Strasb - w pogoni za formą

Moderator: infernal

Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Czwartek 20/06/2013

25'E ?, buty Hyperspeed

Miałam zaplanowane bieganie rano dziś. Pogoda miała zaplanowane padanie. Nie zdziwiła mnie więc pobudka w szarudze. Wyjrzałam na balkon - no rześko, ale sucho, czad, tym bardziej dajemy. Ubrałam się, znów na balkon - coś zaczęło padać. E tam, idziemy, do tego lato mamy, więc nawet bez kurtki. Ale przetestuję dostaną w Chamonix czapkę z goretexu. Pierwszy krok za drzwi w deszcz zawsze z wahaniem, ale nie było źle, a po 3 minutach to chyba nawet zaczęło przechodzić. Ha, no miałam rację. Ale czyżby to grzmiało? No nic, jak to rano będziemy kręcić pętlę nie za daleko od domu. Pada jednak coraz mocniej, choć często biegnę pod drzewami, więc jedynie irytuje mnie chlupanie w butach. Dobiegłam nad jezioro, mocno pada, do tego ta burza coraz wyraźniejsza jakby, fale się miejscami na deptak wlewają i okrutnie śmierdzi rybą. Biegnę i nawet kilku podobnych wariatów spotykam. Zdążam do portu w Ouchy i pomiędzy grzmotami podejmuję postanowienie, że jednak z portu wprost do góry do domu. Ale to jeszcze za kawałek. Kolejne fale deszczu i przy każdej się zastanawiam, czy może lać jeszcze mocniej czy już nie. Trochę za luźny t-shirt ubrałam i namoknięty zaczyna ciążyć, nieco więc wyrzymam. Gdy docieram do podbiegu (licząc z grzmotów i błysków jak daleko właściwie ta burza), to chodnikami na przeciw mnie płynie już niezła rzeka. W sumie w takich okolicznościach nie miałam okazji pamiętać, że ta górka to w zasadzie ciężka jest. To było orzeźwiające 25 minut. Oczywiście zanim się wykąpałam, przebrałam i zjadłam śniadanie to już było błękitne niebo i słońce. Wycelowałam idealnie.
New Balance but biegowy
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Wspinaczka 4h :trup:

Oj dawno się tak nie złachaliśmy, jednak ścianka to czysty wycisk w porównaniu ze skałkami, gdzie widoki, pikniki, łatwiejsze kawałki. Tydzień temu na sali były zawody juniorów, więc prawie wszystkie trasy zmienione, poużywaliśmy sobie z tego tytułu, wczołgiwałam się np. na wędkę jakieś 6a+ pootwierane przez męża - ciężko oj ciężko. Potem na koniec jak już się przeludniło i siły były też mocno uszczuplone, postanowiłam dla zabawy posprzawdzać i trudniejsze w nowych permanentnych wędek. No prościzna przecież - na każdej musiałam w 3/4 odpoczywać - tak to człowiek odwykł od salowych chwycików. Swoją drogą ciężko pozbyć się wrażenia, że tym razem zamontowali same najwredniejsze i to w ciągach. :hahaha:
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Sobota 22/06/2013

Wspinaczka 4h

Droga wielowyciagowa czy jak to też mawiają Big Wall. Ileż dodatkowych emocji w porównaniu ze "zwykłą" wspinaczką. I jaka lekcja pokory. :hahaha: Dzień pełen wrażeń zdecydowanie. Najpierw zapomnieliśmy nawigacji, ale po drobnych kłopotach dojechaliśmy. Jak stanęliśmy na parkingu to uświadomiłam sobie, że zapomnieliśmy kasków, a w tamtym rejonie są niezbędne. Szybka burza mózgów, hmm w nie tak dalekim mieście jest sklep górski, telefon, tak - wypożyczają kaski. Jedziemy, nawigacja z mapą z telefonu, ale się bez wpadki udało. Powrót pod skałę, w międzyczasie zrobił się tłum, więc wybieramy sektor głębiej w lesie. Zbroimy się pod skałą i się okazuje, że w ostatniej chwili zdążyliśmy, bo już byli inni amatorzy na naszą drogę. Pierwszą długość prowadzę ja, miała być dość łatwa i była, ale nieco strachu było na częściach trawiasto-piaszczystych. Skała to jednak pewniejszy fundament. Wreszcie docieram do końca, stan osprzętu średni, ale cóż zrobić. Zaczynam wciagać linę na stanowisko, kiepsko idzie, się blokuje. Nie widzę gdzie, bo droga kręciła. Kończy się na telefonie do pana małżonka u stóp skały, który stwierdza, że jeszcze mnóstwo liny leży u niego. Przy okazji zalecam mu zabranie paru slingów. Telefon przydał nam się jeszcze kilkukrotnie, a taki był sprzeciw, że po co się z nim wspinać. :oczko:

Na wędkę pan małżonek szybko dotarł do mnie na stację i po chwili ruszył na drugą część. W połowie go przytkało psychicznie i szczerze mówiąc się nie dziwię, ten odcinek mocnego stracha może napędzić prowadzącemu. Ale skała tam piękna, różne formacje, kryształki itd. Ostatnie dwa punkty były już poza polem mojego widzenia. Długo nie miałam sygnału, że ja mogę już też podążać na górę, znów przydał się telefon, bo były drobne kłopoty z zakładaniem stacji. Miejsce ciekawe, żadnej półeczki, wisi się na pustką, ani skrawka na położenie liny, staraliśmy się ja zawinąć na sobie, ale przy przekazywaniu zwojów okropnie się poplątało. Ponowne rozplątywanie i składanie pętli liny na ramionach. Nie był to najlepszy pomysł po skończyło się obtarciem szyi, gdy musiałam szybko dawać luz liderowi. No nic, poświęciłam, bo on i tak emocji miał sporo, np. podczas ataku mrówek na odcinku z bardzo oddalonymi punktami asekuracyjnymi. Wiało i ciężko było się kontaktować, więć nadenerwowałam się nieźle na tym kawałku.

Niemniej wreszcie szczyt. Rzut oka na zegarek i zbaranieliśmy, wspinaliśmy się 3.5h, jest póóóźno i się mocno spóźnimy na umówione spotkanie. Trzeba szybko zjeżdżać na dół skały zatem. A wspominałam już, że droga kręciła. Do tego mocne podmuchy wiatru, adrenalina nie brakło więc i na tym etapie. Szczególnie jak nam się lina prawie zablokowała mocno w górze owijając się o ostry skalny czubek. Niemniej wreszcie szczęśliwie wylądowaliśmy na ziemi, uświadomiłam sobie, że od śniadania nic nie jadłam i nie piłam, prowiant został u dołu skały, bo przecież mieliśmy tę drogę wejść szybko. :hahaha: O jakże pokazowo się przeliczyliśmy, jesteśmy maksymalnie niewydajni podczas zmian na punktach asekuracyjnych, musimy dopracować system komunikacji i oswajać, oswajać strach.

1h01' E, buty Hyperspeed

Upoceni i zakurzeni ze wspinaczki pojechaliśmy wprost na spotkanie. Dopiero pod wieczór mogłam chwilę "odsapnąć" ogruzowując dom. :bum: Wreszcie koło 22ej temperatura zrobiła się przyjemna biegowo. Tylko nogi bolały mocno. Zacisnęłam zęby i zaczęłam wdziewać ciuszki biegowe. Mąż się zapytał - Ty na serio idziesz jeszcze biegać po takiej wyrypie? Powiedziałam, że nie wiem na ile, ale idę, bo zawody się same nie pobiegną. Wyszłam i o dziwo szybko się rozkręciłam, myślałam, że to dzięki temu, że trochę w dół było, ale na płaskim magia trwała. Dawno tak lekko mi się nie biegło. Zdecydowanie warto było wyjść. Na podbiegu pod koniec treningu czar lekkości prysł, ale założoną jako wersję optymistyczną godzinkę ładnie wykręciłam.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Niedziela 23/06/2013

Via Farinneta część 1 (AD+) i 2 (D+) plus Tour de La Seya

Obudził mnie deszcz za oknem. Jeszcze raz spojrzałam na prognozę w internecie i w Valais jednak miało nie padać. Zabrałam się za budzenia małżonka bez otwierania okiennic i zbytniego wspominania o deszczu - i tak ciężko go było zmotywować do opuszczenia wyrka. :oczko: Śniadanko, pakowanie i jedziemy. Tym razem kaski mamy. Deszcz raz się wzmaga, raz słabnie, ale od strony Valais niebo jakby jaśniejsze. Wreszcie wjeżdżamy w ponad kilometrowy tunel pod Saint Maurice i czary-mary po drugiej stronie jest słonecznie i niebieskie niebo. Z każdym kilometrem bardziej się rozpogadza, w Saillon gdy wysiadamy jest naprawdę ciepło. Bierzemy sprzęt i ruszamy wśród winnic w stronę wąwozu, gdzie ukrywał się zmarł szwajcarski Robin Hood - Farinet.

