Nerwy w konserwy ...
6 września 2025 – Rezonans i „typowa dyskopatia po 50-tce”
Po zawodach na Młocinach – rezonans. Wynik? Przepuklina L4-L5, klasyk dla „dojrzałego” biegacza. Fizjo pogłówkował, tydzień przerwy od biegania zaproponował, choć bieganie niby pomaga (nawodnienie krążków, bla bla). No to na koniec tygodnia, czując się jak nowy, pomyślałem: „Ogrodzie kochany - może by tak zaległości nadrobić”. Płyty chodnikowe + krawężniki czekały od tygodni. Dźwigałem jak atleta, szło gładko… aż na koniec „tknęło” mnie, żeby jeden krawężnik przestawić. Dźwignąłem, odłożyłem ze skrętem tułowia (w głowie myśl szybka jak Bolt w swym prajmie: „chłopie, co ty robisz?!”) i… szarpnęło. Kucnąłem z głupią miną jak u
Michnikowskiego w dialogu z Dziewońskim. Do końca dnia nie było tragedii, ale noc i poranek – koszmar.
Wrzesień–październik – Szukanie ratunku u Andrzeja
Fizjo Krzyś miał wolne, rehabilitant Andrzej jak zwykle terminy z miesięcznym wyprzedzeniem, więc żona zapisała mnie do starego znajomego. Ten od razu: konsultacja z neurochirurgiem please. No dobra, co mi szkodzi - pomyśłałem. Pojechałem na drugi koniec miasta, a jakże rowerem, co też pokazuje, że mój stan fizyczny serio nie był tragiczny. Neurochirug natomiast nie pitolił się z tematem - operacja na podstawie samego zdjęcia rezonansu (historia kliniczna? Po co!). Aha - zrozumiałem, że właśnie wywaliłem parę stów na niepotrzebną (?) konsultację. Podziękowałem neurochirurgowi, podziękowałem fizjo. To doświadczenie jednak było cenne, bo pokazało mi jak działa odruch psychosomatyczny. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki posypałem się fizycznie, dostałem takiego spazmu na plecach, że nie pamiętam czy i kiedy tak mnie poskładało. Przestałem chodzić do pracy, do biura. Na szczęście mogłem pracować zdalnie. Z rutyny sprawnościowej, w pewnym momencie zostały mi tylko ... pompki na kolanach - każde inne ćwiczenie wywoływało ból. Ma-sa-kra.
Na szczęście zwolnił się termin u fizjo Andrzeja. Wróciłem do Niego z podkulonym ogonem. Po pierwsze uspokoił mnie, pokazał na zdjęciach dużo trudniejsze przypadki, a przede wszystkim uświadomił, że mam na prawdę spory zapas, jeśli chodzi o sprawność ogólną. Na kolejnych sesjach wyciszył plecy terapią manualną, manipulacjami i suchym igłowaniem (podudzie i stopa dostały w kość). W trakcie tych terapii doświadczyłem, krótkotrwałego na szczęście, „opadania stopy” – flak totalny przy próbie stanięcia na pięcie. Cieszę się, że to szybko wróciło. Być może był to efekt naruszenia jakiegoś włókna ruchowego podczas terapii. Bo gdyby nie wróciło, no to generalnie tzw. "czerwona flaga".
W międzyczasie jeszcze konsultacja u lekarza rehabilitacji pod kątem możliwości farmakologicznych. Farmakologia – spoko, mogę brać ale nie za długo (w tamtym okresie brałem Ketonal nawet 2 razy w nocy). Lekarz zaproponował zastrzyk nadtwardówkowy, ewentualnie terapię osoczem (Ortholine) - po tym, to już w ogóle miałbym być jak nowy. Był tylko jeden "prozaiczny" problem - $$$
Do końca października pozostałem zatem na leczeniu zachowawczym, ze wsparciem NLPZ-etami.
Listopad – ArpWave w Konstancinie, czyli terapia na czuja
Próba nowości: 8 sesji ArpWave.
Zaczęło się ciekawie... W nocy, po 2 terapii, wstałem do toalety i po załatwieniu tego, co trzeba, doznałem "ciekawego" doświadczenia - polecam każdemu facetowi wygooglanie określenia "nocne omdlenie mikcyjne" ... Skończyło się na 12-godzinnym pobycie na SOR, kompletem badań i serią skierowań diagnostycznych (kardiolog, neurolog, laryngolog). Ścieżka kardiolgiczna zakończona - wszystko cacy. Neurolog w trakcie (mam jeszcze rezonans głowy w marcu). Laryngolog pewnie po rezonansie.
Wracając do ArpWave. Pierwsze 4 sesje były pod staw krzyżowo-biodrowy, potem diagnozowanie i terapia na czuja. Wzmocnienie siłowe OK, nawet prawa stopa przy próbach truchtu ląduje lepiej (jakoś stabilniej), kompensacje w jakimś stopniu wyrównane… ale ból w podudziu i pośladku? Bez zmian. Terapeuta po 4 sesji podrapał się w głowę i zaproponował kolejne 5 sesji za darmo - jeśli nie pomoże. Jak pomoże, to połowa stawki. No OK - co mi szkodzi. Po 8 sesji kiszka - nic się nie poprawia. Terapeuta: „Pomyślę i zadzwonię”. Nie zadzwonił. A u mnie znowu się pogorszyło - wieczorem i przed pracą Dectac 25 mg na ratunek. Przynajmniej zaoszczędziłem niemałą sumkę $$$
Grudzień – Powrót do Andrzeja, runda kolebiąca
Ile to już razy wracałem do Andrzeja? Trzy sesje na dzień dobry: rozgniatanie mięśni przykręgosłupowych czymś twardym jak grzybek (spięte na beton), manipulacje na kręgosłupie i stawie krzyżowo-biodrowym, na koniec suche igłowanie w podudziu (u mnie to chyba placebo). Ból uparty jak krawężnik. Dectac działa – sen i praca na luzie, ale organizm mówi: „kiedy to się skończy?”. Generalnie Andrzej twierdził, że poprawa mega, ale ja wiadomo - cierpliwość to moje drugie ja

Dostałem zatem zielone światło na trening siłowy.
Podsumowanie z perspektywy kanapy:
Zamiast biegać, dźwigałem krawężniki i zmieniałem fizjoterapeutów jak rękawiczki. Mądrość przyszła za późno — teraz wiem, że po 50-tce ogrodnictwo to sport ekstremalny, ale rezonans to nie wyrocznia. 2025 to najgorszy rok w moim życiu. Straciłem psa, posypałem się fizycznie, doszło kilka poważnych problemów z bliskimi (o których nie będę wspominał). Próbował mnie złamać, ale nie udało się. Podsumowałem to ostatnią aktywnością w roku, w sylwestra, tuż przed północą.
