Co ja pobiegłem, czyli sen upalonego biegacza.
Sobota upłynęła mi zdecydowanie pod znakiem biegania. Brałem udział w zawodach. Nawet dwa razy. Jestem zadowolony z wyniku, chociaż trudno powiedzieć jaki on był, a w szczególności na jakim dystansie

Cała Belgia. Chociaż, w sumie mam za mało doświadczenia w biegach gdzie indziej. Może takie dystanse jak "prawie 10K", czy "około 5K" to częsta praktyka? Zakwasy mam w każdym bądź razie prawie jak po maratonie, choć wszystkiego wyszło raptem nieco ponad 16km.
Jeszcze się taki nie narodził co każdemu by dogodził.
W sobotę odbywał się Ekiden - sztafeta maratońska. Brałem udział w tej imprezie chyba już czwarty raz. Głównie z powodow sentymentalnych. To była moja pierwsza impreza biegowa ever.
W sztafecie biorą udział zespoły 6-cio osobowe, których zadaniem jest pokonanie dystansu 42.195m czyli maratonu. Teoretycznie podział dystansu jest taki:
5+10+5+10+5+7.2. W praktyce jednak wygląda różnie i z roku na rok inaczej. Zdaję sobie sprawę, że organizacyjnie nie jest to proste wyzwanie. Organizatorzy starają się pogodzić różne interesy i punkty widzenia. Co roku wprowadzają jakieś zmiany - czasem na lepsze i te zostają, a czasem wręcz przeciwnie i w kolejnym roku wracają do sprawdzonych wcześniej rozwiązań. Idealne nigdy nie będzie - zawsze ktoś będzie bardziej lub mniej niezadowolony.
Team-building na trybunach.
Ogromnym atutem tej imprezy jest możliwość wykorzystania bieżni stadionu, którego trybuny mieszczą ponad 50tys. osób. To wygoda dla kibiców, ale przede wszystkim możliwość ulokowania tych spośród 10tys. biegaczy, którzy akurat nie biegną tylko czekają na swoją zmianę lub albo już biegli i czekają na resztę zespołu. Ze względu na zespołowy charakter imprezy oraz na wspomnianą wygodę kibicowania z trybun, ekiden jest mocno obsadzony przez ekipy firmowe. Zawsze to jakaś forma reklamy i team-buildingu w jednym. Ja też, za wyjątkiem swojego pierwszego wystepu, biegam tam w barwach swojego chlebodawcy. I jak rozumiem tu pojawia się (poniekąd) pierwszy interes sprzeczny (a w każdym bądź razie nie zbieżny) z interesem biegaczy, którzy chcieliby sprawdzić się na konkretnym dystansie. Jeszcze dwa lata temu na bieżni rozłożonych było kilka mat pomiarowych w miejscach gdzie kolejni biegacze przekazywali sobie szarfę. Maty oznaczone były jako "runner 2", "runner 3" do szóstego. To oznaczało, że zaleznie od tego którym biegaczem w zespole się było, należało udać się w inne miejsce biezni. Dokładne zmierzenie dystansu między punktami kolejnych zmian nie było żadnym wyzwaniem. Kibice nie mogli jednak ulokować się w konkretnym miejscu na trybunach aby stamtąd dopingowac swoją drużynę a i biegacze, którzy zaczynali i kończyli w różnych sektorach mieli sporo łażenia. Po bieżni i płycie stadionu nie wolno oczywiście się przemieszczać, a kątowy dystans odpowiadający 100m na bieżni to po koronie stadionu już ładnych kilkaset metrów w dodatku w dużym ruchu przemieszczających się ludzi. Metodą na uniknięcie tłoku było wyjście ze stadionu, obejście go od zewnątrz i wejście w innym miejscu, ale taki spacer szedł już w kilometry albo wymagał przecinania trasy po której biegli zawodnicy.
Nowy Porządek.
Od zeszłego roku organizatorzy zdecydowali się wprowadzić zmianę w wyniku której każdy z zespołów ma przypisane stałe miejsce na bieżni. Powierzchnia po zewnętrznej stronie bieżni podzielona jest na niewielkie boksy, oddzielone metalowymi barierkami - jeden boks na 20 zespołów. Zalet takiego rozwiązania jest kilka - nie ma tłoku, w jednym boksie jest maks 20 osób, ale ponieważ większość zawodników zna z grubsza oczekiwany czas przybiegnięcia poprzednika, a poziomy biegaczy są różne, to nigdy nie ma nawet tylu. Każdy zespół i jego kibice może się zainstalować na trybunach dokładnie nad swoim boksem i stamtąd dopingować i kontrolować sytuacje. Nie ma nieustannej wędrówki ludów po całym, nie małym obiekcie.
