11.03.2018 - 14. Maniacka Dziesiątka, Poznań, 10 km - 44:03
Jest nowa życiówka, udało się pobiec nawet lepiej, niż zakładałem, więc jestem bardzo zadowolony.
Wynik tym bardziej symboliczny dla mnie, że dokładnie rok temu wracałem do biegania, ważyłem o 20 kg więcej i po 3 km przetruchtanych w 20 minut wypluwałem płuca i serce jednocześnie.

Życie pisze ciekawe scenariusze i nigdy bym się nie spodziewał, że dziś będę w relatywnie tak dobrej formie.
Poniżej międzyczasy.
1. 4:21
2. 4:24
3. 4:31
4. 4:27
5. 4:23
6. 4:30
7. 4:29
8. 4:22
9. 4:22
10. 4:11
Finiszowałem ostatnie "brakujące" 50m w tempie ok. 3:40.
Relacja z weekendu.
W sobotę rano zrobiłem jeszcze w Warszawie tradycyjne roztruchtanie, 5 km na czczo, średnie tempo 5:18 min/km. Noga dobrze podawała, nic nie bolało, zrobiłem jeszcze dwie mocne przebieżki po 20 sekund. Przed 15:00 dojechałem pociągiem do Poznania. Ostatnim razem (nie licząc przejazdów) byłem tam w 2009 na koncercie Radiohead, więc sporo się zmieniło. Nie mogłem nie skorzystać z takiej okazji i zamiast leżeć plackiem i odpoczywać, zrobiłem solidny spacer, dobre 10 km. No i zjadłem sporą pizzę, ładowanie węgli jest wszak wysoce wskazane. Ładny ten Poznań, szczególnie podobała mi się Cytadela, i przede wszystkim Malta, gdzie odebrałem pakiet. Szczerze powiem, że solidnie wymarzły mi uszy, w sobotę wcale nie było tak ciepło i bałem się, że przez głupie spacerowanie bez czapki złapie mnie jakieś choróbsko.
Niestety nie dane mi się było porządnie wyspać, bo w hostelu w sąsiednim pokoju jakieś szalone studentki postanowiły rozkręcić melanż

Dopiero po drugiej zasnąłem na dobre, a i tak o szóstej zbudziło mnie głośne trzaskanie drzwiami... O ósmej wstałem, do biegu zostały jeszcze 4 godziny. 8:30, tradycyjna bułka z dżemem plus herbatka, godzinę później wpadł jeszcze baton musli. Zawsze najbardziej boję się o mój układ trawienny w trakcie zawodów, ale taki układ posiłków sprawdził się na medal.

Nie mogłem już usiedzieć na miejscu, więc pojechałem na Maltę zostawić toboły w depozycie.
Pogoda wymarzona, około 15 stopni, słońce, lekki wiaterek, wstępnie chciałem pobiec w krótkich spodenkach i koszulce okolicznościowej z Maniackiej Dziesiątki z długim rękawem, ale stwierdziłem, że się ugotuję i wybrałem "warszawski" strój z krótkim rękawem (na szczęście żaden kibic mnie nie wygwizdał

).
Depozyty przy mecie, a start jakieś 1,5 km dalej, więc o 11:00 ruszyłem marszobiegiem w stronę stref startowych. Kilka nerwowych siczków, potem potruchtałem trochę z górki i pod górkę (łącznie może ze 2 km), jakieś wymachy, skipy, przebieżki, pajacyki, standardzik, było ciepło, więc nie trzeba było się tak dogrzewać, jak przed Chomiczówką. Niestety w strefach startowych panował bajzel, bo nie było wiadomo, która fala ma biec na jaki czas (strefy były ponazywane tajemniczo literami od A do E). Ustawiłem się grzecznie w mojej strefie D.
O 12:00 ruszyliśmy. Początek przy akompaniamencie AC/DC "Highway to Hell" i doping kibiców naprawdę dodał mi animuszu!
Pierwszy km wyśmienicie, może dlatego, że częściowo z górki i z wiatrem. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem 4:21, na treningu już bym zdychał, a tutaj zero zmęczenia. Dużo szybciej, niż zakładane 4:30, ale postanowiłem lecieć dalej zgodnie z samopoczuciem. Czasy podaję z autolapa, bo nie widziałem żadnych chorągiewek, chyba były dopiero od 8 km (a może jestem ślepy

