłam. Bulion, herbata, kawa, zimne napoje, owoce (pomarańcze, jabłka, cytryny, winogrona), pyszne ciasta (marmurkowe było the best), orzechy - uczta. Zaliczam również czyściutką toaletę i wytrzepuje kamyki z butów. Obok Nowozelandka przykleja plasterki na stopy, kilka osób zaoferowało się z pomocą, ale na szczęście to prewencyjnie tylko, żadnych szkód nie było. Żegnam się z tymi, którzy na tej stacji już kończą, a z rudowłosą koleżanką mówimy sobie - do zobaczenia na podejściu. :hej: Biegnę przez Finhaut, po chwili jednak marsz, by się jedzonko lepiej uleżało. Za moment przejście przez tory i prawdziwie techniczny zbieg. Stromo i kamieniście, a tu do tego jeszcze tak mokro (francuskojęzyczni takie warunki nazywaja "mydelniczka" - trafione). Z kijkami radzę sobie nieźle, dopiero na koniec załaduję całą stopę do potoku - płynącego idealnie obok mostku pod krzakiem zamiast pod mostkiem. Zresztą za moment to samo zrobił goniący mnie chłopak - chyba puszczonej przez niego wiązanki nie dało się inaczej zinterpretować. Na dole kanionu przy pierwszy mostku przepuszczam chłopaków. Chwila marszu wzdłuż brzegu, drugim mostkiem wracamy na ten sam brzeg i zaczyna się ostre podejście - prawie lustrzane odbiecie tego pionowego zbiegu. Na szczęście prawie robi różnicę, niemniej uważam bardzo, żeby się na tym podejściu krańcowo nie zagotować - przecież to dopiero będzie półmetek. Błoto, śnieg, dużo korzeni, a na koniec schody i drabinki - oj nogi już czuję.

Wreszcie wynurzam się na szosie koło Tete Noire. Teraz 1km wzdłuż tej ruchliwej drogi. Trochę biegnę, ale w końcu postanawiam tu odpocząć w marszu - bo i tak jest mało fajnie. Doubieram się, bo słońca już nie ma i chłód podszczypuje. Po kilometrze odbijamy z asfaltu i zaczynam biec. Dogania mnie Nowozelandka, podobnie jak ja miała wątpliwości na podejściu, czy nie zboczyła z trasy - ucieszyła się więc na mój widok. Przegania mnie szybko, ale pozostaje w polu widzenia, to motywuje, kontynuuję bieg i w miarę szybko łapię rytm - teraz jest już fajnie. Mijamy różne przysiółki i teraz przed nami ostatnie podejście na trasie. Na drogowskazie ktoś ręcznie dopisał - ślisko i ekspozycja, najpierw uważam, że przesadził, ale potem ciekawsze momenty rzeczywiście były. Źle zapamiętałam sobie z profilu, że punkt kontrolny będzie na szczycie tej sekcji pod górę i im bardziej zbiegamy, tym bardziej się niepokoję. Że przegapiłam skręt, trzeba będzie wracać. Chociaż rozsądek mówi - na ścieżce są ślady butów biegowych, w nocy lało, one muszą być dzisiejsze. No ładnie, to znaczy że skróciłam trasę i mnie zdyskwalifikują. :tonieja: Wreszcie na jakimś zakręcie dostrzegam wyczekiwaną wioskę, lecę z nadzieją - oby to była ta właściwa. Jest strzałka! I punkt i machająca z daleko koleżanka. Oglądamy razem mapkę - widzę swój błąd, kontrola miała być po kawałku zbiegu właśnie. Koleżanka planuje zrobić bonusik przez Alesse - "bo na płaskim kiepsko mi idzie", ja realistycznie mówię "to dla mnie będzie za dużo". Ona rusza więc pierwsza, ja jeszcze kończę herbatę.

Teraz długi zbieg. Na początek asfalt - nie za fajnie. Potem droga gruntowa, lepiej. Jednak mięśnie już są "nieco" wytrzęsione. Mijam jakiś maszerujących chłopaków, chyba jakaś kontuzja. Trasa się wypłaszcza, przechodzę do marszu i ja, żeby żelik wciągnąć. Dość gęsty się zrobił w tej temperaturze, nie idzie tak łatwo. :oczko: Potem znów biegnę. Przemykamy opłotkami wioski, tym razem znaczki gęsto, bo ma się wrażenie, że ścieżynka zaraz się na czyimś podwórku skończy. Na koniec wioski źle skręcam w lesie, ale życzliwi koledzy przywołuja na trasę - przed chwilą zrobili to samo, co ja. Przed nami ostatni techniczny zbieg. Duże, mokre kamienie nieźle śliskie są, gdyby się kijki trzy gleby by były - zmęczenie odbiera nieco prędkości reakcji. Mijam sporo piechurów kończących swą trasę w Vernayaz, gdzie niebawem docieram. Jesteśmy na powrót w dolinie Rodanu, pogoda już wyraźnie gorsza.

