2km + 5km po 4'00 + 2km luźno
no nie jest dobrze, jak kończę ciągły na tętnie 197
mam kryzys. nie tyle fizyczny (chociaż trochę też) co mentalny. jakoś tak mi głowa trochę nie dojeżdża.
a co się dzisiaj stało, nie mam pojęcia.
jak na pierwszych 300m tętno wchodzi na poziom 160 to raczej nisko nie będzie.
5km na średnim 190 przy tempie 4'00? troszkę za dużo. ale o dziwo dzisiaj to 190 to nie było zdychanie, nawet w trakcie interwałów przy 190 potrafiłem gorzej znosić wysiłek.
po ostatnim km musiałem stanąć i się na kolanach podpierać bo zwyczajnie nie miałem siły. fakt faktem troszkę się ugotowałem, bo powinienem zamiast dwóch długich rękawów założyć jeden, ale 3 stopnie i deszcz potrafią być nieprzyjemne.
sam bieg to walka. jeszcze dodatkowo od 3km bieg z kolką. w trakcie czwartego kilometra miałem ochotę skończyć po 4. tak to jeszcze próbowałem jakimś rytmem biec i pilnować kroku. ostatni km to już byle przetrwać więc olałem pilnowanie kroku co widać po kadencji.
co do samej techniki: nie mam pojęcia ile czasu zajmie mi adaptacja, ale na razie dla mnie jest to nienaturalny ruch.
jeśli skupiam się na mocnym odbiciu to nie ma automatyzmu podniesienia kolana aby wydłużyć fazę przelotu i całe odbicie idzie w górę zamiast do przodu. no i nie umiem biec nie kręcąc nogami.
fajnie to już wygląda, skoro mogę biec po 5'00 i kadencji 158 czy 4'00 i kadencji 168. ale dłuższy bieg mnie męczy.
plus taki, ze powoli nogi same zaczynają działać w sposób automatyczny. ale brakuje ruchu to przodu zamiast do góry. średnie odchylenie pionowe według algorytmu garmina ani razu nie zeszło poniżej 10.
zmieniłem też trochę jadłospis. praktycznie wyeliminowałem pieczywo. przesiadłem się na gotowe musli (tak wiem, robione po swojemu lepsze ale liczy się wygoda) z miarką odżywki białkowej. uciąłem mięso z trzech kawałków na dwa. kombinuje, żeby jeszcze coś tam urwać i może dlatego nie dojeżdżam. waga na wczoraj to 73,9.
generalnie jest co robić.