Strasb - w pogoni za formą

Moderator: infernal

Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Środa 29/05/2013

Wspinaczka 3h

Najpierw długi i uparcie piłowałam jedną drogę, aż nawet moja natura strachajły musiała się poddać. Potem dałam się namówić na spróbowanie poprowadzenie drogi, którą mętnie pamiętam jako totalny hardkor nawet na wędkę - tzn, gdzieś do drugiego punktu, bo dalej nie doszłam. A tu proszę, do 2/3 dotarłam bez większego problemu. Potem panika wygrała. :bum: Ale postęp widać.

Miałam w drodze powrotnej się przebiec, ale zrobiło się późno i zimno, więc uznałam, że lepiej się wyspać.

Czwartek 30/05/2013

40' E w tym 4 przebieżki, buty Hyperspeed

Hmm, kiedy to ja ostatnio biegałam rano? W każdym razie poszurałam dostojnie po przydomowym parku a na koniec wbiegłam przebieżki na odmulenie, takie na długość bocznej uliczki na przeciwko naszej kamienicy.

Przygotowuję się mentalnie do startu - może nawet nie będzie padać?! :orany:
New Balance but biegowy
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Wszystko spakowane, prognoza dalej mówi, że nie będzie padać (choć szlaki są po tych wielu tygodniach deszczu w takim stanie, że organizatorzy zwiększyli limity czasowe...). W ramach przygotowań ściełam włosy, zawsze to parę gramów mniej. :bum: Na razie nastrój raczej bojowy, miękkie kolana zaczną się pewnie jutro. Start o 10.30 (panie, panowie o 10.40). Ponoć będzie można mnie śledzić tu:

http://transjutrail.livetrail.net/coureur.php (w okienko po lewej na górze należy wpisać mój szczęśliwy numer 1135)
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Niedziela 02/06/2013

Ku ośnieżonym szczytom - Semi-marathon de 6. Transju-trail, 23km 1100m up (o, właśnie zaktualizowali 24.32km 1054m up - to dlatego ostatnie 5km było takie długie :hahaha: )
04:11:35, 110/147 wśród pań (56/69 seniorki), buty NB WT110


Dzwoni budzik, wcale nie czuję się tak wyspana, jak powinnam po 8 godzinach, ale nie ma leżenia, ruszam jeść śniadanie. Na szczęście rzeczy naszykowane były dzień wcześniej, tzn. miałam w torbie z pół biegowej szafy, żeby w ostatnim momencie wybrać dobry zestaw. Koniec końców zapomniałam tylko zapakować spodni na przebranie po biegu - nie tragicznie.

Nie padało, ba - nawet słońce było widać. A na szczytach Jury śnieg. Planowany majowy start przebiegałby przez najwyższy szczyt szwajcarskiej Jury, Mont Tendre (1679m n.p.m.), dziś musiałam się zadowolić "zaledwie" La Dole (1677.2m n.p.m.). Ale na dokładkę był drugi szczyt z tego samego masywu (1628m n.p.m.). Pod lodowisko w Premanon dojechaliśmy na czas, odebrałam na spokojnie numer i ostatnie przetasowania w plecaku robiłam. Ostatecznie miałam na sobie legginsy 3/4, opaski kompresyjne, t-shirt z krótkim rękawkiem, na to bluzę salomona, a w plecaku wiatrówkę. Miałam nadzieję, że organizatorzy przepuszczą ją jako kurtkę przeciwdeszczową (znacznie lżejsza). W plecaku dodatkowo 1.2 l wody w camelu, 2 żele, 2 batony, folia NRC, rękawiczki, kubeczek, plastry i trochę gotówki obu krajów. Dobrze, że się w ostatniej chwili zorientowałam, że trasa częściowo po francuskiej, częściowo po szwajcarskiej stronie.