Obrazek

Po lewej na wzniesieniu zameczek i stara, historyczna część Saillon:

Obrazek

Wreszcie docieramy do wąwozu, przyjemny chłodek:

Obrazek

a w kropelkach rozproszonej w powietrzu wody skrzy się tęcza:

Obrazek

Za chwilę zaczyna się kabel, pierwsza część to bardziej stroma leśna ścieżka niż typowa ferrata, na poważnie zaczyna się dopiero, gdy trzeba przejść na drugą stronę rzeki - po kabelku. Pierszą trudnością jest zainstalować się na owym "moście"

Obrazek

Potem uspokojamy oddech

Obrazek

i płynnie suniemy do przodu, co krok bujanie się powiększa, a tu trzeba trzy razy przepinać lonże:

Obrazek

Najgorzej było na środku, byłam spocona ze strachu i już w zasadzie wołałam, żeby mąż przyszedł i przepiął to za mnie, ale udało mi się przywołać mentalny spokój i dotrzeć na drugi brzeg, gdzie znów nieco kombinowania przy wychodzeniu z pomiędzy kabli.

Następny mostek bez przepinania nie zrobił już takiego wrażenia, można było bardziej otoczenie podziwiać:

Obrazek

Obrazek

Niedługo potem był koniec pierwszej części, zrobiliśmy przerwę na kanapkę i ruszyliśmy w drugą wzdłuż bisse - czyli tradycyjnego kanału irygacyjnego. Zgodnie z tablicą informacyjną było sporo trudniej niż na pierwszej części i to już od początku. Najlepszy dowód to taki, że nie mamy stąd żadnych zdjęć. :bum: Najpierw był trawers ćwiczący zarówno ręce jak i nerwy, potem chwila odpoczynku w grocie i zmiana kierunku na pionowy a często i bardziej niż pionowy - seria tych przewieszek dała trochę w kość, już miałam się zapinać na odpoczynek, ale w końcu łyknęliśmy to na raz. Znów pomogło trzymanie głowy w ryzach - skupienie się na najbliższym kroku bez martwienia się za dużo, co będzie dalej. Za nami szła ekipa męska i myślałam, że trzeba będzie ich przepuszczać, ale okazuje się, że trzymałam dość przyzwoite tempo i bez protestów podążali za nami. Tuż przed końcem można było skręcić na część trzecią, TD+, o której z licznych źródeł słyszeliśmy, że jest tak naprawdę raczej ED i trzeba być naprawdę zastanowić, zanim się tam wlezie. My zgodnie uznaliśmy, że to na pewno jeszcze nie dziś. Zeszliśmy ścieżką do wiszącego mostu nad wąwozem, wspisaliśmy się w książkę pamiątkową i spojrzeliśmy na drogę, którą się tu dostaliśmy:

Obrazek

i na ścianę, którą pokonaliśmy pod koniec:

Obrazek

Bardzo malownicza ta VF, świetne miejsce na nią wybrali. Satysfakcja z fizycznego i psychicznego sprostania sytuacji - spora. Do Saillon wracaliśmy przez winnice, szybko nam się znudził spacer, więc zbiegliśmy. Uprząż z całym szpejem nie przeszkadzała aż tak bardzo. :hahaha:
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Następnie górskimi serpentynami podjechaliśmy do Ovronnaz na pierwszy w tym roku spacerek po górach, zostawiając za sobą Dolinę Rodanu:

Obrazek

Ponieważ było już po południu i nieco już w nogach i rękach mieliśmy, to skorzystaliśmy z wyciągu, by dostać się na Jorasse. Wiało fest, na parkingu musiałam się mocować, by otworzyć drzwi od samochodu, na wyciągu (krzesełko) nieźle mnie przewietrzyło, więc wyprawę zaczeliśmy od ciacha i ciepłej herbatki w knajpce przy wyciągu. :hej: Na prawo ciągnął się imponujący skalisty masyw Grand Mauveran z przewelającymi się szybko masami chmur,

