Niedziela 02/06/2013
Ku ośnieżonym szczytom - Semi-marathon de 6. Transju-trail, 23km 1100m up (o, właśnie zaktualizowali 24.32km 1054m up - to dlatego ostatnie 5km było takie długie
)
04:11:35, 110/147 wśród pań (56/69 seniorki), buty NB WT110
Dzwoni budzik, wcale nie czuję się tak wyspana, jak powinnam po 8 godzinach, ale nie ma leżenia, ruszam jeść śniadanie. Na szczęście rzeczy naszykowane były dzień wcześniej, tzn. miałam w torbie z pół biegowej szafy, żeby w ostatnim momencie wybrać dobry zestaw. Koniec końców zapomniałam tylko zapakować spodni na przebranie po biegu - nie tragicznie.
Nie padało, ba - nawet słońce było widać. A na szczytach Jury śnieg. Planowany majowy start przebiegałby przez najwyższy szczyt szwajcarskiej Jury, Mont Tendre (1679m n.p.m.), dziś musiałam się zadowolić "zaledwie" La Dole (1677.2m n.p.m.). Ale na dokładkę był drugi szczyt z tego samego masywu (1628m n.p.m.). Pod lodowisko w Premanon dojechaliśmy na czas, odebrałam na spokojnie numer i ostatnie przetasowania w plecaku robiłam. Ostatecznie miałam na sobie legginsy 3/4, opaski kompresyjne, t-shirt z krótkim rękawkiem, na to bluzę salomona, a w plecaku wiatrówkę. Miałam nadzieję, że organizatorzy przepuszczą ją jako kurtkę przeciwdeszczową (znacznie lżejsza). W plecaku dodatkowo 1.2 l wody w camelu, 2 żele, 2 batony, folia NRC, rękawiczki, kubeczek, plastry i trochę gotówki obu krajów. Dobrze, że się w ostatniej chwili zorientowałam, że trasa częściowo po francuskiej, częściowo po szwajcarskiej stronie.
Oddaję worek do depozytu, symboliczna rozgrzewka, potem wejście do strefy. Kontrola sprzętu ograniczyła się do pytania, czy mam wodę i batony. Start pań był 10 minut przed panami, przygrywała nam miejscowa orkiestra dęta, potańczyłyśmy trochę w ramach dogrzania. Kilka ogłoszeń co do trasy a właściwie jej trudnych momentów:
- pierwszy już na początku, nie podbiega się dużo, ale jest błoto, BŁOTO w zasadzie
-po drugie - czy ktoś Wam już mówił ile śniegu zalega na La Dole?
-ale za to ładna widoczność na Jezioro Genewskie i Mt Blanc, nie tak jak w zeszłym roku
-a w drodze powrotnej za Tuffes uwaga na głowy - tunel wysokość 1.50m
W międzyczasie obok nas śmignęła czołówka najdłuższego biegu. Wspólne odliczanie i lecimy przy wspaniałym aplauzie kibiców i panów oczekujących na swój start. Truchtam naprawdę wolno, w ostatniej grupce. Po kilkuset metrach pierwszy korek - błotnista ścieżka w lesie. I błotniście było już do końca, niemniej tego konkretnego lasu to tak z 5km. Fajnie się biegło między nami babeczkami. Często mijali nas panowie z dłuższych dystansów, gdzie mogłyśmy, to ich przepuszczałyśmy na ścieżkach przez bagno, ale niektórzy walili najkrótszą drogą niczym się nie przejmując - zapadali się w kałużach do pół łydki jak nie lepiej. W tym lesie zdjęłam bluzę i rozłożyłam kije. Sumarycznie było najpierw raczej w górę, potem w dół. Przecięliśmy szosę i zaczęło się podejście pod Tuffes - czyli nartostradami pod górę. Ostatni stromy kawałek sie dłużył, ale mówiłam sobie - tylko nie trać rytmu, nie zatrzymuj się, tempo mniej ważne. Ze szczytu wspaniały zbieg - tym razem po nartostradzie pełnej śniegu. I przyjemność psuła tylko świadomość, że właśnie tracimy cenne wyszarpane metry wysokości. A przed nami imponująca La Dole - o rany, my tam naprawdę mamy się wdrapać?! Koniec zbiegu w Les Dapples i tam punkt odżywczy. Wbiegłam na niego po 1h21:41. Skan numerów był dopiero na wybiegu z punktów, zatem mój międzyczas oficjalny obejmuje też pochłonięcie kilku pomarańczy i kubeczka wody.