Oddaję worek do depozytu, symboliczna rozgrzewka, potem wejście do strefy. Kontrola sprzętu ograniczyła się do pytania, czy mam wodę i batony. Start pań był 10 minut przed panami, przygrywała nam miejscowa orkiestra dęta, potańczyłyśmy trochę w ramach dogrzania. Kilka ogłoszeń co do trasy a właściwie jej trudnych momentów:

- pierwszy już na początku, nie podbiega się dużo, ale jest błoto, BŁOTO w zasadzie
-po drugie - czy ktoś Wam już mówił ile śniegu zalega na La Dole?
-ale za to ładna widoczność na Jezioro Genewskie i Mt Blanc, nie tak jak w zeszłym roku
-a w drodze powrotnej za Tuffes uwaga na głowy - tunel wysokość 1.50m

W międzyczasie obok nas śmignęła czołówka najdłuższego biegu. Wspólne odliczanie i lecimy przy wspaniałym aplauzie kibiców i panów oczekujących na swój start. Truchtam naprawdę wolno, w ostatniej grupce. Po kilkuset metrach pierwszy korek - błotnista ścieżka w lesie. I błotniście było już do końca, niemniej tego konkretnego lasu to tak z 5km. Fajnie się biegło między nami babeczkami. Często mijali nas panowie z dłuższych dystansów, gdzie mogłyśmy, to ich przepuszczałyśmy na ścieżkach przez bagno, ale niektórzy walili najkrótszą drogą niczym się nie przejmując - zapadali się w kałużach do pół łydki jak nie lepiej. W tym lesie zdjęłam bluzę i rozłożyłam kije. Sumarycznie było najpierw raczej w górę, potem w dół. Przecięliśmy szosę i zaczęło się podejście pod Tuffes - czyli nartostradami pod górę. Ostatni stromy kawałek sie dłużył, ale mówiłam sobie - tylko nie trać rytmu, nie zatrzymuj się, tempo mniej ważne. Ze szczytu wspaniały zbieg - tym razem po nartostradzie pełnej śniegu. I przyjemność psuła tylko świadomość, że właśnie tracimy cenne wyszarpane metry wysokości. A przed nami imponująca La Dole - o rany, my tam naprawdę mamy się wdrapać?! Koniec zbiegu w Les Dapples i tam punkt odżywczy. Wbiegłam na niego po 1h21:41. Skan numerów był dopiero na wybiegu z punktów, zatem mój międzyczas oficjalny obejmuje też pochłonięcie kilku pomarańczy i kubeczka wody.

