
Wtorek 27.01
10 x 400 m R/ 400 trucht. Weszły tak: 1:18, 1:19, 1:19, 1:19, 1:18, 1:20, 1:19, 1:20, 1:18, 1:19. Nieco szybciej niż tydzień temu, w gorszych warunkach (wiatr), na minimalnie większym zmęczeniu, także jestem zadowolony.
Środa 28.01
BS 10 km po 5:10/km
Czwartek niestety bez treningu, bo praca, szkoła, życie.
Piątek 30.01
45 minut TP, wyszło 11 km po 4:04/km. Mało spałem, pogoda mocno depresyjna (ciemno, szaro, deszcz, śnieg, wiatr) samopoczucie przed wyjściem z domu fatalne, rozważałem odpuszczenie akcentu i zrobienie rozbiegania, ale po kilku pierwszych krokach rozgrzewki pojawiło się to bardzo fajne uczucie: "noga podaje". Z minuty na minutę czułem się co raz lepiej i ostatecznie postanowiłem zrobić ten ciągły. Nie zakładałem konkretnego tempa, wiedziałem tylko że chcę pobiec "trochę wolniej niż po 4/km" no i to 4:04 tak jakoś samo wyszło, biegane na Malcie więc trasa łatwa, 2 kółka, połowa pod wiatr, druga z wiatrem, więc sprawiedliwie

Sobota 31.01
Ten wczorajszy akcent miał być biegany w czwartek, dziś miałem być zwarty gotowy i w miarę świeży na krosowy test na milę w formie biegu na dochodzenie (w ramach oregano project). Jak do tego dołożyć fakt, że już drugi dzień z rzędu spałem jakieś 3-4 godziny to łatwo się domyślić że jednak nie byłem w optymalnej formie. Startowałem sam jako ostatni, biegło się fatalnie, pierwsze 400 metrów jeszcze trzymałem tempo w okolicach 3:10/km, ale potem zupełnie zabrakło motywacji żeby cisnąć, pojawiło się to "średniodystansowe zmęczenie", którego daaawno nie czułem i dziś nie byłem w stanie go przełamać, zluzowałem i dobiegłem z czasem 5:48 (3:28/km, 'browarna mila' ma trochę więcej niż milę). Typowy objaw zamulenia, do okolic tempa na 5 km biega mi się wszystko fajnie, ale wystarczy chwila nieco szybszego biegu i zmęczenie momentalnie wzrasta i przekracza akceptowalny poziom, no ale to raczej normalne na tym etapie.
Po teście technika i siła biegowa na podbiegach, trudne ćwiczenia, ale coś powoli zaczynało dziś "wchodzić".
Po południu yacool pokazał mi ćwiczenia na schodach, które (nie pierwszy raz) obnażyły moje spięcie i brak luzu