Obrazek

na lewo sytuacja wyglądała lepiej i tam też prowadziła nasza droga. Niedługo natknęliśmy się na pierwsze płaty śniegu i krokusy. No tak wiosna w górach - tylko, że my teoretycznie mamy już lato, a takie widoki w zeszłym roku były na początku maja:

Obrazek

Dalej na szlaku wypłoszyliśmy jakiegoś zwierza do jego nory i wśród cudnych kwiatów - zawilce, sasanki, bratki - wspieliśmy się na La Seya (2182m n.p.m.)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wiało - niektórzy się chowali :oczko:

Obrazek

A ja uwieczniałam owego Grand Mauveran

Obrazek

i Dents de Morcles całkiem jeszcze w zimowej szacie

Obrazek

Tradycyjna strasbowa słit focia na śniegu

Obrazek

i ruszyliśmy w stonę Grand Garde (2145m n.p.m.) Pomimo swojej wysokości to taki niepozorny trawiasty pagór porośniety gęsto mleczem. My tam baju-baju, a tu zaczęła nas atakować chmura od tyłu podstępnie:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Potem szlak biegł już tylko w dół, było nieco przeszkód

Obrazek

i długie skakanie po kamieniach i korzeniach w dół nieco dało się we znaki. Ładna wycieczka, choć zejście nieco nudne. Dziś najmocniej bolą pośladki -to chyba od drabinek na ferracie, nieco czuć ręce i mięśnie korpusu. Kolana w siniakach od obijania od metalowe klamry - tym razem u męża też.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Podsumowanie tygodnia powrotu do normalności :oczko: - 17.06 - 23.06.2013

Ilość treningów biegowych: 3 i kawałek, jeśli liczyć zbieganie do Saillon :ble:
Pozostała aktywność: 3x wspinaczka, 1x via ferrata, długi spacer po górach zamiast długiego wybiegania


Niezły tydzień, wreszcie pogoda na wypady w góry - to lubimy!
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

I znów zaległości, już nawet słabo pamiętam, co się działo.

Wtorek 25/06/2013 - tyłek wciąż mocno bolał po niedzieli, wpadła tylko wspinaczka, ale za to z przygodami - zjazd po ciemku z drzewa na górze ściany by odzyskać ekspresy - całe szczęście, że kobieca intuicja kazała mi czołówkę zapakować

W środę chyba miałam pobiegać, ale grafik był bardzo napięty, stres i frustracja, że się nie da trzech rzeczy na raz zrobić, bieganie w końcu odpuściłam, przynajmniej psychicznie ulżyło.

Czwartek 27/06/2013 - rano 1h bieganie w tym 15-20 minut pod górę, jako że na czczo, to trochę zatykało, ale dałam radę

Piątek 28/06/2013 - wieczorem z mężem 1h dość żwawo w stronę Pully i Lutry; po nawrotce, podczas biegu pod górę, udało sie utrzymać takie samo tempo jak na połówce z górki

W sobotę wyjazd do Strasbourga i maraton po znajomych. Oj się podjadło i popiło przy okazji.

Niedziela 30/06/2013 - ciuhy biegowe ze sobą miałam, ale poranek na zwolnionych obrotach a w południe pojechaliśmy do parku linowego i solidnie daliśmy sobie w kość podczas tych 4h, był zarówny czysty strach, jak i zmęczenie fizyczne; zakwasy w mięśniach korpusu mam do dziś

Podsumowując - tygodniowy przebieg godny prawdziwego ultrasa... :sss:

W poniedziałek przedłużyliśmy nasz pobyt w Strasbourgu, bo tak fajnie było, wpadł maraton po sklepach, wieczorem po powrocie natomiast odgruzowanie domu i biegać już nie poszłam.

Wtorek 02/07/2013 - 1h po plus minus stałej ostatnio pętelce; po dość ciepłym i dusznym dniu, akurat gdy wystawiłam nos za drzwi, rozpoczęła się ulewa, tradycyjnie strasb zebrała należną porcję deszczu. Ale szczęśliwie choć burzy nie było. Od połowy trasy już schłam i nawet buty prawie przestały skrzypieć.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Czwartek 04/07/2012