Za punktem dosłownie chwila biegu dla kibiców i zaczyna się strome wdrapywanie się. Szybko zaczynam lekko zostawiać panią, z którą biegłam prawie od początku. Pomimo tego, że po króciutkim kawałku mówię sobie - nie mam już więcej siły. Potem przełączam się jednak na: tylko nie trać rytmu etc. Jest na zmianę błoto błoto i śnieg. Wypłaszczenia króciuteńkie, nie biegnę na nich tylko łapię oddech. Na początek las zasłania widok na szczyt (ile jeszcze tego pod górę?!), po zakręcie widzimy jak na dłoni ludzki sznureczek pełznący pod dziwną kulę na szczycie Dole. Mówię sobie, że od tego punktu nad śniegiem to już będzie bardziej płasko. Ale dojście pod ten śnieg to masakra, nie tylko buty się ślizgają na glinie rozmiękłej na głębokie centrymetry, ale miejscami stok spływa wraz z nami w dół. Przeprawa przez pas śniegu z każdym krokiem mocno wbijając kopem stopę w śnieg. Ostatnie kroki pod dużych kamieniach i wreszcie jesteśmy. Widok zapiera dech, 2/3 jeziora zalanego słońcem, niestety na kierunku Mt Blanc naciągnęła sporo bura chmura. Cóż, trzeba było biec szybciej - komentujemy sobie z innymi paniami. Spisują mój numer startowy, nie ma punktu żywieniowego (i nie miało być, ale mi się pomieszało). Migiem zakładam wiatrówkę po wieje moocno.
Zbiegamy - nie jest wygodnie, ciągle po jakiś wykrotach. Za kawałek stromizna - kompletnie pokryta śniegiem. I przeorana 3-4 rynnami. Stawiam dwa ostrożne kroki bokiem, po czym odpuszczam, siadam w rynnę i zjeżdżam. Na dole zjazdu fotograf cyka fotki. W sumie jakiś kibic tuż przed szczytem mówił, że czekają nas saneczki - już wiem, co miał na myśli. Ale ten krótki zjazd to dopiero była rozgrzewka przed naprawdę długim za kawałek. Tam jechałam z 2 panami, stromo było, trzeba było nieźle hamować, żeby się na swoje kije nawzajem nie ponabijać. I tyłek nieco przemroziło. Potem jeszcze trochę zbiegu po błocie i widać podejście na ten drugi szczyt z masywu - jeszcze bardziej strome niż sama La Dole. Na szczęście przy akompaniamencie naprawdę żywiołowego dopingu z góry. Prę dzielnie do przodu, kogoś tam przepuszczam, ale następnych dwóch panów woli pozostać za moimi plecami, bo ponoć tempo mam dobre, poza tym to taka miła odmiana (na długich trasacj było ok.10% pań). Tuż przed szczytem jednak mnie wyprzedzą. Na szczycie kilka głębokich oddechów, po zbieg śliski i trudny, trzeba z wytężoną uwagą i nogą go wziąć. Nie do końca ufam swoim butom, ale pomagają kijki i ładne parę osób na tym zdecydowanie technicznym zbiegu wzięłam. Nie ukrywam - satysfakcja.

Jesteśmy ponownie w Les Dapples, na zegarku mam 2h50 (na La Dole zapomniałam zalapować). Tym razem nie ma skanowania, jedzenie też już mocno przetrzebione. Biorę pomarańcze i kilka suszonych moreli na drogę. Wodę używam własną z camela. Teraz zbieg przyjemniejszy, bardziej przez pastwiska niż przez skały, nieco relaksu. Kolejny punkt to stadion biatlonowy, sporo po asfalcie biegniemy, więc składam kijki. Co prawda zaraz po tym było strome zejście po błocie, ale króciutki i potem bez kijków było naprawdę wygodniej. Nogi już czuć solidnie, truchtam wolno, ale ku mecie - to się liczy. Zegarek mówi, że może nawet się 4h uda złamać. Jedyne co mnie niepokoi, to widoczna na karteczce z wydrukiem profilu górka tak na 3km przed końcem. Ale bardziej staram się myśleć, że już ogólnie dość niedaleko. Piję teraz zdecydowanie częściej, może powinnam jeszcze jeden żel zarzucić - ale w końcu tego nie robię. Wreszcie zapowiadamy tunel - to taki przepust strumyka pod szosą, Najpierw przejście przez strumyk a w samym tunelu są położone palety drewniane - z tym, że w co drugiej brakuje większośći szczebli lub są nadłamane. Sufit nisko, opieram się o niego rękami i jakoś bez poślizgu się udaje. Znów trochę dróżek wśród pól, trochę alsfaltu. Kibicująca pani mówi mi: "Brawo! I do tego pani się tak pięknie uśmiecha!" No fakt, biegłam z bananem na twarzy. Z asfaltu skręt w las, trochę po błocie w dół, wreszcie widać górkę. I ludzi podchodzących niemal na czworakach. O kurcze. Rzeczywiście bagienko nieprzeciętnie wyślizgane. Może by się kijki przydały, ale przecież to się zaraz skończy, górka na profilu mała, szkoda zachodu z odczepianiem i rozkładaniem. Taaa...Górka ciągnęła się i ciągnęła, tempo ślimacze, sporo ludzi wokół miało kryzys. Po pewnym czasie dzwonie do męża, czy już czeka na mecie - nie, jest w domu, bo wg danych na stronie nie ma mnie jeszcze na La Dole. Aha, to niech wyjeżdza. Nie wiem jak dociągnęłam do końca tej górki (na pewno przeklinałam pod nosem organizatorów). Po chwili odpoczynku na płaskim nawet coś podbieguję. Pytamy kibicującego chłopaczka, ile jeszcze. Ze 2km (myślałam, że mniej!), mały podbieg, ale niegroźny, potem schody - trudne, ciężkie, a potem już płąsko. Podbieg faktycznie mały (i suchy!), za to schody do fortu (w tunelu dodatkowo były)...Na szczycie nogi jak z drewna, ale są jakieś zabudowania, to pewnie nasze miasteczko finiszowe. Człap, człap do przodu więc. Okazuje się, że to jeszcze nie miasteczko tylko fort, ale nie straciłam ducha i szurałam dalej. Przelot po wałach i wyraźnie widać i słychać metę. Zbieg i kilka zakrętów na trawie, aplauz kibiców, speaker łamie zęby na moim imieniu, ale dodaje, że wbiegam z pięknym uśmiechem. 4h11:45 na zegarku. Uffff.

