26-11-2017
Plan XXXIV Firenze Marathon - biegowe zakończenie sezonu 2017!
W końcu nadszedł ten dzień

Byłem gotowy, bo i po prawdzie pisząc miałem już totalnie dosyć biegania i treningowej orki. Chciałem to wszystko mieć już za sobą i po prostu odpocząć, oddać się roztrenowaniu. No ale trzeba było jeszcze postawić kropkę nad i. Bez wstydu zamknąć tegoroczne bieganie i najlepiej z porządnym czasem, na który się przepracowało cały rok.
Budzik nastawiony na 6:30. Od razu na nogi i do toalety (przy moim lataniu przy każdych zawodach, im wcześniej zacznę tym bezpieczniej :D). Przyjaciel z Hiszpanii już w kuchni wcina chleb z dżemem, drugi z KS KANAŁEK jeszcze smacznie śpi. Dołączam do Juana, dwie kromki chleba z dżemem, dwie kawy bez mleka, dodatkowo zjadam jeden żel, bo stwierdzam, że nie chce mi się trzech w kieszeniach nosić :D (klasycznie moje beznadziene przygotowania przedstartowe dają o sobie znać, bo zamiast kupić, żele w kraju szukałem na EXPO i jedyne co mieli to AGISKO - a fanem ich nei ejstem bo słodkie jak cholera i bez popicia nie idą). Ciuchy ubrane, buty zawiązane, z głośnika na BT leci Heart of Courage oraz Max Richter i jego wariacja Vivaldiego

Do startu z hotelu mamy dosłownie 450m. Dodatkowo wspólnie stwierdziliśmy, że to maraton, więc rozgrzewka nam niepotrzebna - rozruch nastąpi na pierwszych km

Wyszliśmy odrobinkę przed 8 (start 8:30, a maksymalnie do strefy można było wejść do 8:15 - w przeciwnym wypadku czekał start z ostatniej strefy). Lekki trucht w kierunku startu, jeszcze jedna wizyta w toalecie (trzecia od wstania) i rozdzielilismy się z chłopakami pod katedrą (obaj startowali ze strefy 3 walcząc o wynik 3:08-3:15).
Jak na złość o 8:13 znów! wzywała toaleta. Kolejki spore, zgroza. Na szczęście obok była otwarta kawiarnia i udało się zamknąć w minucie. Do strefy wskoczyłęm na styk o 8:15, a tam gorzej niż w toi-toi :D 3 osoby z prawej każdy na klęczkach leje, wariat z lewej papier do połowy spodenek naładowany i robi numerek drugi :D Jednemu z sikających żel wypadł w jego własną kałużę, nic to podniósł, delikatnie przetał i wsadził do kieszeni :D
5, 4, 3, 2, 1 ... START
Na początku ciasno, moja strefa całkiem spora dodatkowo zegarek jeszcze nie załapał GPS'a, więc biegnę w ciemno. Pierwszy km zamknięty w 3:57 i zadowolenie, że jestem na dobrej drodze z tempem plus nei straciłem nic w tłumie ale też i nie przepaliłem.
Następne parę km to szukanie obok siebie ludzi biegnących w podobnym do mojego tempie i próba zawiązania grupki. Udaje się znaleść trzech Włochów, którzy biegną wspólnie i ładnie trzymają 4:03-4:04. Zabieram się z nimi i rozglądam po trasie, by oderwać wzrok od zegarka i pulsu jaki pokazuje (a widniało tam 172-174, więc wydawał osię dużo za dużo jak na pierwsze km).
5km mijamy w czasie 20:10 - idealnie i nic tylko kontynuować. Następne 5km i 20:23. Dalej lecimy sobie w czterech, dołącza jeszcze jeden biegacz. Pod nogami linia obrazująca optymalną trasę. Dodatkowo wbiegamy w park (ot takie krakowskie błonia

), wcześniej nie napisałem nic o pogodzie, bo tak naprawdę na pcozątku cieszyłem się , że od razu po starcie lekko popadało i akurat przed parkiem przeszło, więc i sam sobie tym głowy za bardzo nie zaprzątałem. Aż do tych alejek, gdzie deszcz powrócił i to dosyć solidniej (a jak na złość dwa poprzednie dni pogoda bajka!). Tutaj zacząłem się powoli martwić co będzie dalej jak będzie tak padać, a do tego zaczęło się robić zimno.
Gdy już się tak wyłączam z liczenia tempa i myślę bardziej o drugiej części trasy wpada 13km i odziwo grupka zawodzi. kilometr wpada w 4:09 i wpadam w lekką panikę, bo z ładnego i równego tempa zabrało nam 5-6sek. Postanawiam się oderwać. Troszkę za mocno - 17km @ 3:54. Ale to ostatni raz jak się widzimy na trasie. Decyduję się lecieć sam, ew. przeskoczyć do kogoś przede mną (chociaż jak wzrokiem sięgnąć zamiast grupek, łańcuszek ludzi).
15km zahaczam w czasie 1:00:51, jest super

