28.04.2019r.
XXXVI Bieg Kosynierów
Czas oficjalny: 39:42 -new PB
Średnie tempo: 3:58 min/km
Średnie tętno: -
Wstęp
Nie wiem, nie wiem co napisać. Od czego zacząć. Chyba jestem winny Wam wyjaśnienie, sobie zresztą też. Może jak to ujmę w słowa, to w końcu do mnie dotrze. Dalej chyba do mnie to nie dociera, dalej nie mogę uwierzyć. Tytuł bloga prysnął. Ktoś mi stwierdził w komentarzach, że mam lekkie pióro. Dzisiaj jest ciężkie, bo chyba łatwiej byłoby mi opowiedzieć co się wydarzyło aniżeli to opisać słowami. Game of Thrones i najnowszy odcinek idealnie wpasowuje się w wydarzenia z poprzedniego dnia. Wielka scena batalistyczna, ogromne przygotowania, masa poświęcenia i ciężkiej pracy by pokonać jednego wroga. A przecież, to nie jedyny wróg. Tak samo jak u mnie. Pokonałem barierę 40 minut, a przecież to nie koniec mojej przygody biegowej. To tylko piękne zwieńczenie i walka na nowo. Z kolejnym, kolejnymi wrogami - czasami.
W niedzielę ruszyłem z łóżka okoły godziny 8. Na spokojnie śniadanie - jajecznica z makaronem + 2 x pancake. Obficie, ale postanowiłem sobie odpuścić obiad jakoby że start był zaplanowany na godzinę 16. Gdybym zjadł, mógłbym czuć się ociężały lub mogła by mnie przycisnąć "dwójka". Kawka oczywiście również wleciała. Kibel raz, drugi. W między czasie, przeglądam forum. Oglądam serial. Przeglądam na żywo wyniki z maratonu w Krakowie i Londynu. Stresuje się. Zdaje sobie sprawę, że organizm czeka mocny wysiłek. Tłumaczę sobie, co mogłem to zrobiłem. Biegałem 5 razy w tygodniu, tydzień temu pobiegłem mocną 5tkę i hej. Co ma być to będzie. Znów jednak czarne myśli się pojawią - patrzę na tych maratończyków którzy walczą z potwornym deszczem. Sam wyglądam przez okno - pada, u mnie też pada. A od Krakowa dzieli mnie ponad 300 km. W całej Polsce pada. Spoglądam niechętnie na krzaki i drzewa - wieje. Nie wiem jak bardzo, ale wieje. Znów odganiam te myśli, staram się skupić na serialu. Sprawdzam wyniki - Kipchoge wygrał, Farah nie poszło. Patrzę na wyniki Naszych forumowych kolegów - gratulacje dla każdego z osobna Was raz jeszcze! Nakręcam się. Nie będę gorszy, PB dziś ma być. Biorę minimum 41. To jest minimum. Wybija 13 godzina, zaczynam się ogarniać. Włączam jakąś muzykę, potem filmiki motywacyjne z biegania. Biorę ze sobą długi rękaw plus krótki rękaw, plus koszulkę typu singlet. Spodenki oczywiście krótkie. Jestem gotowy na każdą ewentualność i ustalę jeszcze w co się ostatecznie ubiorę. Wyjazd o 13:50. Kierunek - Września. Mniej więcej 1h10min jazdy ode mnie. Podczas trasy zjadłem Grześka. Słodyczy w tygodniu w ogóle nie jadam, trzymam się poziomu nawet kcal ale tutaj staram się dawać sobie zachcianki za ciężką pracę + łatwy cukier. Węgle. Energia. Nie czuję jakiegoś głodu - stres. Wjeżdżając już widzę biegaczy, to chyba nie jest jakaś duża miejscowość. Od razu jest szkoła i punkt odbioru pakietu. W środku dwa piwa bezalkoholowe i numer startowy. Była chyba też koszulka w pakiecie - sam już nie wiem, ja jej nie wziąłem. Idę do szatni przebrać się. Widzę, że wszyscy raczej cienko ubrani, jedni jakieś bluzy, inni kombinacje dwie warstwy na górę. Kalkuluje w głowię. 10 stopni jest. Zgrzeje się. Nawet jeśli będą powiewy wiatru, to będzie mi ciepło. Deszcz - ciągle pada, ale nie leje. Bardziej już teraz kropi - czyżby dobry znak? Omen? Whatever. Postanawiam pobiec w singlet zielony (koszulka którą otrzymałem od znajomego gdy zaczynałem przygodę biegową) z półmaratonu nocnego we Wrocławiu. Jest lekka, nie blokuje mojego ruchu. Lubię ją. Z sentymentu pewnie też. Rzeczy odnoszę do samochodu bo i tak jest blisko biura postawiony, a na san start też trochę ponad 500 metrów.