Coś tam jem i piję, odbieram depozyt, idę ku prysznicom. Oddzielnie damskie i męskie w kontenerach tylko przebieralni w zasadzie brak. Przebieramy się lekko tylko ukryte za załomem muru. Olać podglądaczy, ale dosyć zimno było. Potem ruszyłam po przydziałowy posiłek, wydawane sprawnie, ale w większości mięsne. Może i dobrze, po mój żołądek nie był gotów wiele przyjąć. Przy jeździe do domu przez serpentyny od St Cergue do autostrady protestował dość wyraźnie. W domu usunęłam z opasek i butów niezłą ilość błota (a i tak się w śniegu i strumyku oczyściły). Błoto na butach musiało być tylko z ostatniej górki w zasadzie.

Nie dobiegłam ostatnia (choć na tej trasie by mnie to absolutnie nie obchodziło, byłam ostatnia przez kawałek w pierwszym lesie, ale trail to co innego niż ulica), wspinałam się w rankingu podczas biegu, nie przewróciłam się, dobrze się bawiłam, zrealizowałam jeden z celów na 2013 rok - ponad 1000m up. Wolę nie myśleć, jak jutro będą mnie bolały nogi!
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Obrazek

Niestety przy górce saneczkowej musiał stać jakiś inny fotograf niż oficjalny i tamtych zdjęć jeszcze nie namierzyłam.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Tak jeszcze znalazłam. Numer startowy:

Obrazek

Buty po (to tylko błoto z ostatniej górki, reszta wyczyszczona w śniegu i w strumyku:

Obrazek

Obrazek
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Tak dla formalności:

Podsumowanie tygodnia - 27.05 - 02.06.2013

Ilość treningów: 1
Porządna wyrypa w górach: 1 :hej:
Pozostała aktywność: wspinaczka x 2

A w tym tygodniu zdecydowałam się na oficjalne lenistwo biegowe. :hejhej:
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Wtorek 04/06/2013

Wspinaczka, 2.5h, Dorenaz

Akurat jak człowiek miał się roztrenowywać, to same ładne, słoneczne dni. Więc chcąc nie chcąc dałam się zabrać na wspinaczkę. Nowe miejsce, Dorenaz w dolinie Rodanu, gnejs. Pogoda ładna tylko naprawdę zimny wiatr, bardzo się cieszyłam, że zabrałam softshell. Zrobiliśmy tylko dwie drogi ale za to długaśne, ile tylko na naszej 70 metrowej linie się da.