Wcinam żel, srogo zapijając. Biegnie się mega miło. Nawet doskakuje mnie jakiś biegacz i trzymamy się do 19km razem, gdzie znów odjeżdżam. Ciężko tam zresztą nie podkręcić tema, gdyż wbiega się na most Ponte Vecchio, gdzie szpaler kibiców tak nakręca, że nawet ręczny nie pomaga
Pogoda robi się coraz bardziej nieznośna. "Test kapsla" (takie moje sprawdzenie jak zimno mi jest, złączam kciuk i palec wskazujący i robię ruch jakbym chciał uderzyć kapsle podczas gry z dzieciństwa) już prawie niezaliczony, ledwo co kciuk stawia opór, a to nawet nie połowa dystansu.
Połówka biegu wskakuje w 1:25:35. Ciało dalej trzyma się świetnie, poza sutkami, które już są podrażnione oraz lewą stopą i tworzącym się odciskiem na wys. śródstopia. Akurat z tego ostatniego się cieszę, bo mocno mnie niesie do przodu, a dzięki bólowi mam jakotaki hamulec by trochę zwolnić i się nie wyrwać niepotrzebnie wiedząc, że to 1/2 dystansu.
Cały czas biegnę sam... Bawię się w klasyczne dochodzenie rywala i szukanie następnego (taka ciekawostka przez cały bieg od 5km zostałem wyprzedzony przez 2-3 biegaczy, gdzie sam łącznie od 5km do mety wyprzedziłem 81).
25km wpada w 1:41:26. Trener chciał by było 1:41:30, więc jest super. Do tego pojawia się euforia i wmawiam sobie, że to ten dzień i jestem koniem. Km 26 i 27 lecę po 4:02 i chcę szybciej. Mocno musiałem z głową dyskutować, że to nie czas i miejsce na takie wygłupy i by jednak przystopować. Na trasie szaro i buro, kibiców tyle co kot napłakał, muzyki prawie zero (jednak u nas dużo więcej punktów z grajkami). No nic. Kepię dalej...
30km i na zegarku 2:01:45 (tutaj też wpada drugi i ostatni z żeli brany na trasie) w głowie wizualizuję sobie już stadion i chwilowy bieg po tartanie. Wszystko idzie super, aż pogoda, która była ch@#$& staje się jeszcze gorsza :D Jakiś orkan Vincenzo czy cuś jak nic. Leje jak z cebra, wieje, kałuże na głębokość kostki. Zgroza. Każdy tak zmarźnięty jakby już bieg kończył, a tu jeszcze prawie godz. biegu.
Na stadionie przegrywam z testem kapsla

Piździ i czekam na kolejne dwa-trzy km by sprawdzić czy trzymam tempo czy robi się zjazd przez pogodę. Ale idzie całkiem nieźle. Dodatkowo widząc jak inni zmagają się z tą pogodą dostaję jakiegoś dopalacza i dociskam troszkę. Jak zaczyna brakowac motywacji przypominam sobie co jakiś czas, a to Lavaredo, a to jednego z Rzeźników, a to ZUK'a by pomyśleć, że już biegałem w gorszych warunkach i nie ma co być miękkim tylko trzeba napierać.
35km i mamy 2:22:02. Cały czas zero kryzysu. Ale już łydki ponapinane plus odcisk krzyczy nonstop. Deszcz jak lał tak leje i końca nie widać ale wiem, że niedługo 37km i tam czekają nasze dziewczyny i będą kibicować, więc kolejny motywator

Problem taki, że biegamy już po centrum i w większości to kocie łby plus ślisko i duuuużo zakrętów.
Udaje się złapać dziewczyny, szybkie machnięcie ręką, delikatna poprawa sylwetki (a raczej tak się mi jedynie wydawało - niestety obejrzałem filmiki z biegu i wygląda to PASKUDNIE, obrzydliwie biegam, nie wiem co z tym zrobić ale chciałbym by to wyglądało ładniej - jeżeli ktoś chce rzucić okiem wystacrzy wejsć na
https://www.tds-live.com/ns/index.jsp?l ... cale=2057# w szukaj wpisać moje nazwisko lub nr. "stefanski" / "7293" i kliknąć na kamerkę, gdzie znajdują się nagrania z km. 25/30/40 oraz mety).
I własnie na 37km odezwały się uda. Nie stopniowo, nie łagodnie. Od razu BUM. Napięły się i zaczęły się wydzierać. Na szczęście nie było to darcie się bym zwolnił, bo dostanę karę w postaci skurczy ale dyskomfort wzrósł parokrotnie.
40km i ostatni pomiar przed metą i mamy 2:42:21. Już wiem, że czas będzie dobry