Za punktem dosłownie chwila biegu dla kibiców i zaczyna się strome wdrapywanie się. Szybko zaczynam lekko zostawiać panią, z którą biegłam prawie od początku. Pomimo tego, że po króciutkim kawałku mówię sobie - nie mam już więcej siły. Potem przełączam się jednak na: tylko nie trać rytmu etc. Jest na zmianę błoto błoto i śnieg. Wypłaszczenia króciuteńkie, nie biegnę na nich tylko łapię oddech. Na początek las zasłania widok na szczyt (ile jeszcze tego pod górę?!), po zakręcie widzimy jak na dłoni ludzki sznureczek pełznący pod dziwną kulę na szczycie Dole. Mówię sobie, że od tego punktu nad śniegiem to już będzie bardziej płasko. Ale dojście pod ten śnieg to masakra, nie tylko buty się ślizgają na glinie rozmiękłej na głębokie centrymetry, ale miejscami stok spływa wraz z nami w dół. Przeprawa przez pas śniegu z każdym krokiem mocno wbijając kopem stopę w śnieg. Ostatnie kroki pod dużych kamieniach i wreszcie jesteśmy. Widok zapiera dech, 2/3 jeziora zalanego słońcem, niestety na kierunku Mt Blanc naciągnęła sporo bura chmura. Cóż, trzeba było biec szybciej - komentujemy sobie z innymi paniami. Spisują mój numer startowy, nie ma punktu żywieniowego (i nie miało być, ale mi się pomieszało). Migiem zakładam wiatrówkę po wieje moocno.
Zbiegamy - nie jest wygodnie, ciągle po jakiś wykrotach. Za kawałek stromizna - kompletnie pokryta śniegiem. I przeorana 3-4 rynnami. Stawiam dwa ostrożne kroki bokiem, po czym odpuszczam, siadam w rynnę i zjeżdżam. Na dole zjazdu fotograf cyka fotki. W sumie jakiś kibic tuż przed szczytem mówił, że czekają nas saneczki - już wiem, co miał na myśli. Ale ten krótki zjazd to dopiero była rozgrzewka przed naprawdę długim za kawałek. Tam jechałam z 2 panami, stromo było, trzeba było nieźle hamować, żeby się na swoje kije nawzajem nie ponabijać. I tyłek nieco przemroziło. Potem jeszcze trochę zbiegu po błocie i widać podejście na ten drugi szczyt z masywu - jeszcze bardziej strome niż sama La Dole. Na szczęście przy akompaniamencie naprawdę żywiołowego dopingu z góry. Prę dzielnie do przodu, kogoś tam przepuszczam, ale następnych dwóch panów woli pozostać za moimi plecami, bo ponoć tempo mam dobre, poza tym to taka miła odmiana (na długich trasacj było ok.10% pań). Tuż przed szczytem jednak mnie wyprzedzą. Na szczycie kilka głębokich oddechów, po zbieg śliski i trudny, trzeba z wytężoną uwagą i nogą go wziąć. Nie do końca ufam swoim butom, ale pomagają kijki i ładne parę osób na tym zdecydowanie technicznym zbiegu wzięłam. Nie ukrywam - satysfakcja.