Czwartek 06/06/2013

Wspinaczka, 3h, St Triphon

Pojechaliśmy w końcu do St Triphon, choć obawialiśmy się tłumów, a tu przyjemna pustka, jeno ptaszki śpiewały. Jednak studenci zakuwają do egzaminów. :sss: Tym razem drogi króciutkie, bardzo proste, ale wszystkie co do jednej ja otwierałam. Trening dla głowy zatem.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Jakoś ostatnio nie wyrabiam z ogarnianiem forum, a ten tydzień nie zapowiada się lepiej. W ramach zaległości:

Sobota 08/06/2013
Niedziela 09/06/2013


Weekend wspinaczkowy, Traversella

Wyjazd z Lozanny sobotkim rankiem, mieliśmy w planach przejazd przez przełęcz Grand Saint Bernand, ale jeszcze zamknięta- taki rok. Do Doliny Aosty przedostaliśmy się więc tunelem. Po zjechaniu z autostrady zaczęliśmy podjeżdżać coraz bardziej w górę przez miasteczka z coraz to węższymi uliczkami, bardzo klimatyczne. Prawie u celu postój na bankomat i pyszną kawkę w bardzo lokalnym i swojskim barze. Zaparkowaliśmy w Traverselli i czekało nas półgodzinne drałowanie do chatki - zdrowa rozgrzewka pod górę po kamolach. W chatce szybko coś na ząb i dawaj w skały. A skały tamtejsze dziwnie się okazały, toczyły się dyskusje, czy to łupki czy ortognejsy, zaskakujące na początek w każdym razie i onieśmielające. Powchodziliśmy nie za dużo i niestety koleżanka zaliczyła lot z nieszczęśliwym lądowaniem na półce - ucierpiała lewa noga. Szybkie zbieranie sprzętu i kuśtykanie/ niesienie do chatki tą wąską ścieżyną. Poleciałam z inną koleżanką przodem i ściągnęłyśmy ekipę z noszami. W chatce chwila narady i zapada decyzja: kierunek szpital. Szczęśliwie można się przebić do drogi gdzieś indziej niż w Traverselli i ktoś ma tam samochód. Karawana znów wyrusza, ja jako muł niosący bagaże. W drodze powrotnej załapałam się na niesienie pustych noszy - wystarczająco trudno się nimi manewrowało bez ciężaru. Po powrocie wyruszyliśmy się jednak trochę powspinać, w sektorze dla dzieci, bardzo bezpiecznym - coś akurat na uspokojenie nerwów. Ekipa w szpitalu została do późnego wieczora i absolutnie nic z tego nie wynikło.

W niedzielę nie wstaliśmy za wcześnie, ale wciąż nie padało, więc jednak ruszyliśmy w skały. Weszliśmy jeszcze mniej niż w sobotę na początek i rozpętała się nagle taka burza, że byliśmy kompetnie przemoczeni, zanim wszyscy wrócili na ziemię. Wykorzystaliśmy lekkie przejaśnienie, żeby zacząć zbiegać do Traverselli, ale w samej wiosce jeszcze nam zdążyło bardzo solidnie dolać. Postój w Aoście na posilenie się, a poza tym wracaliśmy do domu - po szwajcarskiej stronie gór też lało. Trzeba będzie wrócić w tamte rejony w lepszej pogodzie.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Podsumowanie tygodnia regeneracyjnego- 03.05 - 09.06.2013

Pozostała aktywność: wspinaczka x 4 - wszystko w terenie

Od jutra wracam do biegania. Tylko na jak długo, bo w czwartek konferencja, a piątek - niedziela w Chamonix na kursach alpinistycznych.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Z tym od jutra, to wyszło jak zwykle, tzn. zasiedziałam się w pracy i nieco bezmyślnie wciągnęłam kolację - o przyzwoitej porze wciąż się do biegania nie nadawałam.