Docieram na rynek jakoś 15:40. Jeszcze kawałek banana, choć głodu jakoś szczególnie nie odczuwam mimo braku już dawno pory obiadowej. Czas rozpocząć rozgrzewkę. Czuję, czuję że nawierzchnia się ślizga i buty mi trochę po niej latają. Tuptam. Przyspieszam, potem znowu wracam do tuptania. Poprawiam spodenki. Wpada kilometr. Robię znowu przyspieszania, przebieżki. Wychodzi 1,5km rozgrzewki. Rozciąganie, lekki stretch.
Relacja z biegu:
Staję jakoś w trzecim rzędzie, na krańcu prawej strony. Jakoś się przecisnę. Zamykam oczy. "Zmiana planów." - bije się w myślach. "Jeśli kogoś się złapie, atakuje 40min. Jeśli podłapię jakąś grupkę, lecę na 40min. Muszę spróbować, przynajmniej spróbuje. Pierwsza próba. Nie wyjdzie, nie wyjdzie. Złamię 41min cierpiąc." W tle zaczyna lecieć muzyka zagrzewająca do walki. Nakręcony i gotowy do walki. 10, 9, 8... 3, 2, 1. START!
1km
Początek jest delikatnie z górki, gdzie nawierzchnia jest ślizga jak diabli. Mimo wszystko rozpędzam się do 3:10 i tak biegnę. Nogi się dogrzewają, po czym jest ostry skręty. Prędkość schodzi odpowiednio i widzę 3:59-4:00 na zegarku. Biegnie spora grupka przede mną bo ok. 5-7 osób. Kawałek za nimi jeszcze 2-3 osoby których ja sam się trzymam. Idealnie. Pik pik. Pierwszy kilometr. 3:50. Mocno, ale nie czuję jeszcze ciężkiego oddechu. Nogi w miarę dobrze kręcą.
2km
Podbieg. Nie jest on jakiś mocny, ale to jest podbieg. Moje oczy to widzą. Do tego wieje w twarz. Staram się schować, ale przy moim wzroście twarzy to mi nie schowają za bardzo. Przynajmniej deszcz ustał. Trzymam się ciągle tych samych osób. Pik pik. 3:59. Jest dobrze!
3km
Jeszcze kawałek podbiegu, następuje lekki zbieg po czym ostry skręt w lewo. Nie powiem, żeby były jakieś widoki. Na pewno stali tam kibice jacyś. Autolap 4:01. Delikatnie wolniej, ale dalej równiutko.
4km
Znowu skręt 90 stopni. Staram się go mocno ściąć po chodniku, odpowiednio się nadając niczym bolid F1. Jakaś kostka brukowa sie przewija która się mocno podziurawiona i nierówna. Ślizgo. 3:59. Idę jak robot. Nie wiem czy to grupka, choć chyba wtedy ktoś odpadł.
5km
Przebiegam gdzie zaczynałem, ale zegarek jeszcze nie pokazuję 5 kilometra. Wiedziałem o tym. Po drugim okrążeniu, będzie zbieg w dół. No nic, teraz też jest zbieg ale trzeba skręcić. Staram się puścic nogi które już czują jest ciężko. 4:10, po chwili 3:40. Oddech robi się ciężki. Jest znacznik 5 kilometra. 3:57 autolap. Okej. Okej. Teraz zaczyna się walka. To nie parkrun.
6km
Biegnę za facetem który bardzo krótko przebiera nogami. Widzę, jak jego dwa to mój jeden. Mimo wszystko, wydaje mi się że biegnie mu się lekko. Asfalt jest ślizgi. Wieje, ale czuję że but mi się ślizga a ja nogi mam ciężkie. Atakuje w tym wypadku chodnik i lecę nim. Trzymam samemu to tempo które sobie narzuciłem. 3:58
7km
Znów ten podbieg. Ja to widzę traso! Zbiegam z chodnika, bo tutaj już trzeba asfaltem. Wypatruje tego biegacza. Biegnę równo. Wyprzedzam dwie dziewczyny - walczą chyba ze sobą. Pik - 3:58
8km
Biegacz którego się uczepiłem przez te 2 kilometry przyspieszył wydaje mi się. Męczę się, bo jeszcze kawałek podbiegu a nikogo obok i z 50 metrów przynajmniej przede mną. Grupka która przede mną była już dawno się przerzedziła. Może tamci biegli na 5km? Nawet nie wiem. Jest ciężko, czuję. Pierwszy raz mogę powiedzieć, że czuję jak źle biegałem. Nie walczyłem głową odpowiednio w innych startach. Czuję, jak nie odbijam się a szur-szur robię. A może mi się wydaje? Nie. Nogi. Oddech płytki zaczyna się robić, ale nie jest taki że nie mogę złapać oddechu. No no.. czyżby postęp? Walczę z myślami. Powoli chce się poddać, przecież już i tak mam życiówkę. Nie. Pik pik. 4:08. Kur.. AAAAAAAA! WAKE UP. Bije się z myślami. Patrzę przestraszony na zegarek, średnie tempo pokazuje 3:59. No przecież chyba się zastrzelę. Co jeśli braknie mi kilku sekund o złamania.