Z drugiej jednak strony, każdy zespół zaczyna i kończy w nieco innym miejscu, więc niemożliwością jest uczciwe opomiarowanie tego wszystkiego. Niewiele osób wie na jakim dokładnie dystansie biegnie i być może niewielu osobom na tej wiedzy zależy. Ja jednak miam swoje cele i lubię wiedzieć chociaż czy udało się je zrealizować.
Technicznie wygląda to następująco. Linia startu znajduje się poza stadionem. Za linią ustawiają się biegacze numer jeden - jak w większości zawodów ulicznych, pomiar zaczyna się kiedy pierwszy biegacz przekroczy matę pomiarową. Zatem wszystkie zespoły startują z tego samego miejsca. Potem zawodnicy biegną trasą przez park. Po 4.7km od startu wbiegają na stadion, przez drugą matę pomiarową, po czym po bieżni biegną do swojego boksu gdzie przekazują szarfę. Zespoły o niskim numerze startowym muszą pokonać jakieś 3/4 długości bieżni, a te o wysokich - zaledwie kilkadziesiąt metrów. Dlatego dystans pokonany przez pierwszego biegacza waha się między ~4.75, a ~5.0km. Czas dla wszystkich zmierzony jest na tym samym dystansie od maty do maty czyli 4.7km. Czas biegu za drugą matą wlicza się wyłącznie do sumarycznego czasu zespołu, ale nie do indywidualnego czasu zawodnika.
Zawodnik numer 2 przejmuje szarfę i biegnie pozostałą część bieżni i wybiega ze stadionu. W miejscu gdzie opuszcza bieżnię znajduje się mata pomiarowa od której zaczyna się jego indywidualny pomiar czasu. Pętla po parku, wbiegnięcie na stadion, pełne okrążenie bieżni i druga taka sama pętla. Każde wbieganie i opuszczanie oznacza przekraczanie mat. Drugie przebiegnięcie po macie "wejściowej" oznacza koniec pomiaru czasu. Dystans od maty do maty "na zewnątrz" wynosi 4.7km, wewtątrz 400m. Biegacze 2 i 4 biegną zatem 2x4.7 + 2x0.4 = 10.2km, ale 400m jest poza pomiarem i nie jest wliczane do indywidualnego czasu. Biegacze 3 i 5 pokonują 4.7 + 400m, z czego znów 400m wlicza się jedynie do całkowitego czasu zespołu. Ostatni biegacz, jak czterech przed nim wybiega ze stadionu, pokonując przedtem różnicę pierwszego biegacza tzn. im bliżej wejścia znajduje się boks zespołu tym krótszy był całkowity dystans pierwszego, ale o tyle dłuższy jest dystans ostatniego. Pętla tego ostatniego biegacza różni się od standardowej - zawiera dodatkowy odcinek ok. kilometra pod górkę, agrafka i kilometr z górki (trasa jest ogólnie dość wymagająca pod tym względem jak na miejski bieg). Meta znajduje się na stadionie i jest oczywiście we wspólnym miejscu dla wszystkich zespołów - tak jak linia startu. W ten sposób całkowity dystans jest dla wszystkich ten sam - maraton.
Dzisiaj jestem już mądrzejszy i rozumiem ideę podziału maratonu na poszczególne dystanse. Jednak dowiedzieć się tego z regulaminu czy strony internetowej imprezy nie można. W dodatku informacje na stronie różnią się w zalezności od wybranego języka. Wersja francuska i angielska są zgodne, ale nieaktualne - przedstawiają dystanse z czasów mat pomiarowych na bieżni. Najbliżej prawdy jest wersja flamandzka... Ja zapisałem się na dychę. Z zamiarem przbiegnięcia jej poniżej 44 minut. Co być może mi się udało - zależy jak na to patrzeć, ale o tym później.
Zespół olimpijski
Dodatkową atrakcją imprezy jest udział lokalnych gwiazd sportu. W tym roku, aż pięciu olimpijczyków. Idea udziału gwiazd jest taka, że wchodzą oni w skład zespołów, w których pozostałe miejsca są sprzedawane sponsorom, a pieniądze przeznaczane na cel charytatywny. Moja firma co roku, wykupuje jedno takie miejsce. W tym roku "za pięć dwunasta" okazało się, że osoba od nas, która pierwotnie miała biec w tym gwiazdorskim zespole wycofała się. Poszukiwano więc chętnego do biegu w zespole z jednym z braci Borlee. Pomyślałem sobie - jeżeli to byłby ostatni segment to zdążył bym odpocząć po swojej dyszce (biegłem jako drugi w swoim zespole), zmienić koszulkę, numer i pobiec jeszcze raz. Co prawda regulamin zabrania jednej osobie udziału w dwóch segmentach biegu, ale wiadomo, że akurat te zespoły nie biegają po to, żeby wygrać ta imprezę, więc nie było problemu. I tak trafiłem do zespołu
Dylana.
