Czwartek.
Powroty...Kto nie zna ich smaku?

. I nie mam na myśli rzucania biegania "w diabły" i ponownego "próbowania", ale sytuację inną, z innego emocjonalnego bieguna - powrót po kontuzji.
Gdy już się wkręcimy, gdy łapiemy formę, a potem widzimy progres, mając dobre samopoczucie - wszystko wydaje się takie łatwe i w zasięgu ręki. A potem przychodzi "awaria", "przymusowe lądowanie" i wielka frustracja bezczynnością. Dni się dłużą, a mozolne dźwiganie się z urazu, najczęściej w bolesnej fizjoterapii, dołuje. Rośnie też oczekiwanie..na TEN dzień, na TĄ chwilę, gdy znów będzie można pobiec przed siebie...
Dla nas, biegających razem w małej grupce, nieobecność kogokolwiek jest stratą. Ostatnio kontuzje stały się zmorą - z wesołej gromady zostały raptem..dwie osoby...Tydzień temu byłem już pełen obaw, czy nie zostanę sam

... Ale ten tydzień przyniósł radosne wieści

.
Na Maćka jeszcze chwilę poczekamy, ale powrót Magdy stał się faktem. Brakowało jej pasji, jej uśmiechu i emocji, jakie wnosiła do każdego spotkania. Nawet, gdy towarzyszyła mi na rowerze, miło było być w zasięgu jej pozytywnej aury. Teraz wreszcie założyła buty i pobiegła

. I zgodnie z przypuszczeniem towarzyszyła temu...
Burza endorfin... 