Środa 12/06/2013

45'E, buty Evo

Wieczorne człapanie z mężem na dwie pary Evo, bardzo pozytywnie, świeżo po przerwie się czułam. Sezon letni już w rozkwicie, życie nad jeziorem się toczy do późnego wieczora, więc trening zakończyliśmy nieprzyzwoicie dużą porcją lodów. :hej:

Czwartek 13/06/2013

37'E, buty Light Silence

To był niesamowicie naładowany dzień, ale skoro sie z nerwów obudziłam wcześnie z przekonaniem, że zaspałam i skoro i tak do samochodu trzeba było skoczyć, to czemu się nie przebiec przy okazji. Biegło się dobrze choć już gorąco było, czas komfortowego biegania się skończył, chyba trzeba na wczesne poranki znów postawić.

Po bieganiu pakowanie sprzętu wspinaczkowo-alpinistycznego, po czym małżonek pojechał wprost do Chamonix, a ja najpierw jeszcze w drugą stronę, wygłosić prezentację na konferencji. Potem bez przebierania się nawet miałam dotrzeć pociągiem na przejście graniczne w dolinie Chamonix. Na początek zjazd z Alp Szwajcarskich na dno doliny Rodanu staromodnym kolejką, która bardziej skrzypiała niż poruszała się do przodu. W Bex miała być przesiadka na pociąg normalnych linii, niestety zamiast była burza i pociągu ni widu ni słychu. Przyjechał w końcu spóźniony kwadrans, nie było jak się dowiedzieć, czy w Martigny pociąg będzie czekał. Nie tracąc jednak nadziei rzuciłam się w Martigny biegiem na poszukiwanie peronu 40 - pod wiatr zatrzymujący w miejscu. Pociąg znalazłam, rozlało się na dobre, wjechaliśmy w chmury. Tylko nazwy stacji były znajowe z trasy biegu w październiku. Dojechaliśmy do Finhaut i podchodzi do mnie maszynista- jeśli pani do Chatelard to trzeba się przesiąść na autobus. Faktycznie przy stacyjne stał busik, kierowca przyjechał z nami z Martigny i tak taksówka zawiozła całe nas dwoje pasażerów do granicznego Chatelard. Tam czekał pan małżonek.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

14-16.06.2013 Alpine Arc'ademy, Chamonix Mont Blanc

Piątek

Dzień lodowcowy. Wzucie "ołowianych" bucików (żelazka to nic :oczko: ) i szybciutko pod stację kolejki wjeżdżającej na Aiguilles du Midi. My jednak przeszliśmy potem do pociągu Montenvers i pojechaliśmy w kierunku Mer de Glace. Ze stacji końcowej lodowiec nie prezentuje się najpiękniej, widać głownie moreny:

Obrazek

Żeby zejść na lodowiec trzeba pokonać drabiny, które czasu świetności zdecydowanie mają już za sobą (na zdjęciu to już tylko ostatnia sekcja drabin)

Obrazek

Walka z rakami, związanie zespołu liną

Obrazek

trochę kluczenia między kamieniami

Obrazek

i wreszcie zaczyna miejscami przeświecać cudny lodowcowy błękit:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W "kanionie" rozmaite ćwiczenia - schodzenie, podchodzenie i nawet nieco lodowej wspinaczki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ogółem fajnie było, choć w drodze powrotnej na podejściu i drabinkach zdychałam okrutnie.

Obrazek

Przed zapakowanie się do pociągu jeszcze rzut oka na ekspozycję kryształów. W drodze powrotnej gawędzimy z naszym przewodnikiem, 70 lat miał bagatelka, chciałoby się mieć połowę jego konducji w tym wieku. :taktak:

Wieczorem wróciliśmy pod stację kolejki do Vertical Cafe na sesję wykładów w tematyce okołogórskiej, przy okazji całkiem przyjemny zimny bufer serwowali. :ble:
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Sobota