Jesteśmy ponownie w Les Dapples, na zegarku mam 2h50 (na La Dole zapomniałam zalapować). Tym razem nie ma skanowania, jedzenie też już mocno przetrzebione. Biorę pomarańcze i kilka suszonych moreli na drogę. Wodę używam własną z camela. Teraz zbieg przyjemniejszy, bardziej przez pastwiska niż przez skały, nieco relaksu. Kolejny punkt to stadion biatlonowy, sporo po asfalcie biegniemy, więc składam kijki. Co prawda zaraz po tym było strome zejście po błocie, ale króciutki i potem bez kijków było naprawdę wygodniej. Nogi już czuć solidnie, truchtam wolno, ale ku mecie - to się liczy. Zegarek mówi, że może nawet się 4h uda złamać. Jedyne co mnie niepokoi, to widoczna na karteczce z wydrukiem profilu górka tak na 3km przed końcem. Ale bardziej staram się myśleć, że już ogólnie dość niedaleko. Piję teraz zdecydowanie częściej, może powinnam jeszcze jeden żel zarzucić - ale w końcu tego nie robię. Wreszcie zapowiadamy tunel - to taki przepust strumyka pod szosą, Najpierw przejście przez strumyk a w samym tunelu są położone palety drewniane - z tym, że w co drugiej brakuje większośći szczebli lub są nadłamane. Sufit nisko, opieram się o niego rękami i jakoś bez poślizgu się udaje. Znów trochę dróżek wśród pól, trochę alsfaltu. Kibicująca pani mówi mi: "Brawo! I do tego pani się tak pięknie uśmiecha!" No fakt, biegłam z bananem na twarzy. Z asfaltu skręt w las, trochę po błocie w dół, wreszcie widać górkę. I ludzi podchodzących niemal na czworakach. O kurcze. Rzeczywiście bagienko nieprzeciętnie wyślizgane. Może by się kijki przydały, ale przecież to się zaraz skończy, górka na profilu mała, szkoda zachodu z odczepianiem i rozkładaniem. Taaa...Górka ciągnęła się i ciągnęła, tempo ślimacze, sporo ludzi wokół miało kryzys. Po pewnym czasie dzwonie do męża, czy już czeka na mecie - nie, jest w domu, bo wg danych na stronie nie ma mnie jeszcze na La Dole. Aha, to niech wyjeżdza. Nie wiem jak dociągnęłam do końca tej górki (na pewno przeklinałam pod nosem organizatorów). Po chwili odpoczynku na płaskim nawet coś podbieguję. Pytamy kibicującego chłopaczka, ile jeszcze. Ze 2km (myślałam, że mniej!), mały podbieg, ale niegroźny, potem schody - trudne, ciężkie, a potem już płąsko. Podbieg faktycznie mały (i suchy!), za to schody do fortu (w tunelu dodatkowo były)...Na szczycie nogi jak z drewna, ale są jakieś zabudowania, to pewnie nasze miasteczko finiszowe. Człap, człap do przodu więc. Okazuje się, że to jeszcze nie miasteczko tylko fort, ale nie straciłam ducha i szurałam dalej. Przelot po wałach i wyraźnie widać i słychać metę. Zbieg i kilka zakrętów na trawie, aplauz kibiców, speaker łamie zęby na moim imieniu, ale dodaje, że wbiegam z pięknym uśmiechem. 4h11:45 na zegarku. Uffff.
Coś tam jem i piję, odbieram depozyt, idę ku prysznicom. Oddzielnie damskie i męskie w kontenerach tylko przebieralni w zasadzie brak. Przebieramy się lekko tylko ukryte za załomem muru. Olać podglądaczy, ale dosyć zimno było. Potem ruszyłam po przydziałowy posiłek, wydawane sprawnie, ale w większości mięsne. Może i dobrze, po mój żołądek nie był gotów wiele przyjąć. Przy jeździe do domu przez serpentyny od St Cergue do autostrady protestował dość wyraźnie. W domu usunęłam z opasek i butów niezłą ilość błota (a i tak się w śniegu i strumyku oczyściły). Błoto na butach musiało być tylko z ostatniej górki w zasadzie.
Nie dobiegłam ostatnia (choć na tej trasie by mnie to absolutnie nie obchodziło, byłam ostatnia przez kawałek w pierwszym lesie, ale trail to co innego niż ulica), wspinałam się w rankingu podczas biegu, nie przewróciłam się, dobrze się bawiłam, zrealizowałam jeden z celów na 2013 rok - ponad 1000m up. Wolę nie myśleć, jak jutro będą mnie bolały nogi!