Mój zasadniczy zespół, czyli ten w którym biegłem dyszkę miał swój boks (boks #17) mniej więcej dokładnie po przekątnej stadionu od miejsca, w którym się z niego wybiegało i wbiegało z powrotem. Oznaczało to, że moje nieopomiarowane 400m było podzielone dokładnie na pół - 200m przed rozpoczęciem pomiaru i 200m po zakończeniu. Taktyka była prosta - pobiec całość równo po 4:23 i tym samym zmieścić się tuż poniżej 44 minut. Jak wspomniałem trasa jest dość wymagająca - kilka długich podbiegów i tyleż zbiegów, więc w założniu "równo" kryła się też strategia "z uwzględnieniem nachylenia". Nie mówimy o bardzo stromych (ale o dość długich) podbiegach/zbiegach, więc co się straci pod górkę można odrobić z górki.
Koleżanka, która biegła przede mną nie bardzo potrafiła powiedzieć jakiego czasu się spodziewa bo dawno nie biegała. Na moje oko to oznaczało powyżej 30 minut. Dlatego jakieś 20 minut po oficjalnym starcie zszedłem na płytę stadionu i zacząłem się rozgrzewać na niewielkiej powierzchni obok bieżni. Po kilku minutach rozgrzewki ustawiłem się w boksie i zacząłem wypatrywać koleżanki. Dobiegła z czasem 34:XX. Przejąłem szarfę i ruszyłem. Atmosfera stadionu, piękna pogoda - trudno w takich okolicznościach jechać na zaciągniętym hamulcu. Dlatego kiedy opuszczałem bieżnię, zegarek pokazywał tempo chwilowe grubo poniżej 4:00, tak bliżej 3:40. Oczywiście chwilowe tempo na tak krótkim odcinku nie znaczy kompletnie nic, może nawet być wynikiem błędu, ale i tak postanowiłem bardzo uważać i nie szarżować. Z drugiej jednak strony starałem się nie myśleć o tym, że czeka mnie jeszcze jeden bieg. To ta dycha była moim głównym zadaniem na dziś. Drugi bieg może być BS'em albo nawet Galloway'em - nie dbam o to.
Pierwszy kilometr zamknąłem w 4'10" - poza jednym krótkim podbiegiem większość tego kilometra była lekko z górki. Sprzyjające ukształtowanie terenu trwało jeszcze przez 400m. Potem prawie równie długi podbieg, ale miałem wypracowany zapas, więc pod górkę biegłem z rezerwą uważając jedynie na to aby średnie tempo nie spadło poniżej 4:25 - miałem w tym celu ustawiony alert w Garminie. Pierwsza połowa biegu przebiegła bez historii, wbiegłem na stadion gdzie znów mimowolnie nieco przyspieszyłem, ale szybko wyrównałem.
Wspominałem już kiedyś o tym, że na treningach nie lubię biegać w kółko po tej samej pętli. Za to na zawodach - uwielbiam. To daje doskonałe wyczucie tego co mnie jeszcze czeka. Na drugiej pętli wkradła się jednak pewna "upierdliwość". Choć to nieładnie powiedziane. Kilka metrów za mną biegło dwóch biegaczy na zmianę pchających wózek z niepełnosprawnym dzieckiem. Cały czasej krzyczeli "Uwaga po lewej! Uwaga!", więc za każdym takim okrzykiem robiłem im miejsce. Oni jednak mnie nie wyprzedzali - biegliśmy mniej więcej tym samym tempem. Mimo podziwu jakim darzę ludzi, którym się chce robić coś dla innych, po jakimś czasie zaczęło mnie to męczyć, zwłaszcza że przy narastającym zmęczeniu fizycznym podatność na irytację też wzrasta. Dziecko w wózku też co jakiś czas wydawało z siebie głośny krzyk, gdzieś w okolicach ósmego kilometra kiedy biegacze po raz kolejny zmienili się przy wózku, przyspieszyli na tyle, że w końcu mnie mnie wyprzedzili. Na tym odcinku było lekko z górki i załapałem, że to właśnie te fragmenty wywołują krzyk dziecka. Mimo, że wykrzywiona jakimś rodzajem porażenia twarz utrudniała odczytywanie mimiki, to z oczu bez trudu wyczytałem, że ten krzyk to szczęście w najczystszej postaci. Łzy zakręciły mi się w oczach. Ten kop mi się przydał, bo przestałem myśleć o tym, że słabnę. Dałem radę wrócić do właściwego tempa przed końcową matą, a za nią dalej przyspieszać (chodź to bez sensu). Zegarek zatrzymałem na 44'33", dystans 10.25km [4:21min/km. To 21 sekund słabiej od mojej życiówki na dychę, ale oczywiście nie biegam 200m w 21 sekund, więc gdzieś po drodze życiówka padła. Nie mogę jej sobie zaliczyć bo życiówki to tylko te wyniki z oficjalnych pomiarów na dokładnych dystansach. Tu oficjalny wynik to 43'07", ale na dystansie 9.8km. To daje 4:24min/km, czyli tempo na równe 44min, ale paradoksalnie fragmenty poza pomiarem biegłem jak szalony

. Garmin mówi, że dychę zrobiłem w 43:34. Całość zmierzona przez Garmina nie odbiega od oficjalnego dystansu, więc mimo, że nie mam życiówki to wiem w co celować przy najbliższej okazji.