1h E ale trochę z górkami

Miało być wczoraj wieczorem z panem małżonkiem, ale jak właśnie mieliśmy się zbierać, to lunęło i nie przestało o żadnej przyzwoitej porze. Zatem trzeba było wyjść rano, jeszcze mokrawo na chodnikach, niby fajny chłodek, ale szybko okazało się, że jednak duszno. I nogi ciężkie, choć nie miały po czym. Około połowy dogoniłam jakąś zapóźnioną chmurę deszczową i mnie nieco pokropiło. Powrót pod solidną górkę, obawiałam się jej, ale mam ją dobrze rozpracowaną psychicznie i się udało. Dodatkową motywacją było, że o 8.30 odcinają ciepłą wodę, więc jak będę spacerki zamiast biegu uskuteczniać, to czeka mnie zimny prysznic. :hahaha:
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Wieczorem - wspinaczka. Odwiedziliśmy nowe miejsce, całkiem sympatycznie, kameralnie w lesie i o dziwo bez komarów. Skałki niezbyt wysokie, spity niby blisko, miał być luzik, a był atak paniki i kompletnie spompowane ręce. Ja się chyba do tego nie nadaję. :echech:
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Sobota 06/07/2013

Wycieczka biegowa 2h07, buty Hyperspeed

Były wielkie plany na górską wyprawę, ale jak sobie przemyślałam, kiedy to ja ostatnio biegłam coś dłuższego, to postanowiłam jednak nie szarżować i trzymać się bliżej domu. Zwłaszcza, że musiałabym jechać w Jurę specjalnie sama, bo i mężowskie plany się zmieniły. I jeszcze całkiem poza tym dla przepędzenia złych humoru z końcówki tygodnia poszliśmy w piątek wieczór na imprezkę. :oczko: Także sobotnim rankiem miast napierania małe radości jak wspólne niespeszne śniadanko na balkonie z widokiem na jezioro i góry. Po południu upalny dzień mnie zmógł i nieco się zdrzemnęłam, ale pod wieczór dzielnie wdziałam biegowe ciuszki i ruszyłam. Postanowiłam pobiec od nas z dołu do Chalet a Gobet ponad Lozanną i ma się rozumieć wrócić. Tym razem nie wybrałam lisiej ścieżki, ale postanowiłam poznać nowe szlaki. Do Placu Riponne dobiegłam moją kiedyś częstą trasą treningową, mijając po drodze katedrę. Szczerze mówiąc już tam się zagotowałam. :trup: Pod Hermitage bardziej wpełzłam niż wbiegłam, podtrzymywana jedynie myślą, że przy parkingu tam na górze jest poidełko. Heh, dawniej to do tego poidełka dobiegałam bez marszu. :echech: Po minięciu jeziorka Sauvebelin zaczęło się nieznane - cross przez las za żółtymi znakami szlaku. Tego lasu jest taki wąski kawałek wokół rzeki, ale wystarczająco szeroki, żeby nie wiedząc o tym nie zorientować się, że tuż zaraz czyha cywilizacja. I na tymże szlaku, jako że strasb jestem, nawet w upał znalazłam błoto i kałuże. Biegło się ciężko, nie ma co ukrywać. Jednak na pierwszym ważniejszym rozwidleniu wciąż zamiast kierunek dom napierałam do Chalet a Gobet. Na następnym również, ale szybko przyszła refleksja, że niebawem będzie się zmierzchać, przede mną kawałek szlaku przez konkretną dzicz, a i z Chalet a Gobet do domu potem solidny kawałek. Zawróciłam więc na Les Croisettes i ciemno zrobiło się na tyle szybko, że nawet na lisią ścieżkę już nie wbiegłam tylko wracałam całkiem przez miasto. Uff, zmęczona jestem, forma została w lesie, ale chyba nie dziś, tylko już dawno.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Niedziela 07/07/2013

Wspinaczka 5h

Przyjemne pół dnia u stóp Tour de Fameleon z naszymi szwedkimi znajomymi. Wspinaliśmy się na około 100 metrowe Rocher de la Latte. Niezwykle wyrzeźniony wapień, duże sekcje z kanelurami, bardzo dobrze trzymały buty na tarcie, ale trzeba się było odważyć, by im zaufać. W większości jednak miejsc bardzo dobre chwyty na ręce. Panowie ze szczytu swojej drogi zeszli ścieżynką, w większości na bosaka, my nieopatrzenie wkopałyśmy się w zjeżdżanie. Masakra była, droga ciągle zakręcała, mnóstwo zarośli do omijania, głębokie dziury w skale i pełno ostrych krawędzi łapiących linę. I jeszcze dwa kiepskie "relais" po drodze, postanowiłyśmy spróbować zjechać do trzeciego, w zasadzie brakło nam pół metra liny, ale teren był taki, że udało się to zejść po odwiązaniu się. I tylko jakimś niesamowitym cudem udało się te 60m liny ściągnąć bez zaklinowania się nigdzie. Umordowane byłyśmy tym zjazdem niedamowicie. Na szczęście wśród wspomnieć dnia będziemy też mieć piękny krajobraz i świetną pogodę. No i trafiło nam się przejście po płacie śniegu tuż przed samą skałą - tym razem bez zdjęcia. Coś mnie bolą łydki, ale to chyba bardziej po wczoraj, zapomniałam ubrać opaski kompresyjne i popsikać się sprayem na kleszcze.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Wtorek 09/07/2013