Dzień wspinaczkowy. Zostaliśmy w dolinie, bo na górze jeszcze zbyt zimowo, żeby komfortowo skupić się na nauce nowych technik. A nad jeziorkiem Gaillard to grzało aż za bardzo. Jako jedyni frankofoni pierwsi dostaliśmy przydział przewodnika i szybko ruszyliśmy do właściwej akcji. Na początek wspinaliśmy się oboje na wędkę za intrukturem jako liderem i uczyliśmy się zachowania na stanowisku asekuracyjnym. Dotarliśmy na szczyt 80-100 metrowej skały (szczególnie druga długość wzdłuż krawędzi była dość ciekawa) i pryszła kolej na naukę zjazdów. Potem przenieśliśmy się na sąsiednią skałkę z nadziei na cień, ale po wycięciu dużego drzewa jakiś czas temu i tak jest teraz patelnia. W tym nowym miejscu my przejęliśmy rolę liderów i nieskromnie przyznam, że poprowadzona przeze mnie trzywyciągowa droga była najtrudniejszą tego dnia. Choć ogólnie wchodziliśmy rzeczy bardzo łatwe to tam był kawałek zdecydowanie mocniej podnoszący adrenalinę. Poślizgnęłam się na nim, ale ładnie powtrzymałam atak paniki, dumna byłam jak nie wiem. :hej: Po przerwie obiadowej (o jak dobrze być w cieniu!) znów liderowaliśmy i tym razem instruktor obserwował nas tylko z dołu przez lornetkę, na ścianie musieliśmy sobie radzić sami. Błędów robiliśmy coraz mniej, żadnych zagrażających bezpieczeństwo, ale liny przed ostatnim zjazdem poplątaliśmy fest. A stopy już dawno krzyczały, żeby wreszcie je z butów wyswobodzić. Na koniec zostaliśmy pochwaleni jako pojętni uczniowie i odwiezienie na camping. Instruktora mieliśmy naprawdę wyśmienitego, na co dzień trenuje od wyczynowców w Chamonix.

Po szybkim odświeżeniu ruszyliśmy do centrów, z okazji nauczenia się nowych technik trzeba było znów dokupić sprzętu. Odebraliśmy też śliczny prezent od Arc'teryxa - techniczne bluzki z kapturem z ładnym okolicznościowym nadrukiem. :hej: Potem piwko na głównym placu i przenosiny na imprezę grillową. Tam spotkaliśmy kilkoro znajomych z Lozanny też się szkoląych i jeszcze więcej Polaków niż w piątek na lodowcu. Po grillu była noc filmowa - jeden filmik ze wspinaczki, jeden alpinistyczny i jeden o gościu wchodzącym na szczyty z rowerem plecach i potem zjeżdżającym na dół. :orany:

Zdjęć nie ma, byliśmy zbyt zaangażowani we wspinaczkę i od południa nieźle ogotowani.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Niedziela

Dzień alpinistyczny. Wyjechaliśmy kolejką na Aiguille du Midi, znów szamotanie się z rakami w korytarzu, gdzie wiało jak cholera, doubrałam się we wszystkie ciuchy z plecaka. Olinowanie zespołu i przekraczamy bramkę oklejoną wszelkimi możliwymi ostrzeżeniami dzielącą świat turystów od świata alpinistów. :oczko:

Obrazek

Pierwsza rzecz - trzeba zejść na przełęcz Col du Plan stromą granią. Wydaje się niesamowicie wąziutka, ale ponoć właśnie była szeroka jak autostrada, bo wiosna bardzo śnieżna. :ojoj: Tu szerokość grani zimą chyba:

Obrazek

A tak wyglądają szczęśliwcy już na dole:

Obrazek

Widoki naokoło zapierały dech w piersiach, ale trzeba było raczej pod nogi patrzeć i starać się jak najlepiej wykorzystać nabyte w piątek umiejętności operowania rakami.

Obrazek

Lider nieco szarpał, w ramach treningu mieliśmy łapać się poręczówki tylko w razie absolutnej konieczności. Uda nieco paliły od schodzenia w przykucu, by raki maksymalnie zagłębić w śnieg, ale wreszcie dotarliśmy na przełęcz. Tu chwila na oddech, przedstawienie szczytów dookoła (francuskich, szwajcarskich, włoskich). Potem ruszamy w dół, ku wypłaszczeniu i przełęczy Col du Midi.

Obrazek

Nieplanowany postój, bo gubię raki i przy okazji strzelamy sobie słit focie z Mont Blanc w tle:

Obrazek

Okrążamy sporym łukiem słynne schronisko Cosmique i będziemy atakować prowadzącą do niego Grań Laurence (Laurence to szefowa schroniska). Nastroje bojowe:

Obrazek

Na grani było ciekawie, wspinanie się w rakach po skałach było mało intuicyjne, ale działało dobrze. Do schroniska dostaliśmy się przez balkon - jego barierka to była ostatnia przeszkoda tej drogi. Lans na tarasie:

Obrazek

i widoki z niego:

Obrazek

(Mont Blanc du Tacul)

Obrazek

Mont Blanc (zaraz na lewym brzegu, jakby o rzut kamieniem, a oddalony o 8km na płasko i 1km do góry, jakieś 6h drogi)

Obrazek

(nasze ślady)

Obrazek

Obrazek

(Dolina Chamonix -pamiętacie moje zdjęcie na stadionie w Chamonix? Ten stadion to ta błękitna plamka w centrum zdjęcia powyżej)

Po posiłku wyszliśmy już normalnie głównymi drzwiami.
Czekała nas mozolna wspinaczka z powrotem na ku Aiguille du Midi - te kilkaset metrów w górę na takiej wysokości to będzie niezła przeprawa, myślałam sobie, szczególnie pamiętając niemoc na wyjściu z Mer de Glace. Dzięki naszemu przewodnikowi szliśmy jednak bardzo regularnie i w sumie przełknęliśmy to nienajgorzej.

Podsumowując - kolejny super dzień (gdy tylko pani w czerwonym za mną zamykała buzię - straszna gaduła :orany: ):

Obrazek

Obrazek

Na deser wjechaliśmy jeszcze na najwyższy taras widokowy Aiguille du Midi i jeszcze kilka fotek zrobiliśmy.

Znów MB jakby o rzut kamieniem:

Obrazek

W drodze powrotnej szok termiczny - zmiana o ponad 30 stopni w 20 minut.

Ech, cudnie było, zupełnie nie chciało się wracać.
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Podsumowanie tygodnia ekspedycyjnego :hahaha: - 10.06 - 16.06.2013

Ilość treningów biegowych: 2
Pozostała aktywność: 1 dzień na lodowcu, 1 dzień wspinaczki, 1 dzień alpinizmu


Tak na wszelki wypadek zabrałam zestaw biegowy i do Chamonix, ale byłam tak zmęczona po innych aktywnościach, że nawet w jego stronę nie spojrzałam. :trup: [/quote]
Awatar użytkownika
strasb
Zaprawiony W Bojach
Zaprawiony W Bojach
Posty: 4779
Rejestracja: 01 sie 2010, 11:25
Życiówka na 10k: brak
Życiówka w maratonie: brak
Lokalizacja: Lozanna

Nieprzeczytany post

Środa 19/06/2013

54'E, buty Light Silence

Postanowiłam i wytrwale przestawiam się na bieganie poranne jak w zaraniach mej kariery. Dziś wygrzebałam się dopiero o 7ej, odziana w najlżejsze szorty i shocka, w takim zestawie jeszcze dało się przetrwać. W połowie chwila przerwy na rozciąganie, bo coś w lewej nodze sztywniało/pobolewało. Pomogło, ale potem spłynęłam.

W zasadzie dałam się koledze namówić na start w legendarnym Sierre-Zinal choć wcześniej myślałam, że dla mnie jeszcze za wcześnie. No to w ramach treningu zaproponował mi start ponad 1000m up w ten weekend. To chyba nie najlepszy pomysł. :hahaha:
ODPOWIEDZ