Obrazek

Nie tak dużo osób wybiera się do Saint Maurice na piechotę. Chłopak obok podpytuję obsługę o bonusik- ile czasu trzeba na niego liczyć, bo to tylko 3km - no tak godzinkę. Jest to 500m w górę i w dół, pokazują nam, która to góra - ja dziękuję. Może i bym się na styk na czas wyrobiła, ale walka z płaskim po takim bonusie...Wystarczająco mnie już teraz przeraża ta ostania dłuuuga prosta. Pakuję kijki i człapię sobie powoli w kierunku Dorenaz. Miejsce dobrze nam znane wspinaczkowo, punkt kontrolny przy rondzie. Jeszcze wciąż mam prawo iść na bonusik (za 10 minut zamykają rozgałęzienie), ale trzymam się wcześniejszej decyzji. Szuram przez wioskę i na horyzoncie widzę następną. Łudzę się, że to w połowie drogi do mety (mam jeszcze 14.5km). Mijam winnice z kuszącymi pięknymi kiściami ciemnych muscatowych albo innych pysznych. Wcinam jednak batona z własnych zapasów, bo same płyny w żołądku jakoś chlupocą. Po batonie do wioski biegnę bez przystanków. Ostatni punkt kontrolny, piję bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby, pan piechur, który przyszedł tuż za mną zamiast napojów sportowych bierze po znajomości czerwone winko, którym rozgrzewali się wolontariusze. Na punkcie są jeszcze dwie osoby, które zrobiły bonusik, w tym jedna kobitka - szacun! Ruszam niewiele po nich i szczególnie panią będę długo mieć na horyzoncie. Okazuję się, że przede mną jeszce całe 10km. :tonieja: Po alfalcie biegnie się źle, ale trawa na poboczu za wysoka - spory wysiłek takie podnoszenie nóg. Przechodzę do marszu, gdy szosa idzie delikatnie w górę, ale staram się sporo biec poza tym. Asfaltowa mordęga wkrótce się kończy, skręcamy nad Rodan. I chociaż ta ścieżka faluje, są kamienie, korzenie, błoto - posuwam się nią dużo szybciej. Woda ma niesamowity kolor, wielkie głazy też robią wrażenie:

Obrazek

Nawet panią bonusową doganiam. Na ostatnie kilometry ma obstawę pana w czerwonym, widać, że jest równie zmęczona jak ja. Nie gonię ich na siłę, ale utrzymuję stały dystans. Zaczyna kropić. Przebiegamy pod autostradą, wróciliśmy na właściwą stronę doliny. Widzę wreszcie w oddali dzwonnicę w Saint Maurice (prawie wszystkie punkty są przy kościołach, więc na każdym etapie wypatruję się wież). Zaciskam zęby, ale pani w białym jednak mnie odsadzi. Pada coraz mocniej, ale teraz to mnie juz mało obchodzi, dworzec kolejowy, boisko, zakręt i tam w dole to już brama mety i mój mąż przy niej. No to honorowe przyspieszenie, łapię go za rękę i razem przebiegamy bramę. Wow, udało się. A nie powinno, przy moim anty-treningu. Jakaś niesamowita siła mnie niosła i czas płynął gdzieś zupełnie poza mną. Nie docierało do mnie zupełnie, że to już 5, 6, 7 godzina w trasie. W górach jest moc - także moc wyciągnięcia z człowieka tego, co w nim najlepsze.

Mąż odebrał dla mnie medal, a ja się przebrałam. Do samochodu wsiadaliśmy prawie w ulewie. Po godzinie bezruchu wysiadłam jak ostatni połamaniec, szczególnie w Achillesach jakoś sztywno. Dziś na szczęście Achillesy OK, czuję lekko mięśnie korpusu i czwórki konkretnie skasowane, ale poza tym jest dobrze. Wieczorem jeszcze nieźle dawały poduszki w stopach, ale dziś przeszło. Odcisków czy naciągnięć zero.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Jeszcze międzyczasy +/- z zegarka (który nie zawsze reagował jakbym chciała, nie mówiąc o footpodzie, który zwariował):

Evionnaz-Salvan 10.5km +550m 1h34' (+4'20'' bufet)

Salvan Finhaut 8km + ok.370 m 1h19' (+11'25" bufet :ble: )

Finhaut La Creta 9.5km 1h50' (z bufetem po)
La Creta Vernayaz 7km 1h12'58'' (razem z bufetem po)

razem te dwa etapy + ok.275 m -1198m

Vernayaz Dorenaz 1.5km 15'28'' (to mnie trochę dziwi?)
Dorenaz Collonges 4km 27'37'' (+4'04'' bufet)
Collonges Saint Maurice 10.5km (1h09'56'')

te trzy etapy bez wyliczonego przewyższenia, ale malutkie hopki były.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Wtorek 15/10/13

Wspinaczka 3h

Nogi jeszcze bolą (aczkolwiek dziś jest to już tylko ból przy normalnym chodzeniu, a nie ból w czwórkach uniemożliwiający normalne chodzenie :oczko: ), ale dałam się namówić na wspinaczkę bo core odpuściło wcześniej. I dobrze, bo wspinało się super, jakaś superkompensacja z zaskoczenia i wspinałam się nagle jak za najlepszych czasów zeszłego sezonu. Wzrosła i wytrzymałość, i widać poprawę techinki po boulderowaniu. No generalnie cuda, panie, cuda. :hahaha:
ODPOWIEDZ