50'E, buty Light Silence

Rano zupełnie nie w formie do biegania byłam, zmęczona, niedobudzona. Wieczorem zmęczona nie byłam, ale jakoś nie mogłam się zebrać. Dobrym pretekstem na ociąganie się było czekanie na ochłodzenie. Cóż, wyjść ciężko, ale jak się wyjdzie to już zwykle frajda. I tak też było gdzieś tak do połowy, gdzie mnie złapały jakieś dziwne skurcze w żołądku i podbrzuszu. Uciekłam na łatwą płaską ścieżkę i starałam się człapać miarowo z nadzieję, że to się uspokoi. I przycichło na tyle, że pomyślałam, że może i przebieżki zrobię. Ale wraz z tą myślą przyszło ostrzeżenie gdzieś z wnętrzności: Nawet o tym nie myśl. Zakończyłam więc trening po 50 minutach i grzecznie weszłam pod górkę na piechotę.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Środa 10/07/2013

Wspinaczka 3.5h

Ciepło u nas, więc uderzyliśmy nieco w górę, Aiguilles de Baulmes. Postanowiliśmy w dwóch zespołach zrobić klasyk klasyków, czyli Grande Arrete. (W pół drogi między wspinaczką i alpinizmem, egzotyka na tak niewielkiej wysokości. ) Wspinaczkowo łatwo miało być tylko od razu zaczęliśmy źle wchodzić, oryginalny początek gdzieś w krzakach jest, a my wystartowaliśmy na dwie linie spitów na pionowej skale. 3b miało być, więc odważnie prowadzę, ale po 3 wpinkach lekki zonk. Chwilę pokombinowałam, po czym dając upust lenistwu i strachowi zjechałam. Wystartował pan małżonek i utknął dokładnie w tym samym miejscu. Kolegę prowodyra wtedy oświeciło, że to jednak 6a będzie, a to, czym oni wchodzą to 5b. Pan małżonej wpiął jeden więcej punkt i tyle, potem była mozolna operacja przerzucania się na już zwolnione 5b. Wypinanie ekspresów było ciekawe, koleżanka dopełniająca zespołu przeszła atak paniki i ciężko jej było wchodzić na trzęsących się nogach, w końcu zrobiła niezłe wahadło nabijając mi sporego siniaka liną a na górnym stanowisku się okazało, że nie bardzo ma odwagę zawisnąć. Nie tylko ja miewam gorsze dni. :oczko: Następny wyciąg prowadziłam ja, rzeczywiście prosto choć ekspozycji dużo, punktów mało. I opór liny taki, że wpięcie się w stanowisko było nie lada sztuką, prawie mnie lina odepchnęła od ściany. Następny wyciąg to nieco zabawa w głuchy telefon, a ostatni to czysta graniówka z asekuracją własną. Nieco mi nerwy puściły i w połowie zawróciłam, jakoś mi się zdawało, że jeszcze daleko, mi się kończą pętle itd. Robiło się również ciemno i chłodno, na szczęście na zejście ścieżynką po piargach przyszedł kolega prowodyr nam latarką przyświecić.

