
No to lecimy. Krystian, dzięki za motywację na łamanie 21 minut. Mocno weszło mi to w głowę, i i m dłużej myślałem, tym bardziej czułem, że to jest do zrobienia. Nawet zaczęły mnie nachodzić myśli o 20:50, jakbym nie przewiózł początku i dał radę odpalić nitro na ostatnim kaemie.
Ostatnio opisałem poniedziałek. Trening mocny, ale i głowa i nogi pociągnęły, więc byłem dobrej myśli. Nawet na Garminie pułap tlenowy 53 się pojawił, nie żeby mnie to obchodziło, ale zawsze łechcze, bo wyżej nie było.
W środę wieczorem ostatni miniakcent, bo co to za trening 2 km BS + 3x 1,2 km progowo? Ok, weszło szybciej, 4:44, 4:40, 4:35, ale zapas czułem i to duży. Kupiłem też koło pomiarowe - mina żony bezcenna


Tu pojawiają się schody, bo zacząłem czuć pachwinę, jakieś lekkie naciągnięcie czy coś, kilka dni się plątało. A w sobotę sprawdzian. No nic, masażyk i trzymamy kciuki. W czwartek miałem zrobić 5-6 km i przebieżki, ale mi się zeszło, to przełożyłem na piątek. Wyskoczyłem w trakcie dnia, nie mierzyłem całości, tylko zrobiłem dwa kółka (każde ma 2220m). Miejscówka płaska praktycznie jak stół, oznaczenia co 100m (oprócz trzech może), lapowałem co 100m, żeby sprawdzić czy dobrze łapie - było git. Ale. W piątek pogoda po zbóju, wiało, mżyło, asfalt mokry, buty przemoczyło mi całkiem, wypiździło mnie, to miodzio kurfa. Nie dość, że pachwina, to jeszcze się przeziębię. Noga rwała do przodu, to ciężko mi było utrzymać tempo wolniej niż 5:30, więc puściłem jak szło. Ostatnie 500m ruszyłem w docelowym (4:12), musząc się hamować, źle nie było.
Do domu, i całą resztę dnia tylko modliłem się, żeby jakaś gówniana infekcja się nie przyplątała. Na obiad risotto, na kolację home-made pizza i dwa driny, więc węgli w bród.
Miałem biegać około 10. Rano dzieciaki pozwoliły pospać (do 7:50), na szczęście pobudka bez znamion infekcji, pitu pitu, jajecznica na śniadanie (lekko strawnie jak cholera), więc of korz, że obsuwa, tel do kumpla, ustawka na 12. Mała kawa przed wyjściem, tojlet i wio.
10 stopni, nie padało, bez wiatru praktycznie, jedziemy. Na krótko, plus minibuf na szyję i rękawki z Deca (nie chciałem, żeby mi piździło). Poszlliśmy oznaczyć metę, jeszcze byśmy się o 100m jebnęli, bo pierwszą kreskę narysowaliśmy za daleko, na szczęście zrobiliśmy korektę, kredą wpizdu wielkie oznaczenie i rozgrzewka. Ludzi niedużo, może ze 20 sztuk dookoła, niektórzy z psami (to dość istotne :uśmiech: )
Na rozgrzewkę 1,5 koła w tempie 5:50, tętno 140, więc bez wyskoków, trochę przegadane, na jednej s dwóch prostych wiatr w ryło (na 2 i 5 a jakże). Ustaliliśmy, że biegniemy zgodnie z ruchem wskazówek zegara (a przeciwnie do oznaczeń), pierwszy km w planie 4:15 (czyli 25,5 s/100m), kolejne 4:12 (no ok, myślałem o 4:10 - 25s/100, prosto).
, i lecimy. Obok siebie, Łatwo liczyć, w głowie gdzieś kołacze się "a może 4:10?", ale początek ma być 4:15 i już. Pierwsze 120 metrów miało wejść w 31, poszło 28, ściągamy lejce i lecimy, po 200 metrach jakieś dwie babki z bullterrierami z przeciwka, 2x mijaliśmy je, to za trzecim jeden z nich postanowił się ze mną zaprzyjaźnić, więc sprawdzian na życiówkę zacząłem od jordanowskiego przeskoku nad bullterrierem

Drugi bez historii, 4:11, w punkt. Kumpel obok, czasem jak ludzie z przeciwka - trochę za mną, ale motywacja jest, tyle ile trzeba, słyszę tylko jego ręczne lapowanie. Wiatr w paszczę na tym etapie jeszcze nie zabójczy, jest ok. Lecę swoje. Widzenie tunelowe niemalże. Lapuję na pierwszym okrążeniu, 54s., cholera wie, czy dobrze (fajnie to odciąża głowę, liczenie już mi przestawało iść), lecimy dalej. W połowie trzeciego przypomina mi się komentarz Przemka, ze jak nie ścina na trzecim, to znaczy, że się oszczędzam

Jak minęliśmy oznaczenie mety (zostało 1 okrążenie) i kumpel rzucił "to już ostatni raz jak widzisz ten odcinek przed metą", dodało mi to skrzydeł i pewności. Czułem, że jest mocno, ale czułem, ze nie ZA mocno. Lecimy. Patrząc później na Garmin Connect zobaczyłem swoją kadencję - 175+! Tyle to na 400kach miałem, uważam, że to jeden ze składników wyniku jaki wykręciłem.
Czwarty jak to czwarty na piątce, bolał chyba najbardziej, ale trzymamy tempo, ja prowadzę, gdzieś w międzyczasie przestałem patrzeć na zegarek, zdaję się na kumpla, bo wiem, że cisnę mocno, a tu mi dodawanie pokazuje 28//29 sekund na setkach, więc stwierdziłem, że nie ma !@#$% we wsi i lepiej odpuścić kminienie i trzymać tempo. To trzymamy. Dostaję co jakiś czas info z boku, jest dobrze, trzymamy. Oddychaj. 1300. Ja na to: "Ej, 1800". Kumpel tłumaczy, że nie, bo tam przecież 2220, itp. Słyszę, ale kumam z 1/3, zdaję się na niego (tu mnie okłamał, bo było 1400

Zbliżamy się do końca drugiego okrążenia, kumpel do mnie "musimy trochę przyspieszyć", "nie da rady" odpowiadam, ale cisnę. Tunelowe widzenie 110%. Napieram. Mijam koniec drugiej pętli, 460, 440, szarpię, 100 metrów wcześniej modliłem się, żeby nie zacząć zwalniać czując metę. Słyszę za plecami 340, 240, szukam wzrokiem tego jebanego znacznika, Strava pokaże tutaj 3:20, zapierdalam jakbym miał życiówkę do zrobienia,

postanowiłem usiąść) i mówi, że trochę mnie oszukał, bo skoro widział, że mnie nie zgina, nie puchnę, a na drugim kole zacząłem jeszcze przyspieszać, to pilnował żebym się nie zajechał i odciągał mi głowę.
To był mój maks maksów - zagrało wszystko. Jak sobie pomyślałem, że 10 dni wcześniej byłem nastawiony na 21:29, 3 dni wcześniej na 20:59, a tu wskakuje 20:34,5 to szok i niedowierzanie. Sam bym zrobił pewnie 20:50, tak jak planowałem, ale tu mi się udało zgrać pójście w trupa od początku z kenijskim finiszem. Co ciekawe - puls na mecie 184, gdzie 190+ na dużo mniej ostrych biegach mierzyłem.
Forma jest, teraz tydzień luzu, dwa tygodnie wytrzymałości i chyba pokuszę się o 43:2X

Jak ktoś dotrwał - dzięki