Szybko zmieniłem T-shirt i numer i poszedłem do boksu startowego drugiego zespołu. Nie miałem pojęcia jak im idzie, który biegacz już biegnie ani od kogo przejmuję szarfę. Nikogo nie znałem w tym zespole. Rozpoznałbym tylko Dylana, ale on biegł jako pierwszy i dawno poszedł już rozdawać autografy. Stałem więc jak kołek w tym boksie i wypatrywałem kogoś w znajomej koszulce. Zaczęło mi się robić zimno. W końcu wypatrzyłem na bieżni zawodnika numer 4 z numerem mojego zespołu. Robił pierwszą pętlę. Na oko dość wolno, więc uznałem, że mogę na 20 minut wrócić na trybuny, napić się, zjeść batona i jak wrócę to w boksie pewnie zastanę mojego poprzednika czyli numer 5. Mój chytry plan zadziałał w 100%. Numer 5 powiedział, że swoją piątkę pobiegnie w 20 minut. Poszedłem więc na kolejne 10 minut na trybuny, gdzie zacząłem rozmyślać nad strategią na ten kawałek. Pierwotnie myślałem o tempie M, ale ponieważ miałem ju sporą przerwę na odpoczynek postanowiłem spróbować to samo tempo co w pierwszym biegu. Dystans dużo, krótszy, więc mogło się udać. Zespoły VIPów startowały z pierwszego boksu, żeby biegnący jako pierwsi celebryci zrobili jak najdłuższy kawałek po bieżni. To z kolei oznaczało krótszy odcinek dla ostatniego biegacza. Jakieś 6km z małym hakiem.
Od początku było ciężko. Najpierw nogi były jakieś ciężkie i sztywne, potem doszły do siebie, ale za to zmęczenie dawało znac o sobie. Koniec końców tempa nie utrzymałem, ale bardzo też nie zamarudziłem. Na finiszu udało mi się nawet odpalić dopalacz. Wyszło po 4:26 min/km. Nie tak źle.
Ciekawostki:
- Stade Roi Baudouin, na którego bieżni odbywają się zmiany i finisz, to obiekt który gości co roku finał Diamentowej Ligii. Padło tam kilkanaście rekordów świata w różnych dyscyplinach LA.
- Adres tego stadionu to Avenue de Marathon.
- Stadion nie zawsze się tak nazywał. Zmiana nazwy miała na celu zatarcie makabrycznych skojarzeń. Fani piłki nożnej znają go jako Heysel. W 1985 w czasie meczu między Liverpoolem a Juventusem (z Bońkiem i Platinim w składzie) doszło do zamieszek, w wyniku których zawaliła się część trybun. Życie straciło 39 osóba, a około 600 zostało rannych.
- W bezpośrednim pobliżu stadionu (w miejscu gdzie obecnie jest parking dla gości) ma powstać nowy stadion na Euro 2020. Wraz z twarciem nowego stadionu, stary ma zostać zburzony, a w jego miejsce ma powstac centrum handlowo-rekreacyjne. Cokolwiek to oznacza. Niestety nowy stadion nie będzie miał bieżni lekkoatletycznej - wyłącznie boisko do piłki kopanej. Przyszłość finału Diamentowej Ligi w Brukseli jest zagrożona. Może to czas, żeby np. Bydgoszcz zaczęła lobbować na rzecz przejęcia tej imprezy?