Miejsce ogólnie piękne, zagubione wśród zielonych zboczy Jury, w miękkim świetle wieczornym wyglądało bardzo uroczo, kojarzylo mi się ze zdjęciami Nowej Zelandii.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Czwartek 11/07/2013

30'E + 15' spaceru, buty Evo

Upalny dzień, więc znów wyczekane do wieczora i wyjście w najlżejszym możliwym stroju. Jakże przyjemne były podmichy bise od czasu do czasu. Po jakiś 20 minutach skończyła się sielanka, bo złapał mnie ten sam ból, co we wtorek. Truchtałam miarowo, ale nie przestawało, jak wybiło 30' to postanowiłam chwilę przespacerować. I wtedy dopiero zaczęły się takie skurcze, że natychmiast zawróciłam w kierunku domu i to wypatrując co chwila, gdzie będzie można przysiąść, bo robiło mi się słabo. Oj bardzo się dłużył ten spacer. :lalala:

Nie wiem, o co chodzi, dzisiaj w pracy wciąż się średnio czułam. Jedyny pomysł na razie, to w weekend odpocząć.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Dziś faktycznie odpoczynek i totalna laba jak zaplanowane, ale wczoraj nie mogliśmy się oprzeć ucieczce przed upałem w mieście. A gdzie szukać ochłody? W górach albo też nad wodą, a najlepiej dwa w jednym. :hej: Zatem:

Sobota 13/07/2013

Dzień nad brzegami Dar; rano - Via Ferrata (D+); po południu - wspinaczka

Starałam się dobrze wyspać, ale jak przysnęłam niedługo po powrocie z pracy, to potem po nocy się przewracałam z boku na bok. Obudziłam się w stanie nie najgorszym, więc ruszyliśmy w kierunku Diablerets z założeniem, że chociaż spacer i wylegiwanie się gdzieś na zielonej łączce zaliczymy. Zaparkowaliśmy na wprost serii wodospadów na Dar:

Obrazek

i podreptaliśmy jednak zobaczyć Via Ferratę. Trochę się obawiałam jej wyceny jako D+ szczególnie w połączeniu z informacją - dodatkowe trudności dla osób niewybujałych - duże odstęp między żelastwami. Najtrudniejsza jest ponoć część zaraz po starcie i od 2006 roku można ją ominąć, by zacząć nieco dalej. Ostatnia chwila wahania i za dopingiem męża startuję jednak na oryginalną trasę. Od początku jest ciekawie:

Obrazek

Schodzi mi mnóstwo czasu na przejście kawałka, który z tej perspektywy nie wygląda w ogóle na trudny:

Obrazek

Wysokość nie przeraża w odróżnieniu od okrutnie luźnego kabla małpiego mostku, który wyrósł przede mną

Obrazek

W końcu znajduję na niego sposób, zapinam się na sztywno dodatkową lonżą do górnego kabla i jadę na nim.

Obrazek

Problem pojawia się pod koniec, gdy odstęp między kablami staje się na tyle duży, że tracę nawet tę namiastkę gruntu pod nogami:

Obrazek

ale jakoś udaje się przyciągnąć do końca. Potem ma być już tylko łatwiej, więc mężowi udaje się mnie namówić do uśmiechu.

Obrazek

Reszta części pierwszej niekoniecznie była łatwiejsza, lonża odpoczynkowa miała pełne karabinki roboty. :hahaha: Druga część sporo łatwiejsza, z oryginalnym zakończeniem. Przeciśnięcie przez szczelinę:

Obrazek

i przejście za wodospadem. Chlapało!

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Od wodospadu można było pojechać dalej tyrolką, ale nie mieliśmy własnych bloczków:

Obrazek

Zeszliśmy więc prawym brzegu potoku

Obrazek

i podeszliśmy pod wodospad od dołu. Muszę wspominać, że wiało? :hej:

Obrazek

Następnie piknik - kanapki na ciepło wprost z samochodu, na doprawienie ciasto w restauracji na przełęczy Pillon. Ogarnęło nas spore rozleniwienie, ale ja się uparłam, żeby podejść pod kolejne piętro wodospadów, zabierając na wszelki wypadek sprzęt wspinaczkowy. :oczko: Podejście w leniwym tempie trawienia obiadku, końcówka przez niezłe chaszcze, ale nie żałowaliśmy - miejsce było naprawdę urokliwe:

Obrazek

Z taką panoramą - niestety komórka bardzo kiepsko złapała łagodne światło późnego popołudnia.

Obrazek

Obrazek

Powchodziliśmy nieco na jednym brzegu, potem przeprawiliśmy się na drugi (ziiiimno!)

Obrazek

i jeszcze ze dwie drogi na głowę dokąd nogi nie odmówiły.

Obrazek

Na tych połogich ścianach rąk używa się bardzo symbolicznie, bolały łydki od zapierania się i stopy od klinowania w kanelurach.

Kolejny udany dzień.
ODPOWIEDZ