). Tłok dość spory, ale do wytrzymania, kilka osób musiałem wyminąć zwinnymi przyspieszeniami.
Drugi km w kierunku ronda Śródka, znowu zespół rockowy kibicuje na poboczu. Trasa wyraźnie skręca w prawo, a wszyscy lecą przy zewnętrznej stronie, niepotrzebnie nadkładając drogi

Chyba rozwiązałem tajemnicę malkontentów, którym GPS zawsze pokazuje zbyt długą trasę. Przy nawrotce na rondzie zegarek pokazał mi 4:24.
Trzeci km, lekko zacząłem odczuwać delikatne szarpanie w dwugłowych, nie super uciążliwe, ale odczuwalne. Wydolnościowo dalej jak nowo narodzony. Zrobiło się też trochę tłoczniej przy dwóch zakrętach, musiałem też wyminąć faceta z dzieckiem w wózku. 4:31. No cóż, będę się starał trzymać dalej okolic 4:30.
Czwarty km przez most świętego Rocha. Jest lekko z górki. W drugą stronę wraca już elita z Marcinem Chabowskim na czele. Udało się poprawić tempo, 4:27.
Piąty km w 4:23. Nogi bolą już trochę mocniej, tlenowo dalej jest bardzo dobrze. Na matach pomiarowych zameldowałem się w czasie ok. 21:52, więc pobiłem swoją życiówkę na 5 km sprzed pół roku o ponad pół minuty.

Nie wiem, czy mata była dobrze rozstawiona, bo GPS pokazywał dopiero ok. 4,9km, ale ufam organizatorom.
Szósty km, tu właściwie zaczął się prawdziwy bieg i najtrudniejszy moment. Na szczęście do kryzysu było jeszcze bardzo daleko. Utrzymałem tempo 4:30 pomimo delikatnego podbiegu na most i lekkiego wiatru w twarz. Szkoda, że nie było wody w połowie trasy, to moje pierwsze zawody na dychę, w których nie było wody (ale biegałem tylko na dużych imprezach).
Siódmy km, oj, za mostem zaczął się straszny tłok i musiałem rzeźbić sobie ścieżkę i wciskać się na styk. Oddechowo zaczyna być ciężko, do bólu nóg (dwugłowych) się już przyzwyczaiłem. Masa ludzi zaczynała słabnąć. 4:29
Ósmy km, wbiegamy wreszcie na Maltę. Daniels pisał, że 2/3 dystansu należy biec głową, a resztę sercem. Właśnie w tym momencie zdecydowałem sercem (bo nie była to żadna chłodna kalkulacja), że spróbuję jeszcze docisnąć gaz do dechy. Wiedziałem, że 45 minut jest w miarę bezpiecznie, a czułem się na siłach, żeby uzyskać ciekawszy wynik. Dalej spory tłok i zaczynałem wyprzedzać ludzi na potęgę, mnie wyprzedzały tylko pojedyncze jednostki (niektórzy ścinali sobie drogę przez trawnik...

). Km zamknąłem w 4:22.
Dziewiąty km, trzymam dobre tempo 4:22 pomimo wiatru w twarz, ja czułem raczej wiatr w żaglach.

Widać już metę, ale jest straaaasznie odległa, co jest trochę frustrujące. Podczepiłem się pod dwóch ziomków w niebieskich koszulkach, którzy też wyprzedzali wszystkich po kolei. Jak później sprawdziłem, między 5 do 10 km awansowałem o jakieś 200 miejsc i rzeczywiście wyprzedzałem masę osób. Oddech był już bardzo ciężki, a nogi właściwie nie bolały (albo o tym zapomniałem). Trudny rekompensuje piękny widok jeziora.
Ostatni km w 4:11, nie wiem, skąd zebrałem w sobie siły, ale chyba zmotywowała mnie perspektywa, że mam jeszcze szansę na złamanie 44 minut. Niestety się nie udało, ale i tak plan wykonałem ponad miarę. Ostatnie 200 m to był już bieg na maksa. Na końcu zdębiałem, bo ktoś z obsługi zaczął krzyczeć, że tu jeszcze nie jest meta, ale po prostu zastosowali taki trick, żeby ludzie przesuwali się do przodu i nie blokowali strefy mety. Szkoda, że nie było normalnej wody albo izotonika, tylko dali jakiś ohydny napój kokosowy
Wynik końcowy 44:03, średnie tempo 4:24 min/km, życiówka sprzed czterech miesięcy pobita o 1:47 i wynik jest dobrym prognostykiem na złamanie 1:40 w Półmaratonie Warszawskim.
