Po poniedziałkowym longu jeszcze lekko pobolewały mnie czwórki i miałem lekkie obawy czy dam radę pobiec cokolwiek, ale po pierwszych metrach okazało się, że moje obawy były nieuzasadnione. Zdecydowałem jednak nie kontrolować tętna tylko pobiec na "czuja" swobodnie i bez większych hamulców. Biegłem na bieżni i wybrałem świadomie kierunek w którym gps "zabiera" trochę z rzeczywistego dystansu. 40' BS-a weszło w tempie 6:03/km na śr. HR 143. Potem zmieniłem miejsce i rozpocząłem akcent: podbiegi, trochę dłuższe niż ostatnio, przerwy w marszu. Nie wiem, czy nie umiem (jeszcze) ich biegać czy nie jestem wystarczająco zmotywowany, ale weszły bardzo nierówno i praktycznie każdy następny był wolniejszy od poprzedniego a i tętno tylko dwukrotnie przekroczyło wartość 170 ud./min. Potem 15' truchtu na schłodzenie.
11,93: 1:19:24; śr. 6:9/km; HR śr./max.:146/174
Myślę, żeby pobiec jakiś dłuższy trochę szybszy ciągły bo jak na razie to mentalnie jestem w szarej ...