Wstydu nie będzie i życiówka połamana jak należy. Ale pamiętałem Berlin'16 i jak takie nadmierne cieszenie się wpływa lekko demoralizująco na trzymanie tempa przy bólu. Więc starałem się dociskać. Dodatkowo pomógł mi jeden z tych biegaczy o którym pisałem wcześniej, że jako jeden z nielicznych mnie w końcu wyprzedził. Dzięki niemu byłem w stanie mocniej przyśpieszyć. A raczej nie zwolnić.
Jedyne co denerwowało to te ciągłe zakręty. Niby już widzisz metę, a tu dupa i dalej nawrotka i tak parę razy. Wiesz, że to nie czas jeszcze kończyć ale trasa tak prowadzona, że ostatnie kilometry kluczysz koło końca ale nie ma zmiłuj i swoje wybiegać jeszcze trzeba.
42km wskakuje i daję jeszcze ostatnie okrążenie na zegarku by zobaczyć w ile wskoczy ten 197m finisz. Pomaga to, że cały czas połykam innych biegaczy od 40km - zwłaszcza, że podczas mijania ich wydawało mi się, że to nie ja biegnę swoje tylko, że oni praktycznie truchtają.
Ostatnie metry pokonuję po 3:41 i wbiegam na metę w czasie
2:51:24!!!
Czas w stosunku do Berlina z zeszłego roku poprawiony o 7minut i 46sek

Dodatkowo pogoda, która niejednego tutaj rozłożyła na łopatki.

Za linią mety od razu lecę do dziewczyny, a raczej w miejsce gdzie mieliśmy się zoabczyć , bo tak byłem wyziębiony, że ledwo co utrzymywałem na sobie folię NRC (a po ZUK'16 myślałem, że wiem co to zimno :D), nawet nie brałem nic do jedzenia za linią mety. Jedynie upomniałem się o siatkę z napojami, bo wiedziałem, że tam musi być piwo :>
Chciałem jeszcze poczekać na chłopaków (obaj przybiegli bardzo blisko siebie w 3:13-14) ale przez to wyziębienie nie było sensu i od razu poleciałem pod prysznic.
Sezon oficjalnie uważam za prawieZAMKNIĘTY

to prawie dlatego, że obiecałem znajomemu z klubu, że będę jego pacemakerem na złamanie 40minut podczas Żoliborskiego Biegu Mikołajkowego 10 grudnia - ale będę to biegł po prostu z całkowitego roztrenowania.
Plan jest taki by do 18 grudnia odpoczywać. Ten tydz. zero nawet truchtu. Wleci mocniejsza siłownia (chcemy wziąć trenera personalnego na 12 sesji po 1h i spróbować poćwiczyć z cieżarami ala Chabowski), dodatkowo na okres roztrenowania wpadnie dieta pudełkowa (2,000kcal) - chciałbym też zejść z 75kg do 70-71kg przy moim 181cm wzrostu na następny sezon. W międzyczasie jakiś delikatny basen (zobaczymy jak mocno zardzewiałem - zwłaszcza, że po głowie chodzi mi kolejny udział w pełnym IronManie w Malborku w 2018) i trampoliny plus przygotowanie pod snowboard.
Pora także usiąść i pomyśleć o planach czasowych na 2018 rok (na 10km nie będę ukrywał chcę zejść poniżej 36min., HM i M jeszcze kwestia mocno otwarta ale po cichu bym rozważał 1:18-19HM i 2:45-48M). Ale to wszystko do spokojnego obgadania z trenerem i przeanalizowania co i jak.
Wstępna lista startów powoli też się zapełnia ale wrzucę ją jak już bardziej przegadam sprawy ulicy, gór oraz tri

Dodatkowo wyszedł mój najdłuższy wpis w dzienniczku

Jeszcze do podsumowania cyferki jak udało się zbić rekordy 2016 -> 2017:
3000m poprawione z 11:01 na 10:20
5km poprawione z 18:56 na 17:58
10km poprawione z 38:13 na 36:50
HM poprawiony z 1:24:25 na 1:21:37
M poprawiony z 2:59:10 na 2:51:24