96/2019 39 Bieg Warciański.
Jacek, Michał, i Leszek trochę popisali, to i ja swoje perypetie dołożę

Trening u mnie ostatnio był jaki był, liczyłem, że październikiem uda się podbić formę, żeby może w okolicy 45 się zakręcić, ale wyszło jak wyszło, ja nie biegałem, a nie kto inny.
Na wejściu porządne śniadanie, 5-6 tostów z miodem/dżemem, porządne nawadnianie od soboty od rana, wszystko zgodnie z planem. Ruszyliśmy z Jackiem około 8:50, trasa dość pusta, fajnie się jechało, czas zleciał miło i sympatycznie. Na miejscu kibelek, pakiet, depozyt, kibelek, wyłapaliśmy Michała (Leszka się nie udało, już myślałem, że zrezygnował. Polecieliśmy na rozgrzewkę, dołączył jaszcze jakiś czwarty biegacz, pogadaliśmy, luz. Słoneczko było, ale temperatura około 13 stopni, lekko chłodziło w ręce, więc stwierdziłem, że gotować nas nie będzie i powtórki z Aleksandrowa nie zaliczę. Dołożyłem ze 2 przebieżki i po obowiązkowej focie (Michał, gdzie fota, no gdzie?

) ruszyliśmy na start. Ja się ustawiłem za balonem na 45, wyłączyłem autolap i postanowiłem pace'a rozsądnie puścić przed sobą i w zależności od samopoczucia, jeśli będzie z czego, wyprzedzić na mecie

Ale rozsądek podyktował bieg ciut wolniejszy na początku. Godzinę przed zjadłem żel, tuż przed biegiem drugi (bo bieg w porze lunchu na tostach z poranka skutkowałby zdrapywaniem mnie z ziemi)
Tasowania po starcie niewiele, miejsca dużo, można było równo biec. Trzymałem się tempa chwilowego tak 4:32/33, czułem się świetnie, balon był w zasięgu wzroku, biegłem. Zgubiłem pierwszą tabliczkę, więc zalapowałem przy drugiej, (9:12), ale wiedziałem, że jest ciut dalej (Stryd pokazał na tym odcinku 2:04 km), więc luz, pod nogą jest, trzymam tempo. Trzeci ciut szybciej (bo trzymałem około 4:30), ale piknął w 4:37 (znów rozjazd - 1,03). Gdzieś tu trochę się Ja bez ciśnień leciałem swoje, pilnując tempa. czwarty piknął 4:28, dla odmiany zrobiony tempem 4:36 (bo miał 0,97). Ani mnie to ziębiło, ani parzyło, bo tempo było względnie komfortowe (jak na zawody na dychę oczywiście), żadnej rzeźby. w okolicy wodopoju znów zgubiłem znacznik, skupiając się na tym, żeby przechwycić i wylać na siebie kubek wody, bo piłem swoją. Ten piąty to z jakimś niedużym podbiegiem, zrównoważonym przez zbieg na szóstym. Niestety w okolicach tego podbiegu, czyli ~4,5 km zacząłem czuć, że nogi lekko puszczają tempo, a ja znacznie bardziej puściłem balona. Brak porządnych ciągłych i obiegania na tym tempie zaczął wychodzić, z czego zda(wa)łem sobie świadomość. Próbowałem się wieszać na innych biegaczach, ale albo biegli za szybko i mi odchodzili, albo za wolno i musiałem wyprzedzać. W połowie szóstego tempo jeszcze spadło, co było połączone z wybiegnięciem na 3km prostą, szeroką, ładnie odsłoniętą w słoneczku. Ta dwójka wpadła 9:26, tempem 4:40. Starałem się minimalizować straty, ale siódmy i ósmy weszły tempem 4:48 i 4:51 (0,94 km) - co ciekawe, długość kroku się utrzymała, ale kadencja poleciała o parę kroków, co zaowocowało taką a nie inną różnicą w tempie.
Jak zostało 2,5 do mety, zacząłem przyspieszać, szło to zrywami, ale szło. Nie było dla mnie problemem przyspieszyć, tylko utrzymać tempo. Z piknięciem ósmego podkręciłem kadencię i piłowałem, miałem drobne zwolnienia, ale głowa pracowała, bo nogi szły ile mogły, ale wolałyby wolniej. Dziewiąty w 4:32, z planem na podkęcenie jeszcze, żeby może to 46 złamać. Na początku dziesiątego zapłaciłem trochę za dziewiąty, wiedziałem że niedługo będzie zakręt w prawo, trochę prostej i do mety, mijam jedną przecznicę, jeszcze nie, o! Druga!, kuwa, jeszcze też nie, dopier w trzecią skręciliśmy, a ja wypatruję miejsca żeby przyspieszyć. Ostatni zakręt w lewo, zostało 500 m do mety, ja gdzieś tam cisnę w okolicy 3:50, udało mi się spojrzeć na zegarek, na kilka metrów zamknąłem oczy (serio!), cisnąć ile fabryka dała, leciałem na oparach, 200 metrów do mety zauważyłem, ze mam okazję łyknąć jeszcze kilku zawodników, w tym dwie dziewczyny, rzuciłem wszystko co miałem, wpadając na metę w tempie 2:55, zalapowałem na macie (doświadczenie) i na miękkich nogach poszedłem oprzeć się o barierkę, bo bym padł (serio!). Jeszcze nigdy nie musiałem tyle odpocząć po biegu, co pokazuje, że nogi dały z siebie więcej niż zawsze, ale to głowie muszę podziękować. I trasie, bo na trudniejszej bym tak nie odrobił.
Z samego biegu jestem zadowolony, bo popracowałem. Pobiegłem tyle ile mogłem, na słońce nie za wiele mogę i chcę zrzucać, może 10-15s. bym urwał więcej, jakbym zaczął kilka sekund wolniej pierwszą czwórkę to może bym nie spadł (tak) na tempie na 6-9, ale nie wydaje mi się. Jak a to, że w sierpniu wybiegałem 75km, we wrześniu 100, a w październiku 55 (nie licząc wyścigu), wynik bardzo przyzwoity. Tętno na mecie 192 pokazuje, że organizm nie wszedł na te obroty na które umie wejść, szybkości było nadto, wydolności wystarczyło, wytrzymałości na tych prędkościach brakło.
Więc od jutra zaczynam dalszą część jesieni, i biegam dalej.
A tu po 30 sekundzie, zielona koszulka, biała czapka to ja, ja, ja
https://www.youtube.com/watch?v=o4xNYwd7tnM
Dzięki za przeczytanie.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.