9km
Znowu ostry zakręt 90 stopni, ale ja już wiem gdzie jestem. Nie zaćmiło mnie, bym nie kontaktował. Dobiegam do grupki. Inni też słabną! AAAAAAA! Dociskam. Stali chyba z wodą tutaj, albo wcześniej. Nie zwracałem na to uwagi. 4:00 PIK PIK! Dobra, ciągle pokazuje 3:59 średnią. Nie wiem ile mam nad czasu. Łapie się jakiegoś faceta.
10km
Pare zakrętów o których wcześniej nie wspomniałem. Mijam start. Zaczynamy zbiegać. Tym razem nie skręcam ostro w lewo a trzymam się prawej strony. Biegnę, ja już wiem. Ja już wiem, ale biegnę bo jeszcze nie czas by się cieszyć. Wbiegam w park. Widzę samochód. Pokazuje, 39:00. Zostaje 300, 400 metrów. Uśmiecham się z niedowierzaniem. 3:50, 3:46... Podnoszę ręce i robię cieszynkę Mo Farah. Są jak z waty, jakby cała krew mi do nóg już odleciała. Uśmiecham się. Mam taki zaciesz na mordzie jak nigdy. Biegnę po 3:50 z rękami nad głową i przekraczam mete. Pochylam się. Po chwili stopuje zegarek. Nie mam ciężkiego oddechu, reguluje się. Nie kładę się na ziemi. Czyżbym pobiegł idealnie na swoje możliwości? Dałem z siebie maksa to na pewno. Nie mogę uwierzyć. To jest nie ważne. Napływa mi pare łez do oczu. Zrobiłem to. Jak? Nie wiem. Dałem się podnieść fantazji. To było nie realne. Wóz albo przewóz.
Pokonuję życiówkę z 41:19 na 39:42.
Podsumowanie
Trasa na pewno nie jest na życiówki. To jest moje zdanie. To jakie warunki pogodowe były tego dnia każdy chyba widział u siebie. Deszcz. Wiatr który potrafił się zerwać znikąd. Ślizgawica. Do tego podbiegi, ostre zakręty.
W swojej kategorii wiekowej byłem dopiero 21. Dużo mocnych zawodników biegło tutaj.
Pakiet bez szału, ale sam medal już całkiem fajny. Mały, ale gruby i solidny. Z ładną grafiką.
Co dalej? Roztrenowanie, odpoczynek? Nie wiem. Nie, na pewno nie. Lecimy dalej! Zrealizowałem cel, cel który założyłem sobie by zrealizować go do końca bieżącego roku. Jestem szczęśliwy. Zadowolony. Więc co dalej? Sub90? Sub19? W maju blisko mnie, jest start na dyszkę. Pewnie pobiegnę go - jest to trasa która w tamtym roku przed roztrenowanie mnie pokonała, a w tym roku dałem na niej nawet dobry popis jeśli chodzi o dystans półmaratonu. Postaram się tam powalczyć. Jakiś inny start też wpadnie, może jakiś parkrun.
Dziękuje wszystkim za typy. Dziękuje wszystkim którzy we mnie wierzyli. Mam nadzieję, że relacja choć trochę oddaje i że nie wyszła najgorsza
Z ciekawostek:
Minęły właśnie w tym tygodniu 2 lata od kiedy wyszedłem po raz pierwszy pobiegać. Zrobiłem wtedy szokujące 4 kilometry, w niezbyt zawrotnym tempie zdychając przez trzy dni. Można powiedzieć, że trenować zacząłem tak naprawdę dopiero w przygotowaniach do maratonu czyli styczeń 2018. Wpadł też niedawno tysięczny post na forum.
Pierwsze 5 kilometrów pobiegłem w czasie życiówki na 5km, gdy łamałem sub20 - 19:46. Czas ten uzyskałem 2 marca, czyli niecałe 2 miesiące temu.
Po biegu był mały challenge, że nie zjem. Też wątpiłem. Zjadłem. Burger z podwójnym mięsem - 360g samego mięcha. Do tego dodatki, frytki, bułka. Więc pewnie z 0,5kg żarcia na raz. Nie muszę dodawać, że zjadłem potem jeszcze czipsy czy inne rzeczy wieczorem. Była rozpusta. Chyba zasłużyłem, co?
Truskawka na torcie. Fotka "Sir Michał" na chwilę przed metą:
