niedziela, 17 marca
ok. 14 km trailu po jurze krakowsko-częstochowskiej
dawno już nie miałam okazji wybrać się za miasto z rodziną - więc jak znalazł: nie dość, że wolne to jeszcze słonecznie

biegowo - miało być spokojnie, ok. 14 km, wymyśliłam sobie mąż odstawi mnie w jakimś miejscu na Jurze a potem odbierze, miejmy nadzieję, zupełnie gdzie indziej

tak więc przy z lekka opóźnionym śniadaniu mapa na stół i którędy by tu ...
... padło na Olsztyn, średniowieczne niegdyś miasteczko, obecnie wieś z ruinami zamku, ale piękna przyrodniczo okolica: góry, skały wapienne, jaskinie, wąwozy, lasy ... sam Olsztyn - trochę mało, więc meta będzie w Złotym Potoku - trochę dlatego, że równie piękne, a może piękniejsze rejony /liczne stawy, ukryte pomiędzy górami, bijące źródła, rezerwat przyrody, trochę też dlatego, że w Złotym Potoku mieści się baza hotelowa instytucji, w której pracuję - więc będzie gdzie się przebrać, wziąć prysznic etc.
w domu znalazłam malutki plecaczek, akurat na taką wyprawę, spakowałam co trza, a więc napój, jakiś baton /tak myślałam, że jak się biega w terenie to trzeba żele i batony - pierwszy i ostatni raz, następnym razem wezmę kabanosa, podniebienie kleiło mi się od tych słodkości jeszcze dłuugo po tym jak to coś przepiłam/; kilka innych pierdół; w ręce - mapa i w drogę

wybrałam trasę dość oczywistą - czerwony szlak orlich gniazd; malowniczo, kręto, raz w górę, raz w dół; nie udało mi się cały czas biec - już na 2 kmie było tak ostro pod górę, w dodatku po zmrożonym i wyślizganym śniegu że ledwo tam się wdrapałam, nie mówiąc o biegu; fajnie się zapowiada - przeszło przez głowę, ale przecież nie dam nikomu satysfakcji rezygnując na przedbiegach; szczęśliwie później już nie było tak źle i mogłam biec dalej bez przechodzenia do marszu; znaczy się ze stromiznami nie było źle, bo z podłożem chwilami było tragicznie; na zmianę: gruba warstwa liści zmieszana ze zmarzniętym śniegiem, lodowisko, błoto pośniegowe, poprzewracane na drogę konary drzew, kamieniste kawałki - a te kamienie niczego sobie, żaden tam żwirek; trasa miejscami wychodziła z lasu i prowadziła przez np. polną miedzę, tam do dopiero było eleganckie bagienko, dobrze, że buty były mocno zawiązane

mniej więcej w połowie drogi zgubiłam się ...

szlak był nie bardzo oznakowany i straciłam orientację gdzie dokładnie jestem; na szczęście tylko na chwilę; biegłam przecież zgodnie z mapą /swoją drogą od dziś jeszcze bardziej podziwiam wszystkich od BNO, bo to nie takie proste orientować się w biegu, ja miałam niby proste ścieżki, ale wystarczyło, że śnieg je trochę zmienił i co?/ więc dość szybko zorientowałam się co i jak i gdzie

miałam jeszcze jedna krótką przerwę na piknik, czyli napoju izotonicznego łyków kilka + ten baton nieszczęsny, łee, no ale mus, bo obiadu nie było;
po drodze mijałam trochę ludzi, nie za wiele, ale trafili się Nordic Walkerzy; chwilę pogadałam z takim jednym od triathlonu; pod koniec to i GOPR się trafił wozem patrolowym; chcieli mnie podwieźć

, nie skorzystałam, bo jechali w przeciwnym kierunku

/przystojne chłopaki, ja to zawsze mam takiego pecha - niby szczęście, a jednak nie bardzo

/
po ok. 1,5 godziny takiej zabawy /teraz tak piszę, ale wtedy kilka razy solidnie mi się wyrwało, na szczęście sama byłam i nikt nie słyszał

/ dotarłam do celu; mąż zdziwiony, że jestem /chyba myślał, że nie trafię, albo co/; w ośrodku dostałam kluczyk do pokoju, gorący prysznic + herbata z cytryną + herbata z cytryną + jeszcze jedna herbata z cytryną; przebrałam się w to, co przezornie do samochodu spakowałam i ... dalej na wycieczkę, tym razem spacerem i w komplecie
na razie czuję się wyśmienicie, mam nadzieję, że jutro dam radę chodzić

uff, komu udało się przeczytać - współczuję, ale i podziwiam
http://www.endomondo.com/workouts/167849846/7291043